Zima zaskoczyła handlowców. Tym Lidl i Biedronka różnią się od siebie. Kaucja dwóch prędkości
Lidl i Biedronka wydają ogromne pieniądze, aby przekonać klientów, która sieć jest tańsza, lepsza i wygodniejsza. W przypadku cen różnice są w rzeczywistości niewielkie, a w wielu przypadkach nie ma ich w ogóle. Jest jednak element, pod względem którego dwie największe sieci handlowe w Polsce bardzo się dziś różnią. To stosunek do systemu kaucyjnego.
Lidl – zbiera, płaci, edukuje
Lidl już w ubiegłym roku zainstalował recyklomaty we wszystkich swoich sklepach. Zrobił to nawet przed oficjalnym startem systemu kaucyjnego (1 października) i do dziś zbiera zarówno butelki PET i puszki objęte kaucją, jak i te jeszcze bez dodatkowej opłaty. Za takie płaci nawet klientom 10 gr od sztuki. Oczywiście nie chodzi tu o żaden altruizm, ale o biznesową kalkulację. Lidl, Kaufland oraz firma PreZero, zajmująca się gospodarką odpadami, stworzyły wspólnego operatora systemu kaucyjnego. Przyszło im to łatwo, bo wszystkie mają wspólnego właściciela – niemiecką grupę Schwarz. Lidlowi (tak samo jak Kauflandowi) zależy zatem, aby zebrać jak najwięcej butelek i puszek. Może przy tym z dumą podkreślać, że wziął na siebie rolę edukatora i od kilku miesięcy uczy klientów właściwych nawyków. W rzeczywistości chodzi o pieniądze – konsumenci mają przyzwyczajać się, że w Lidlu najwygodniej oddaje się puste opakowania. A jeśli przyjdą je zwrócić, to przecież zrobią też zakupy.
Czytaj także: Prawica próbuje obrzydzić Polakom system kaucyjny
Biedronka bez serca do recyklingu
Biedronka wybrała zupełnie inną drogę. Nie ma swojego operatora kaucyjnego, więc nie zależy jej, żeby zbierać jak najwięcej butelek i puszek. Musi oczywiście to robić, bo tak nakazują przepisy, ale widać, że nie ma do tego serca. Większość jej punktów wciąż nie dysponuje wygodnymi maszynami do zbiórki. W sklepach Biedronki pojawiły się niedawno wielkie tekturowe pudła, które sieć nazywa recykloboksami. W rzeczywistości to po prostu miejsca, do których wrzuca się puste butelki i puszki. Inaczej niż Lidl portugalska sieć nie zbiera opakowań bez znaku kaucji i nie płaci za nie 10 groszy. Poza tym pudła obsługują ręcznie pracownicy i to oni wydają vouchery. A, jak to w Biedronce bywa, pracowników jest za mało, więc trzeba ich szukać, żeby skorzystać z recykloboksa.
W zatłoczonych sklepach to żadna przyjemność, więc pierwszy kontakt z systemem kaucyjnym bywa dla wielu Polek i Polaków frustrujący. Nawet zrealizowanie vouchera okazuje się mniej wygodne niż w Lidlu, bo nie można go zeskanować w dowolnym momencie na kasie samoobsługowej, a dopiero tuż przed dokonaniem płatności. Biedronka tłumaczy, że sroga zima utrudnia jej instalowanie recyklomatów, które stoją zazwyczaj na zewnątrz. Pod koniec ubiegłego roku sieć wyjaśniała, że nie ma powodów do pośpiechu, bo przecież większość sprzedawanych napojów jeszcze nie jest objęta kaucją.
Czytaj także: Afery zamiast zwrotnych butelek. Bojowy chrzest systemu wciąż przed nami
Zima zaskoczyła handlowców
Jednak w ostatnich tygodniach sytuacja szybko się zmieniła – teraz już standardem, zwłaszcza w dyskontach, są puszki i butelki z kaucją. Widać zatem, że lider rynku spóźnił się z przygotowaniami. Tymczasem to właśnie sklepy są na pierwszej linii frontu systemu kaucyjnego. Może to niezbyt sprawiedliwe, bo przecież to nie one produkują napoje, nie one zajmują się recyklingiem i nie one powinny odpowiadać za edukowanie klientów. To zadanie państwa, z którego na razie wywiązuje się ono marnie. Jednak to właśnie sklepy mogą najwięcej zyskać – albo stracić – na nowych regulacjach. Większość konsumentów widzi sens w zbieraniu opakowań, ale pod warunkiem, że ten proces będzie prosty i w minimalnym stopniu utrudni im życie. Mogą chętniej robić zakupy tam, gdzie zwrot opakowań jest bezproblemowy, a unikać miejsc, gdzie trzeba tracić czas i nerwy. Na razie większość sklepów nie stanęła na wysokości zadania, a tłumaczenie się mrozem i śniegiem to marna wymówka. Wygląda na to, że w tym roku zima bardziej niż drogowców zaskoczyła handlowców.