Europa spiera się o Libię

Wojna Sarkozy’ego
Amerykanie szukają sposobu, by jak najszybciej wycofać się z operacji w Libii. Jeśli dojdzie do interwencji lądowej, jej ciężar spadnie na Europejczyków.
Libijski rebeliant wypatruje samolotów Kadafiego.
Hussein Malla/AP/Agencja Gazeta

Libijski rebeliant wypatruje samolotów Kadafiego.

Prezydent Sarkozy podczas przeglądu wojsk.
PATRICK HERTZOG/AFP

Prezydent Sarkozy podczas przeglądu wojsk.

Trzy kobiety, które przekonały Baracka Obamę do interwencji w Libii. Samantha Power, Hillary Clinton i Susan Rice.
Corbis, AP/AG, PAP/EPA

Trzy kobiety, które przekonały Baracka Obamę do interwencji w Libii. Samantha Power, Hillary Clinton i Susan Rice.

Gdy czołgi Muammara Kadafiego toczyły się w kierunku Bengazi, Barack Obama pakował walizki przed planowaną od dawna podróżą po Ameryce Płd. Jeszcze dzień wcześniej zdawało się, że sytuacja w Afryce Płn. jest pod kontrolą: przewroty demokratyczne w Tunezji i Egipcie obeszły się bez amerykańskiej pomocy, a próba obalenia dyktatora Libii stoczyła się w wojnę domową, w którą Stany Zjednoczone nie zamierzały się włączać. Francja nalegała na ustanowienie strefy zakazu lotów, ale prezydent USA słuchał swojego sekretarza obrony i generałów, którzy przestrzegali przed kolejną wojną. 16 marca wojska Muammara Kadafiego ruszyły jednak na Bengazi, a syn dyktatora zagroził rebeliantom masakrą w ciągu 48 godzin, więc Obama zwołał kolejną naradę. Do interwencji wojskowej przekonały go ostatecznie trzy kobiety.

Hillary Clinton jeszcze dwa dni wcześniej była przeciw. Jak pisze „Washington Post”, zdanie zmieniła po powrocie z Bliskiego Wschodu, gdzie usłyszała wezwania pomocy, i z Europy, gdzie zobaczyła gotowość działania. Według „New York Timesa” na spotkaniu z Obamą sekretarz stanu USA poparła dwie pozostałe orędowniczki interwencji: Susan Rice i Samanthę Power. Rice jest stałym przedstawicielem USA w Radzie Bezpieczeństwa, a w 1994 r. odpowiadała za Afrykę w Departamencie Stanu, kiedy Bill Clinton bezczynnie przyglądał się ludobójstwu w Rwandzie. Z kolei Power, zanim zaczęła doradzać Obamie w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, zdobyła Pulitzera za książkę o amerykańskiej polityce wobec ludobójstwa, a w latach 90. jako reporterka oglądała z bliska wojnę w Bośni. Obie chciały uniknąć powtórki tamtych tragedii.

„Wszystkich zastanawia ta nagła zamiana płci: powściągliwych mężczyzn pokonały zawzięte kobiety, które zmusiły prezydenta, by zachował się jak facet” – ironizuje w „New York Timesie” publicystka Maureen Dowd. Obama dał zielone światło dla interwencji, ale zażądał szerszego mandatu ONZ uprawniającego nie tylko do uziemienia libijskiego lotnictwa, ale także do zatrzymania pochodu wojsk Kadafiego na miasta rebeliantów. Francuzi podsunęli gotowy tekst rezolucji, a Rice w półtora dnia przekonała Rosję i Chiny, by jej nie wetowały, tylko wstrzymały się od głosu. 17 marca Rada Bezpieczeństwa wydała zgodę na interwencję w Libii. – To było spore zaskoczenie – mówi prof. David Bosco, politolog z Uniwersytetu Amerykańskiego w Waszyngtonie i badacz ONZ.

Kto tu zaczął?

Ale zgoda Zachodu w sprawie Libii była tylko pozorna. Gdy 19 marca Obama z czystym sumieniem odleciał do Brazylii, Nicolas Sarkozy zwołał w Paryżu szczyt członków antylibijskiej koalicji, na którym miała zapaść decyzja o terminie interwencji. Nie dość, że w tajemnicy przed sojusznikami posłał francuskie myśliwce nad Libię jeszcze przed rozpoczęciem obrad, to nie zaprosił na nie ani sekretarza generalnego NATO, ani premiera Turcji, ważnego członka sojuszu i kluczowego partnera na Bliskim Wschodzie. Obama z samolotu oglądał, jak prezydent Francji wciela się w przywódcę wolnego świata, ogłaszając rozpoczęcie działań bojowych. Sarkozy bardzo potrzebował tego wystąpienia – dzień później miał pierwszą turę wyborów kantonalnych, w której jego partia o mało nie została pobita przez skrajną prawicę.

Sarkozy ma fatalne notowania po części dlatego, że Francuzi źle znoszą spadek znaczenia ich kraju w świecie. W 2003 r. Francja zablokowała rezolucję ONZ w sprawie wojny w Iraku – historia przyznała jej rację, ale afront wobec Waszyngtonu kosztował Paryż marginalizację w polityce światowej. W Libii Sarkozy dostrzegł podwójną szansę: by wrócić do stolika wielkich mocarstw i zetrzeć świeżą plamę po Tunezji, gdzie jego rząd początkowo poparł upadającego dyktatora. – Po Iraku nawet Amerykanie wrogo nastawieni do polityki zagranicznej George’a Busha nie byli szczególnie zakochani we Francji, więc bojowość Sarkozy’ego w sprawie Libii wprawiła niektórych w osłupienie – mówi Bosco. Ale dla Białego Domu była zrządzeniem losu.

Obama chętnie pozostał w cieniu, bo w przeciwieństwie do Sarkozy’ego ma polityczny kłopot z libijską interwencją. Od republikanów zbiera cięgi za to, że tak późno się na nią zdecydował, od demokratów – że pcha się w kolejną wojnę i nie zapytał o zgodę Kongresu. Po prawdzie nie musiał, bo prezydent USA ma prawo bez konsultacji zarządzać działania wojskowe nieprzekraczające 60 dni. Ameryka poprowadziła natarcie lotnicze na Libię, ale chce wycofać się z operacji, gdy tylko Europa będzie w stanie ją przejąć. Ponieważ Unia Europejska nie ma struktur wojskowych, jedyną instytucją zdolną objąć dowodzenie jest NATO. Na to jednak nie było zgody Sarkozy’ego, który obawiał się utraty politycznej kontroli nad interwencją i, jak cała Francja, podejrzliwie odnosi się do sojuszu.

To poróżniło go z Wielką Brytanią. Ekipa Davida Camerona zaczęła urzędowanie od podpisania traktatu obronnego z Francją – po części po to, by dowieść, że eurosceptyczny rząd potrafi współpracować z partnerami w Unii, ale też po to, by nie musieć angażować się w unijną politykę obronną. W sprawie rezolucji libijskiej Cameron i Sarkozy szli ręka w rękę, ale gdy Francuzi zaczęli odcinać się od NATO, Brytyjczycy zajęli odmienne stanowisko. Po kilku dniach bombardowań mniejsze państwa koalicji libijskiej nabrały obaw, że Sarkozy wciągnie je w większą awanturę, i uzależniły swój dalszy udział od przekazania dowództwa w ręce NATO. – Sarkozy, jak to ma w zwyczaju, poszedł dalej i szybciej niż wszyscy pozostali – mówi Daniel Korski, analityk z Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych w Londynie.

Kto tu dowodzi?

W tyle zostali przede wszystkim Niemcy, którzy w Radzie Bezpieczeństwa wstrzymali się od głosu. „Co za niespodzianka!” – śmiał się libijski wiceminister spraw zagranicznych, dziękując państwom, które nie poparły rezolucji ONZ. Berlin wylądował w jednym szeregu z Moskwą i Pekinem, za co Angela Merkel zebrała krytykę nawet we własnej chadecji.

Ale pani kanclerz też miała w marcu wybory (w Saksonii-Anhalcie, Badenii-Wirtembergii i Nadrenii-Palatynacie) i nie chciała oddawać głosów pacyfistom z Partii Zielonych i SPD. Merkel i tak udało się uniknąć znacznie większej wpadki: Guido Westerwelle, lider koalicyjnej FDP i minister spraw zagranicznych, chciał podobno zawetować rezolucję. Gdyby doszło do masakry rebeliantów w Bengazi, odpowiedzialność spadłaby wówczas na Niemcy.

Merkel pojechała na szczyt do Paryża, ale była wściekła na Sarkozy’ego, że postawił ją w takim położeniu. Zaraz dała też do zrozumienia, że jej kraj nie przyłoży ręki do interwencji – wycofała niemieckie okręty stacjonujące na Morzu Śródziemnym w ramach sił NATO. O ile bez tego sojusz może się obejść, o tyle bez niemieckich załóg samolotów zwiadowczych AWACS trudno byłoby patrolować przestrzeń powietrzną nad Libią. W geście dobrej woli Niemcy zgodzili się wysłać 300 pilotów i techników do Afganistanu, by załogi z pozostałych państw NATO mogły przejąć obsługę AWACS-ów w Europie.

W podobnym rozkroku znaleźli się Włosi, którzy interwencję w Libii popierają półgębkiem, choć do bombardowania Kadafiego udostępnili sojusznikom siedem baz lotniczych.

Amerykanie, nastawieni na szybkie zakończenie misji, urządzili zmasowane naloty – nie tylko na obronę przeciwlotniczą na całym terytorium Libii (no-fly zone), ale także na siły lądowe zmierzające do Bengazi i oblegające Mizuratę (no-drive zone). Szeroko zakrojone bombardowania, w tym na punkty dowodzenia w samym Trypolisie, wzbudziły protest Ligi Arabskiej, która wcześniej wezwała Radę Bezpieczeństwa do uchwalenia rezolucji. Liga miała uwiarygodnić interwencję w oczach państw bliskowschodnich – zwłaszcza że większa i bardziej reprezentatywna Unia Afrykańska stanęła po stronie Kadafiego. – Arabscy przywódcy nigdy go nie lubili, poza tym ucieszyli się, że uwaga Zachodu skupia się na Libii, a nie Bahrajnie czy Jemenie – mówi Bosco.

Jednak gdy Kadafi zaczął pokazywać w telewizji domniemane ofiary bombardowań, Arabowie wystraszyli się własnej opinii publicznej, i tak podburzonej już przez rewolucje w Tunezji i Egipcie. Katar przysłał swoje myśliwce, ale wstrzymał ich udział w akcji bojowej, dopóki koalicjanci nie zakończą bombardowań. Zjednoczone Emiraty Arabskie, drugi pokazowy sojusznik znad Zatoki Perskiej, zrezygnowały z udziału w misji wojskowej i zapowiedziały pomoc humanitarną. Naloty zaczęła też krytykować odtrącona przez Sarkozy’ego Turcja – dopiero telefon od Obamy udobruchał jej premiera na tyle, że Recep Tayyip Erdogan zgodził się nie blokować pomysłu, by NATO przejęło zarządzanie operacją. Po całym tygodniu awantur w kwaterze głównej sojuszu przystała na to również Francja, zadowalając się „politycznym pilotażem” misji w Libii.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną