Program Obamy

Kuracja czy reanimacja?
Nie udał się Barackowi Obamie pierwszy rok prezydentury. Czy przyjęta właśnie reforma zdrowia spełni oczekiwania Amerykanów?
Impas, w jakim znalazł się program Obamy, dowodzi głównie, jak trudno w USA o szybkie i głębokie zmiany
UPI/Bill Greenblatt/BEW

Impas, w jakim znalazł się program Obamy, dowodzi głównie, jak trudno w USA o szybkie i głębokie zmiany

Amerykańska reforma ubezpieczeń zdrowotnych wisiała na cienkim włosku. Utknęła ustawa energetyczna. Czeka na uchwalenie regulacja banków. Republikańskiej opozycji udało się zablokować 80 proc. inicjatyw legislacyjnych rządu. Z ważnych ustaw przegłosowano tylko pożyczki z budżetu ratujące banki i koncerny samochodowe oraz pakiety stymulacji gospodarki. Gdyby Kongres ich nie uchwalił, Ameryka wpadłaby w Wielki Kryzys, jak w latach 30.; zadecydował więc raczej zbiorowy instynkt samozachowawczy.

New Deal

Lewicowi demokraci zarzucają Obamie brak silnego przywództwa – zamiast uderzyć pięścią w stół, zachowuje się jak profesor, który dzieli włos na czworo i niepotrzebnie usiłuje z republikanami współpracować. Według prawicy, Obama przesadził, zwiększając rolę państwa, czego przejawem ma być reforma ochrony zdrowia. Prezydent – ich zdaniem – przeliczył się, biorąc zwycięstwo wyborcze za mandat do nowego New Dealu, podczas gdy Amerykanie nie życzą sobie rozbudowy rządu. Neutralni komentatorzy wytykają mu, że zamiast skupić się na walce z recesją, wziął się za ambitne, długofalowe reformy. Obama jest, jaki jest, ale za jego polityką stały ważkie argumenty. Pojednawczą postawę tłumaczy potrzebą zyskania szerszego poparcia dla zmian, co leży w interesie samych demokratów. Współpraca z republikanami okazała się niemożliwa i ostatnio prezydent zmienia taktykę. Zarzut wprowadzania socjalizmu jest niepoważny – w negocjacjach na temat reformy Biały Dom i demokraci poszli na dalekie ustępstwa, rezygnując np. z państwowej ubezpieczalni (opcji publicznej).

W sprawach gospodarczych Obamę można raczej oskarżyć o faworyzowanie Wall Street. Taktyka szybkiego zainicjowania wielkich reform też ma uzasadnienie – najlepiej zrobić to w pierwszym roku prezydentury, zanim zacznie się kampania przed wyborami do Kongresu, jak obecnie.

Impas, w jakim znalazł się program Obamy, dowodzi głównie, jak trudno w USA o szybkie i głębokie zmiany. W Waszyngtonie mówi się o paraliżu systemu rządzenia, zdolnego do zasadniczych reform tylko w sytuacji poważnego kryzysu, jak Wielka Depresja z początku lat 30., burzliwe konflikty społeczne w latach 60. oraz wojny. Zdesperowani komentatorzy spoglądają z zazdrością na Chiny, gdzie nie ma wolności, ale buduje się szybkie koleje i rozwija zieloną gospodarkę. „Monopartyjna autokracja z pewnością ma wady, ale kiedy kieruje nią w miarę oświecona grupa ludzi, jak w Pekinie, może przynosić również wielkie korzyści” – napisał prowokacyjnie wpływowy publicysta dziennika „New York Times” Tom Friedman.

Amerykański model polityczny nastawiony jest na zachowanie równowagi, dopuszczając jedynie stopniowe, cząstkowe zmiany. Działa więc mechanizm superwiększości 60 głosów w Senacie – wymaganej, aby partia większościowa mogła uchwalić ustawę bez względu na obstrukcję parlamentarną (filibuster), czyli przeciąganie w nieskończoność debaty, by nie dopuścić do końcowego głosowania. Teoretycy konstytucji przypominają, że ojcowie-założyciele celowo wzmocnili Senat, aby pohamować żywioł nieprzemyślanych inicjatyw w bardziej plebejskiej Izbie Reprezentantów. Parlamentarny klincz jest potrzebny; zmiany mogą być, ale poparte przez zdecydowaną większość. Ale czy po 200 latach dawne reguły nadal mają sens?

Zmuszają one partię większościową do współpracy z opozycją przy ustawach i do zawierania kompromisów, choćby w imię potrzeby poszanowania praw mniejszości. Bywało tak nieraz w historii Kongresu. Dziś jednak nie ma ku temu warunków – postępująca polaryzacja polityczna coraz bardziej uniemożliwia porozumienie między demokratami a republikanami. O ile w przeszłości obie partie były niejednorodnymi koalicjami rozmaitych nurtów ideowych (w uproszczeniu: liberalnych i konserwatywnych), w ciągu ostatnich 20–30 lat doszło ich ideowej krystalizacji i homogenizacji. W Partii Demokratycznej pozostało sporo centrowych ustawodawców, ale uciekają oni z Kongresu w poczuciu, że nie ma tam dla nich miejsca, jak ostatnio senator Evan Bayh. Liberalni republikanie, kiedyś liczni na północy kraju, to gatunek wymierający – jedni przechodzą do demokratów, jak senator Arlen Specter, inni są sekowani przez ultrakonserwatywne kierownictwo GOP. Na Kapitolu legislatorzy z obu partii wymieniają grzeczności, ale coraz rzadziej spotykają się i rozmawiają ze sobą. Zbyt wiele ich różni.

Bariery nie do przekroczenia

To rozwarstwienie jest odbiciem znanego podziału Ameryki na czerwoną, czyli republikańsko-konserwatywną krainę Sary Palin, oraz niebieską, demokratyczno-liberalną i wielkomiejską. Ci, którzy krytycznie odnoszą się do obu partii, głosują na niezależnych. Ci ostatni wszakże nie mają większych szans – od narodzin Partii Republikańskiej w połowie XIX w. żadnej trzeciej partii ani niezależnemu kandydatowi nie udało się rozsadzić układu i wygrać wyborów. Dwupartyjny system nie pozwala na zmiany wskutek licznych reguł, jak choćby tej, że w debacie przed wyborami prezydenckimi mogą wziąć udział tylko kandydaci z poparciem minimum 15 proc. w sondażach. Ostatnim, który przeszedł przez to sito, był Ross Perot w 1992 r.; zdobył potem 19 proc. głosów wyborców, ale zero elektorskich. Głosy elektorskie to kolejny mechanizm utrwalający stan zastany.

Perot był multimilionerem, co przypomina, że aby w ogóle wystartować do wyborów bez poparcia głównej partii, trzeba dysponować bardzo grubym portfelem. Rola pieniędzy w amerykańskiej demokracji rośnie. Umocniła ją styczniowa decyzja konserwatywnego Sądu Najwyższego, który zniósł ograniczenia w finansowaniu kampanii wyborczych przez korporacje, wprowadzone po aferze Watergate i ostatnio w ustawie McCaina i Feingolda. Orzeczenie sądu faworyzuje republikanów – wielki biznes obstawia raczej ich – ale ułatwia też obronę wybieralnych stanowisk politykom urzędującym, wznosząc przed nowicjuszami bariery nie do przekroczenia.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną