Ceny biletów lecą w górę. Chodzi nie tylko o paliwo. Linie z Europy chcą szybko zarobić
Od ataku Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran ropa na światowych rynkach zdrożała o ok. połowę. Niestety z punktu widzenia branży lotniczej sytuacja wygląda jeszcze gorzej, bo paliwo do silników odrzutowych kosztuje mniej więcej dwa razy tyle, co w lutym. Pierwsze linie lotnicze ogłosiły już podwyżki cen biletów – np. skandynawski SAS, Cathay Pacific, AirAsia czy Thai Airways. Paliwo to średnio 20–25 proc. wszystkich wydatków przewoźników. Niektórzy, jak Lufthansa czy Ryanair, zabezpieczają się przed wzrostem cen ropy, więc ich skutki wojny z Iranem na razie tak bardzo nie dotkną. Jednak wiele linii zrezygnowało z takich zabezpieczeń. Nie są one tanie, a ceny ropy w ostatnich latach systematycznie malały.
Czytaj także: Koniec raju w Dubaju, koniec bajki. Wojna w Iranie uderzyła w światowy rynek paliw i turystykę
Nie paliwo, a brak połączeń
Na razie największe podwyżki nie są jednak wcale związane z drożejącym paliwem, ale z destabilizacją ruchu lotniczego. Do niedawna blisko jedna trzecia pasażerów podróżujących między Europą a Azją (i aż połowa na trasach z Europy do Australii) korzystała z usług linii z Zatoki Perskiej. Emirates, Etihad Airways i Qatar Airways skutecznie konkurowały z przewoźnikami europejskimi i azjatyckimi, oferując loty z przesiadkami w swoich nowoczesnych hubach – w Dubaju, Abu Zabi i Katarze. Gdy tych połączeń nagle zabrakło, natychmiast wzrosło zainteresowanie bezpośrednimi lotami między Europą a Azją, oferowanymi głównie przez linie europejskie. Te oczywiście natychmiast podniosły ceny, wykorzystując okazję. Grupa Lufthansy dodaje nawet kolejne połączenia, aby zaspokoić ogromny popyt. Jednak lotniczy biznes nie zna litości – jeśli chętnych do podróży jest więcej niż miejsc, systemy rezerwacyjne błyskawicznie to wykorzystują, zwiększając ceny praktycznie bez żadnych limitów.
Podróżowanie do Azji będzie zatem na razie dużo droższe, bo nic nie wskazuje na to, że linie z Zatoki Perskiej szybko przywrócą swoje standardowe rozkłady. Tamtejsze lotniska są nieustannie atakowane przez irańskie drony. Wczoraj ich ofiarą padł skład paliwa w porcie w Dubaju – w ubiegłym roku drugim największym lotnisku świata pod względem liczby pasażerów. Europejskie linie mogą również usprawiedliwiać swoje podwyżki wydłużeniem tras lotów z powodu zamknięcia przestrzeni powietrznej nad Iranem i Irakiem. Jednak w rzeczywistości próbują zarobić i wykorzystać niespodziewaną okazję. Przez lata narzekały, że rywale z Zatoki Perskiej zabierają im pasażerów i nieuczciwie konkurują, bo nie muszą zmagać się ze związkami zawodowymi czy różnymi europejskimi regulacjami. Teraz nie mają skrupułów w podnoszeniu cen, bo wiedzą, że ta korzystna dla nich sytuacja może długo nie potrwać. Niedawno szef Lufthansy Carsten Spohr z rozbrajającą szczerością stwierdził, że pasażerowie mają tendencję do szybkiego zapominania o takich problemach jak ostatnie. W przyszłości znowu kupią bilety w najkorzystniejszych cenach – bez względu na to, kto je zaoferuje i z jakimi przesiadkami.
Czytaj także: Wojna z Iranem sparaliżowała ruch lotniczy. Odwołane loty, pasażerowie koczują na lotniskach
Zmienią się preferencje podróżujących?
Skutki lotniczego chaosu nie ograniczają się tylko do połączeń między Europą a Azją. Prawdopodobnie nastąpi zmiana preferencji podróżujących. Jeśli mniej osób zechce spędzić wakacje w Turcji czy Egipcie, a więcej wybierze europejskie państwa śródziemnomorskie, linie lotnicze szybko zareagują, podnosząc stawki na popularnych rejsach. Tak samo jak biura podróży w przypadku chętniej wyszukiwanych kierunków. Ceny lotów i wycieczek zmieniają się bowiem nieustannie – chodzi o to, aby wypełnić samolot i przy tym zarobić jak najwięcej. Przewoźnicy zatem będą testować, na jak duże podwyżki mogą sobie pozwolić, aby zrekompensować rosnące koszty, ale jednocześnie nie stracić przy tym klientów. Na korzyść zarówno linii lotniczych, jak i biur podróży działa fakt, że apetyt na podróżowanie był w ostatnim czasie ogromny i nawet niedawne wydarzenia raczej go nie ograniczą. Teraz, kto może, będzie się reklamował nie tylko jako kierunek atrakcyjny, ale także bezpieczny. A za to bezpieczeństwo – nieważne, czy prawdziwe, czy wymyślone na potrzeby marketingowe – przyjdzie nam słono zapłacić.