Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Koniec z szóstkami z religii. Sale katechetyczne mogą totalnie opustoszeć

Ważenie plecaków szkolnych w Poznaniu Ważenie plecaków szkolnych w Poznaniu Piotr Skórnicki / Agencja Wyborcza.pl
Wliczanie oceny z religii do średniej to nieraz jedyny powód, który powstrzymuje rodziców przed wypisaniem dziecka z tego przedmiotu. Dotyczy to szczególnie uczniów szkoły podstawowej, którzy chcą dostać się do dobrego liceum.

Od nowego roku szkolnego religia ma szansę stać się wyjątkowym przedmiotem szkolnym, którego dzieci i młodzież będą się uczyć wyłącznie dla siebie, a nie dla ocen. Będzie tak dzięki rozporządzeniu ministry edukacji, które zabrania nauczycielom brać pod uwagę stopnie z przedmiotów nieobowiązkowych, czyli z religii oraz etyki, do obliczania średniej. Choć rozporządzenia jeszcze nie ma, gdyż Barbara Nowacka dopiero zapowiedziała taką decyzję, budzi ono wielkie emocje. Prace legislacyjne nad tą zmianą trwają, można ją wspierać albo protestować.

Stopień z religii robi wielką różnicę

Od wysokości średniej ocen zależy, czy dziecko zostanie promowane z wyróżnieniem (średnia 4,75 i wyżej), czy też bez wyróżnienia. Znakiem wysokiej średniej jest biało-czerwony pasek na świadectwie. Takie wyróżnienie nie jest łatwo zdobyć, trzeba bowiem bardzo dobrze się uczyć. Gdy nauka idzie gorzej, można się wesprzeć wysoką oceną z katechezy. Z tego przedmiotu są zwykle piątki i szóstki. Celujący z religii i słaba czwórka z matematyki powodują, że z ucznia średniego robi się bardzo dobry (średni wynik to piątka). Niejeden uczeń nie wypisuje się z religii właśnie z obawy, że spadnie mu średnia i nie otrzyma świadectwa z paskiem. Bez wliczania ocen z katechezy do średniej bardzo dobrych uczniów zrobi się dużo mniej. Nie zdajemy bowiem sobie sprawy, że stopień z religii robi wielką różnicę.

Wliczanie oceny z religii do średniej to nieraz jedyny powód, który powstrzymuje rodziców przed wypisaniem dziecka z tego przedmiotu. Dotyczy to szczególnie uczniów szkoły podstawowej, którzy chcą dostać się do dobrego liceum. Podczas rekrutacji do szkoły ponadpodstawowej za świadectwo z paskiem system przyznaje aż 7 pkt. Do najbardziej obleganych liceów nie ma szans, aby dostał się ktoś, kto na świadectwie nie ma biało-czerwonego paska. Szóstka z religii jest niezwykle pożądaną oceną, gdyż może tak podnieść średnią ocen, że wystarczy na pasek. A wtedy szanse na dostanie się do dobrego liceum znacząco rosną.

Gdy ocena z religii przestanie być wliczana do średniej, jedynym powodem, aby chodzić na lekcje tego przedmiotu, pozostanie wiara. Nie jest to jednak ważny powód, gdyż wiarę można praktykować bez uczęszczania na szkolną katechezę. Młodzież w Polsce mamy bardzo wierzącą, co jednak wcale nie przeszkadza jej masowo wypisywać się z lekcji religii. Katecheci chwytają się różnych sposobów, aby zatrzymać ten trend, nie mają jednak pomysłu, jak to zrobić skutecznie.

Sale katechetyczne mogą totalnie opustoszeć

Pomoc obiecał Kościołowi minister Czarnek, chciał on bowiem zlikwidować prawo, które pozwala uczniom nie chodzić ani na religię, ani na etykę. Były minister był przekonany, że gdy uczniowie będą musieli jakiś przedmiot wybrać (obecnie mogą wybrać „nic”), większość zapisze się na religię. Etykę trudno wybrać, gdyż w większości szkół jej nie ma (rzekomo z powodu braku nauczycieli tego przedmiotu).

Czarnek nie zdążył zrealizować tego planu przed odwołaniem ze stanowiska ministra, a nowa władza ani myśli pomagać Kościołowi w zaganianiu dzieci i młodzieży na religię. Nie tylko nie pomaga, ale wręcz rzuca kłody pod nogi. Najpoważniejszą z takich kłód jest właśnie decyzja o niewliczaniu oceny z religii do średniej. Gdy słowa Nowackiej staną się ciałem i ministra wyda stosowne rozporządzenie, sale katechetyczne mogą totalnie opustoszeć.

Kościół już teraz powinien powołać sztab kryzysowy i wymyślić sposób, jak zachęcić dzieci i młodzież do chodzenia na religię w sytuacji, gdy oceny nie będą miały żadnego znaczenia. Mamy w kraju dużo uczelni katolickich, w których pracuje wielu specjalistów od pedagogiki (także pedagogiki religii) oraz metodyki nauczania tego przedmiotu. Powinni w trybie pilnym wymyślić, jak uatrakcyjnić katechezę, aby uczniowie chcieli w niej uczestniczyć „za nic”. Obecnie „religia za nic” nie mieści się w głowie nie tylko dzieci, ale również ich rodziców.

Niewielu jest mistrzów katechezy

Do tej pory Kościół nie wypracował metod przyciągania na katechezę np. wysoką jakością prowadzenia zajęć, twórczymi metodami realizowania podstawy programowej, rozwijaniem innowacyjności wśród uczniów, pobudzaniem do kreatywności w sferze ducha czy też dawaniem dzieciom i nastolatkom dobrej chrześcijańskiej rozrywki. Takie rzeczy się zdarzają podczas rekolekcji, gdy na zajęcia przychodzą goście, np. misjonarze, albo też dzieci i młodzież zapraszani są na stadiony czy do hal sportowych, w Łodzi np. do Atlas Areny, gdzie zajmują się nimi charyzmatyczni mistrzowie, więc jest ciekawie, a udział w tych spotkaniach inspiruje. Natomiast na lekcjach religii raczej wieje nudą. Przykro mówić, ale niewielu jest mistrzów katechezy, większość nauczycieli tego przedmiotu ma poważne braki w zakresie sprawności pedagogicznej i znajomości psychologii dziecięcej, a nawet psychologii religii. Wiele do życzenia pozostawia również biegłość metodyczna katechetek i katechetów.

Jest to skutek zarówno braku solidnego kształcenia w seminariach duchownych, gdzie metodykę nauczania religii traktuje się po macoszemu, jak i zaniedbywania szkoleń przez już praktykujących nauczycieli tego przedmiotu. Niejeden katecheta traktuje uczniów jak parafian, niczym wiernych, tylko nieco bardziej niesfornych i wymagających większego zdyscyplinowania. Często katecheci epatują swoją wiarą, uczą sercem, a serce w pracy pedagogicznej bywa zawodne, przesadna wiara zaś może nawet śmieszyć. W salach przykościelnych zapewne można by nadrabiać brak przygotowania pedagogicznego duchowością, natomiast w murach szkolnych trzeba wykazać się profesjonalizmem, gdyż wiara wcale nie pomaga w prowadzeniu atrakcyjnych zajęć.

Katecheci chętnie posługują się, podobnie jak prawie cały polski Kościół, straszeniem jako metodą przekonywania do praktykowania wiary. Straszą np. skutkami tu i teraz życia w grzechu, a piekłem po śmierci. Posługują się też przekupstwem, np. obietnicą wydania świadectwa ukończenia kursu przedmałżeńskiego w ostatniej klasie liceum. Dzisiaj jednak obie te metody – strach i łapówka – są nieskuteczne, gdyż nastolatki mają luźne podejście do grzechu, nie boją się też piekła, no i nie planują szybkiego ślubu, więc nie potrzebują chodzić na religię, aby otrzymać świadectwo nabycia praw do zawarcia małżeństwa. Jedynym powodem, który ma dla dzieci i młodzieży jakiś sens, jest wliczana do średniej ocena z religii. Wciąż bowiem jest sporo uczniów, którym zależy na świadectwie z biało-czerwonym paskiem. Gdy zabraknie i tego, pozostanie tylko wiara, nadzieja i miłość, czyli chęć praktykowania cnót chrześcijańskich.

Kierunek, w którym zmierza polska szkoła

Jednak w oczach znacznej części młodzieży Kościół sam jest bez cnoty, utracił ją bowiem, nie radząc sobie z przypadkami pedofilii wśród duchownych, nie pomagając ofiarom, a ukrywając przestępców. Jakże więc może uczyć wartości chrześcijańskich, gdy sam te wartości odrzucił? Lekcje religii powinny dostarczać nastolatkom przeżyć duchowych, młodzież jest bowiem takich przeżyć spragniona. Dobrze jednak wie, że katecheza nie zaspokaja tych potrzeb.

Gdy tego „interesu” nie da się z katechetą czy katechetką zrobić, nie ma sensu tracić czasu i energii na przedmiot zbędny. Wiarę, nawet bardzo głęboką, jak to w młodzieńczym wieku, da się obecnie praktykować bez pomocy Kościoła, a więc również bez konieczności chodzenia na lekcje religii. Bóg jest wszędzie, choć mam wrażenie, że najmniej jest go w polskim Kościele.

Decyzja Barbary Nowackiej, aby nie wliczać już oceny z religii do średniej, może okazać się przełomowa w relacjach katechetów z dziećmi i młodzieżą. Może zmusić tę grupę nauczycieli do zajęcia się na poważnie metodyką oraz pedagogiką, aby stać się mistrzem w swoim zawodzie. Jeśli stopnie z religii nie będą miały wpływu na średnią, w zasadzie należy ich nie stawiać wcale. Do tego zdaje się polska szkoła zmierzać, czyli do ograniczenia roli ocen w procesie nauczania i uczenia się, a wręcz do uczenia bez oceniania. Zamiast stopnia, trzeba będzie uczniom dostarczyć informacji zwrotnej na temat tego, w czym są dobrzy, a nad czym muszą jeszcze popracować i jak to powinni uczynić. Religia jako przedmiot idzie na pierwszy ogień tych zmian.

Uczyć bez stawiania ocen, motywować bez nagradzania stopniami, wzbudzać zapał do przedmiotu bez oceniania to trudna sztuka i wielkie wyzwanie dla każdego nauczyciela. Gdy MEN wyda rozporządzenie w sprawie niewliczania ocen z religii do średniej, katecheci nie będą mieli wyjścia. Albo opanują tę biegłość pedagogiczną, jaką jest atrakcyjne uczenie bez ocen, albo nie znajdą dla siebie miejsca w tak zmienionej szkole. Obawiam się, że Kościół nie zechce podporządkować się nowoczesnej pedagogice, choćby w imię tego, że prawo boskie jest ważniejsze niż pedagogiczne wynalazki świeckiej władzy. Tylko czy Bóg naprawdę każe stawiać oceny za wiarę i wliczać je do średniej? Szczerze wątpię.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Nauka

Za dużo leków, diagnoz depresji, autyzmu i ADHD? Wielki spór w psychiatrii

Narasta sprzeciw wobec tradycyjnej psychiatrii. Zamiast u lekarzy pomocy szukamy w aplikacjach i poradnikach. Dwie książki próbują uporządkować ten chaos. Z różnym skutkiem.

Paweł Walewski
12.04.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną