Wycięte „na oko”. Wstrząsająca historia, która pozbawiła 24-latkę macicy i jajników
Do Szpitala Miejskiego im. Franciszka Raszei w Poznaniu Wiktoria trafiła z podejrzeniem raka jajnika w kwietniu 2024 r. Badania obrazowe wykazały guz, którego należało się pozbyć – ale okazał się guzem o niskim stopniu złośliwości, dającym chorej bardzo duże szanse na pełne wyleczenie. Tymczasem ordynator oddziału ginekologii, zamiast usunąć widoczną na jednym jajniku zmianę, przeprowadził operację radykalną – usunął 24-letniej kobiecie oba jajniki wraz z macicą, odbierając jej szansę na zajście w ciążę. Na oko ocenił, że sytuacja jest poważna i trzeba pacjentkę ratować, choć badania histopatologiczne – przeprowadzone na jego zlecenie podczas trwania operacji – ustaliły inne rozpoznanie.
Historia ta, opisana szczegółowo w „Gazecie Wyborczej” przez poznańskiego dziennikarza Piotra Żytnickiego, nie pozostawia wątpliwości: ginekologa, prof. Dariusza S., zgubiła nonszalancja i pewność siebie. Prokuratura postawiła mu zarzut umyślnego ciężkiego uszkodzenia ciała (bo okaleczył pacjentkę w sposób nieodwracalny) i choć nie przyznaje się do winy, czeka na proces, który może oznaczać dla niego bardzo poważne konsekwencje. Bo w medycynie, jak w dobrym reportażu, diabeł tkwi w szczegółach, których nie da się dostrzec gołym okiem.
Czytaj także: Terapia daremna, sztuczna inteligencja, reklamy lekarzy... Jak wygląda etyka lekarska po liftingu?
Między intuicją a odpowiedzialnością
Eksperci, z którymi rozmawiałem po lekturze artykułu, na podstawie opisanej w nim sekwencji zdarzeń (którą potwierdziłem w kilku źródłach) nie mają wątpliwości: bez badania histopatologicznego nie da się rozpoznać złośliwości guza! Wzrok nawet doświadczonego chirurga jest narzędziem nieprecyzyjnym, szczególnie gdy skutki decyzji są nieodwracalne. Nie wolno robić niczego na „czuja”, bo coś wyglądało tak, jak nie powinno. Jeśli nie ma pewności, zabieg można przeprowadzić dwuetapowo. Zaszyć, wybudzić, poczekać na wynik. Wrócić na salę operacyjną, jeśli będzie trzeba.
Tak właśnie wygląda współczesna medycyna: oparta na procedurach, konsultacjach, konsyliach, algorytmach postępowania. Nie dlatego, że lekarzom odebrano sprawczość. Dlatego, że historia medycyny jest historią błędów wynikających z nadmiernej pewności siebie. Dzisiejsze standardy są po to, by tę pewność temperować, nawet jeśli zbyt pewny siebie chirurg mógł być przekonany, że nie chce pacjentki narażać na powtórny zabieg i okalecza ją z przekonaniem, że ratuje jej życie.
Czytaj także: Wstydzimy się ginekologa. Zwłaszcza zetki badają się rzadko. „To jest nasza wielka klęska”
Oczywiście, komplikacje mogą się zdarzyć zawsze. Czasem dramatyczne, czasem niezawinione. Operacja przebiega na żywej tkance, w nieprzewidywalnym środowisku. Nikt rozsądny nie oczekuje od lekarzy nieomylności. Ale czym innym jest powikłanie, a czym innym świadome zignorowanie narzędzia, które miało tę niepewność rozstrzygnąć. Skoro zleca się badanie śródoperacyjne, czyli ocenę histopatologiczną pobranego wycinka z guza, to po to, by z niego skorzystać i w ciągu 30 min otrzymać zwrotną informację, co to za rodzaj guza. Nawet zgrubna informacja daje podstawy do podjęcia kolejnych kroków przy stole operacyjnym. I ta informacja nadeszła na blok w przewidzianym procedurami terminie, tyle że profesor Dariusz S. na nią nie zaczekał. Dlaczego?
Pacjenci zagubieni w tłumaczeniu
Nie zdziwię się, jeśli do dzisiaj sam nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. W rozmowie z reporterem przekonywał, że ratował życie pacjentki, że obraz był jednoznaczny, że widział rozsiany proces nowotworowy. Podkreśla długie lata doświadczeń i setki wykonanych operacji. Zaprzecza, by „poczuł się Bogiem”. Być może rzeczywiście działał w przekonaniu, że robi to, co najlepsze? Właśnie dlatego ta sprawa jest tak ważna, by uświadomić sobie, że w medycynie dobra intencja nie wystarcza.
Posłuchaj także: Czy wolno sprawdzać lekarza? Zasięganie drugiej opinii: mity, fakty i nieporozumienia
Nie wystarczają też przeprowadzone naprędce rozmowy z pacjentami przygotowywanymi do trudnych operacji. Pani Wiktoria jest Białorusinką. Mieszka w Polsce od kilku lat, ale – jak wynika z relacji – słabo mówi po polsku. Dostała przed zabiegiem dokumenty do podpisu, jednak niewiele z nich rozumiała, a nikt na oddziale nie zadał sobie trudu, by z nią wszystko spokojnie omówić. Lekarze operowali medycznym żargonem, mówiąc o „przydatkach” (a więc jajnikach i jajowodach), a ona nie wiedziała, o co chodzi. „Jeśli wynik okaże się jednoznacznie złośliwy, czy zgadza się pani na rozszerzenie zabiegu?” – to pytanie powinno paść przed operacją. Pacjentka może się zgodzić. Może też odmówić. I lekarz nie ma prawa się obrazić. To nie on będzie żył z konsekwencjami.
Zaniedbania w dokumentacji, na które wskazała prokuratura, wynikały z niedostatków komunikacji. Bo świadoma zgoda to nie jest podpis pacjenta na kartce papieru. To proces – upewnienie się, że druga strona naprawdę rozumie, co może się wydarzyć i jakie będą konsekwencje. Argument, że personel nie ma na takie pogłębione rozmowy czasu, jest fałszywy – niczego nie da się załatwić rutynowym „proszę podpisać tutaj”. W Polsce coraz więcej pacjentów to obcokrajowcy, a szpitale wciąż działają tak, jakby wszyscy rozumieli język polski (medycznego żargonu nie rozumieją też sami Polacy). „Przecież powiedzieliśmy o ryzyku” – tłumaczą później lekarze. Tylko że „powiedzieliśmy” to za mało, gdy pacjentka kiwa głową, bo nie chce wyjść na głupią. Gdy pyta o „przydatki”, a nikt nie tłumaczy, że to jajniki. Gdy pyta „Będę mogła mieć dzieci?”, a słyszy „porozmawiamy później”.
Czytaj także: Biegli niezbyt biegli. Sądy grają w ruletkę ludzkim losem, gdy tacy ludzie osądzają lekarzy
Medycyna to nie rzemiosło „na oko”
Przedstawiona historia, oby incydentalna, ma szerszy kontekst. Jest nie tylko o młodej kobiecie, którą okaleczono na stole operacyjnym w publicznym szpitalu. Ani nie tylko o lekarzu, który przeżywa pewnie teraz osobistą zawodową tragedię. Jest to historia o całym systemie naszej ochrony zdrowia, który pozwala, by profesor czuł się ponad procedurami i działał „po swojemu”. O kulturze, w której „na oko” wciąż bywa usprawiedliwiane jako „doświadczenie”. Wreszcie o nonszalancji, która zawsze była w medycynie największym grzechem.
Zaufanie do lekarzy jest jednym z fundamentów systemu ochrony zdrowia. Ale zaufanie nie oznacza bezkrytyczności. Oznacza wiarę, że decyzje są podejmowane w oparciu o standardy, a nie o przeczucie. Jeśli sąd potwierdzi winę, będzie to nie tylko wyrok dla jednego ginekologa, ale sygnał dla całego środowiska: chirurgia to nie teatr jednego aktora.
Pani Wiktoria zapytała reportera, który przygotowywał o niej artykuł: „Co mi dadzą przeprosiny?”. W istocie – niewiele. Sprawiedliwość nie przywróci jej macicy ani jajników. Oby przywróciła coś innego: przekonanie, że w Polsce – nawet jeśli z opóźnieniem – obowiązują reguły gry. A w tej grze nie ma miejsca na decyzje „na oko”.