Świat

Przez Facebook do piekła

luc legay / Flickr CC by SA
W świecie stojącym pod znakiem hiperprzejrzystości prywatne życie i intymność wyszły z mody. Walczymy z narkomanią, ale Facebook też potrafi uzależniać jak narkotyk.
Artykuł pochodzi z najnowszego 20 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 16 maja.Polityka Artykuł pochodzi z najnowszego 20 numeru tygodnika FORUM, w kioskach od 16 maja.

W tym świecie wszyscy są piękni. Zabawni. Sympatyczni. Towarzyszy im bogaty zestaw radosnych fotek (z imprez, urodzin, wypadów za miasto), sztubackich żartów i wykrzykników („Uwielbiam to!”). Można tam kogoś „zaczepić”, można coś „lubić”, i ma się tam mnóstwo znajomych, którzy w magiczny sposób uwidaczniają się na cyfrowym liczniku mierzącym naszą towarzyskość. To jest piękno. Nie, to jest piekło. To Facebook.

Jeśli jeszcze cię tam nie ma, jutro będziesz, to pewne. Tak jak twój brat, twoja siostra i jej córka, twoja matka, starzy kumple i nowi koledzy z pracy. – Norma społeczna uległa zmianie – zdążył już obwieścić Mark Zuckerberg, szef tego serwisu społecznościowego. Już nie tylko nastolatki stają do wyścigu o popularność i pokazują całe swoje życie. Trzydziestolatki, czterdziestolatki, seniorzy – wiek nie ma znaczenia, trzeba tam być. Podporządkować się. Witajcie w czasach tyranii tego, co jest cool.

Adele to świeżo upieczona licealistka. W jej klasie każdy jest na Facebooku. – Oprócz sierot społecznych – uściśla nastolatka. Przeglądanie profili kolegów na Facebooku daje dość dobre pojęcie o ich notowaniach towarzyskich. – Jedni są popularni, a inni to typ kujona. Słuchaj no, ona ma 559 znajomych, 679 zdjęć. Najwyraźniej jest popularna. Ach, te fotki! Profile „popularnych” dziewczyn wyglądają niczym strony plotkarskich czasopism: zakrapiane nocne imprezy, fajki w ustach, kuszące pozy. Adele nie jest „popularna” i w ogóle ma to w nosie. 16-letnia Manon jest bardziej zakompleksiona i spędza czas na przeglądaniu profili tych „popularnych”. Święcie przekonana, że życie tych dziewczyn, które spotyka codziennie na szkolnym korytarzu, jest naprawdę takie cool, jak to pokazują na swojej facebookowej „tablicy”.

Obowiązek szczęścia

Czyżby Facebook poważnie szkodził naszemu morale? Alex Jordan, psycholog z Uniwersytetu Stanforda, przepytał setkę studentów, w jaki sposób korzystają z tego serwisu. – Surfując po profilach innych osób, które są zawsze zainscenizowane w sposób pozytywny, sami czują się jakby mniej warci. W internecie ludzie mają skłonność do reklamowania samych siebie. Żyją w doskonałym związku, ich dziecko to chodzący ideał, no i właśnie spędzili cudowne wakacje. Ta propaganda szczęścia może być bardzo dużym obciążeniem. Może to skłaniać do porównywania się z innymi i narzuca pewną normę społeczną.

Inne badanie, przeprowadzone niedawno na Uniwersytecie Edynburskim, pokazuje z kolei, że najbardziej „popularni” użytkownicy, czyli krótko mówiąc ci, którzy mają najwięcej kontaktów, są też bardziej od innych zestresowani. Czują się niejako zmuszeni do zasilania strumienia informacji, żeby sprostać oczekiwaniom odbiorców. Nieustanne reklamowanie samego siebie to prawdziwa mordęga. Już namnożyło się coachów prowadzących szkolenia w dziedzinie personal branding, którzy w uczony sposób wyjaśniają, jak „stworzyć swoją osobistą markę”, „poprawić swoje pozycjonowanie”, a nawet „dzielić swój osobisty mit z innymi” (!).

W naszym zagonionym społeczeństwie pragnienie widoczności wyparło dawne pragnienie wieczności – mówi socjolożka Nicole Aubert, która była współredaktorką pracy zbiorowej zatytułowanej „Les Tyrannies de la visibilité” (Tyranie widoczności). – Nasza epoka odwróciła platoński mit jaskini. Dla Platona cienie, które poruszały się na ścianach, przedstawiały sobą iluzje. Dla nas powierzchowność, pozory i obrazy są jedyną rzeczywistością. Obecnie istnieć, to znaczy być widocznym i widzianym. Stąd bierze się ta potrzeba mnożenia naszych śladów w sieci.

 

 

Strona jak narkotyk

Za sprawą cyfrowych zdjęć i filmików nasze życie może być rejestrowane i powielane w nieskończoność. Gromadzimy fotki, przechowujemy e-maile, dokumentujemy swoją egzystencję dzień po dniu – dążąc do cyfrowej wieczności. Googlujemy innych i sami jesteśmy googlowani, googlujemy także samych siebie, żeby przekonać się o swoim istnieniu. – Trudno uniknąć tej presji. Bo dzisiaj, jeśli ktoś jest zupełnie niewidoczny w sieci, jest to podejrzane.

Thomas Zuber i Alexandre des Isnards wydali niedawno zabawną satyrę na nasze społeczeństwo w dobie Web 2.0. pod tytułem „Facebook m’a tuer” („Facebook mnie zabił”, celowo wydrukowaną z błędem ortograficznym. To aluzja do głośnego we Francji morderstwa z 1991 roku, którego ofiara przed śmiercią napisała krwią na ścianie imię zabójcy, niepoprawna pisownia mogła jednak świadczyć o tym, że oskarżenie spreparował ktoś inny – przyp. FORUM), „Dziś wydaje się nam, że w pełni przeżyliśmy jakieś wydarzenie tylko wówczas, jeżeli zostało ono utrwalone w obrazach, a następnie udostępniane w sieci i zatwierdzone przez nasze kontakty”.

To syndrom zdjęć z wakacji, które umieszcza się na swojej tablicy na Facebooku, żeby wkurzyć kolegów. „Jest tak reklama, w której pada hasło: »Optymalizujcie się«. To jest właśnie to! Staliśmy się biznesmenami, oferującymi samych siebie. Zarządzamy swoją towarzyskością niczym zyskiem w przedsiębiorstwie. A Facebook poprzez sam sposób swego funkcjonowania zachęca nas do większej wydajności”. Nakazując nam zbierać więcej „lubię to” i więcej „znajomych”. Bo wszystko jest policzone, liczba przyjaciół, komentarzy, zdjęć…

Blandine, która przyznaje się do uzależnienia od Facebooka, jest niemal nieustannie połączona z serwisem na komputerze albo przez telefon komórkowy. – Gdy tylko zamieści się coś na stronie, działa ona trochę jak narkotyk: nie można się powstrzymać, żeby nie wejść i nie sprawdzić, ile osób to skomentowało. To jest jak ustawiczny pomiar oglądalności. A poza tym są jeszcze wszystkie te e-maile i wiadomości, którymi zaszczyca was sieć społecznościowa. „Wypróbuj wyszukiwarkę znajomych. Łatwo znajdź znajomych za pomocą wyszukiwarki znajomych”. „Wyjeżdżasz? Pozostań w kontakcie. Odwiedź stronę Facebook.com, korzystając z telefonu komórkowego!”.

34-letnia Amélie mówi: Nic mnie bardziej nie przygnębia niż funkcja powiadomienia o urodzinach. Facebook zawiadamia wszystkie osoby z waszej listy kontaktów, że macie dziś urodziny i byłoby miło złożyć życzenia. Zarówno bliskie, jak i niemal obce osoby. Wówczas każdy zamieszcza parę słów od siebie na waszej stronie.

Porzucić esemesem

Życie uczuciowe w dobie Web 2.0 stało się również nader skomplikowane. Kto kogo kocha? Czy ta dziewczyna, która mi się tak podoba, jest w związku? Zresztą tak właśnie zrodził się pomysł na serwis taki jak Facebook. Ze swą gwiazdorską kategorią: statusem, gdzie można zaznaczyć: „wolny”, „w związku” albo na przykład „to skomplikowane”. Twórcy Facebooka myśleli wtedy przede wszystkim o tym, żeby ułatwić okres „podrywania”. Nie zdając sobie sprawy, że kod miłosny wkrótce zmieni się na dobre…

Wcześniej łamano sobie głowę, kto pierwszy zdobędzie się na odwagę, aby wyznać: „Kocham cię”. Obecnie „oświadczamy się” poprzez zmianę wzajemnego „statusu”. 26-letnia Clara mówi: W rezultacie powoduje to niemało komplikacji. Jeżeli ktoś jako pierwszy zaznaczy status „w związku”, a ta druga osoba wciąż zachowuje „wolny”, to nieuchronnie rodzi napięcia. Nieuprzejmość i tchórzostwo oczywiście również idą w parze z e-praktykami. 16-letnia Manon tłumaczy: Porzucenie przez esemesa albo przez Facebooka to już klasyka. Esemes przynajmniej przychodzi tylko do ciebie. W przypadku Facebooka straszne to, że czyjeś upokorzenie zostaje upublicznione.

W przypadku 32-letniego Jérôme’a, który w bolesnych okolicznościach rozstał się z Hélene, zerwanie nastąpiło „kurtuazyjnie” . Mówiąc krótko, po staremu. – Ale trzeba było także pomyśleć o zerwaniu cyfrowym. Na początku nie usunąłem jej z listy znajomych. Nie chciałem zrywać kontaktu. W dalszym ciągu zaglądałem na jej stronę. Bałem się, że znajdę nowe osoby w gronie jej znajomych, swojego ewentualnego następcę. Innym źródłem cierpień były „sugestie” z Facebooka, który powiadamiał go, gdy tylko jej zdjęcie zostało zamieszczone gdzieś na stronie.

Hélene również nie dobyła broni atomowej w postaci opcji „usuń ze znajomych”. Żeby jednak spalić za sobą mosty, zabawiła się ustawieniami prywatności i… zablokowała Jérôme’owi dostęp do części swojej strony: włącznie z listą znajomych. – Pomyślałem sobie, że na pewno kogoś poznała i chce to przede mną ukryć. To mnie dręczyło. Gdy szedłem do znajomych, czasem prosiłem, by zalogowali się na swoje konto i pozwolili mi wejść na jej stronę, żeby sprawdzić listę znajomych. Fakt, że nie można się czegoś dowiedzieć, jest prawdziwą torturą.

Ból dezaktywacji

Clara potwierdza: Kto nie zaglądał na stronę swojego byłego lub byłej? Na Facebooku to sport narodowy. Wiadomo, że to boli, a jednak się to robi. W przypadku Clary cyfrowe zerwanie miało miejsce trzy miesiące po rozstaniu w realu. – Gdy on usunął mnie z grona znajomych, był to dla mnie szok. I od razu się zrewanżowałam. A potem powiedziałam wszystkim swoim kumpelom, żeby też wyrzuciły tego durnia z listy swoich kontaktów! Mogła jednak nadal odwiedzać stronę swojego eks, bo jest ona widoczna dla wszystkich… – Dzięki temu mogłam zobaczyć zdjęcia jego nowej dziewczyny. Zabrał ją na koncert Radiohead – grupy, którą poznał właśnie dzięki mnie. Byłam zdegustowana.

Powiedziała sobie: „Dość”, chciała odejść z Facebooka. Przez dwa tygodnie w ogóle nie wchodziła na stronę. – Otrzymałam wiele wiadomości od moich znajomych w stylu: „Co się dzieje? Przestań się zamartwiać, wyjdź z domu, pójdź gdzieś, rusz się!” Jakby zniknięcie z Facebooka oznaczało opuszczenie tego świata! W jej skrzynce e-mailowej pojawiały się seryjnie wiadomości z serwisu.

Spróbowała usunąć swoje konto. Nie jest to takie łatwe. Rozejrzawszy się wszędzie na stronie, znalazła opcję „dezaktywacja konta” w zakładce „Ustawienia konta”. Wyświetliły się wszystkie główki jej znajomych, za każdym razem opatrzone komentarzem, że Elodie, Jérôme itd. będą za nią tęsknić… Trzeba też było obowiązkowo odpowiedzieć na pytanie o przyczynę opuszczenia serwisu. Wśród opcji do wyboru było „Otrzymuję zbyt wiele wiadomości e-mail, zaproszeń od użytkowników i z Facebooka” albo „Spędzam zbyt dużo czasu na Facebooku”. Zawahała się. Pomyślała sobie, że zrobi to później, gdy przejrzy wszystkie najnowsze wiadomości od kolegów. Znów się zalogowała. Bardzo szybko przyszedł kolejny mail: „Witaj, Clara! Witamy ponownie na Facebooku!”. I dodatkowo zachęta: „Powiedz znajomym na Facebooku, co robiłaś do tej pory”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wojna państwa Marcinkiewiczów

Historia Izabeli i Kazimierza Marcinkiewiczów toczy się jak wieloodcinkowy serial. Ale to, co długo było celebrycką, plotkarską farsą, w najnowszych odsłonach nabiera cech greckiej tragedii. Spór byłego premiera z byłą żoną to przypadek rozwodu publicznego, z wykorzystaniem mediów oraz nowych instytucji prawnych.

Martyna Bunda
06.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną