Kto naprawdę stoi za zamachem na saudyjskiego ambasadora w USA

Perfekcyjna fuszerka
Irański ajatollah wynajmuje meksykańskiego narkogangstera, by zabił saudyjskiego ambasadora w Waszyngtonie. Prawda czy fałsz? Mnożą się podejrzenia, że niedoszły zamach sfabrykowało FBI.
Mansur Arbabsiar (drugi z prawej) przed Sądem Federalnym w Nowym Jorku. Władze amerykańskie przedstawiły schwytanie irańskiego imigranta jako wielki sukces.
SHIRLEY SHEPARD/AFP/EAST NEWS

Mansur Arbabsiar (drugi z prawej) przed Sądem Federalnym w Nowym Jorku. Władze amerykańskie przedstawiły schwytanie irańskiego imigranta jako wielki sukces.

Ambasadror Abdel al-Dżubeir - cel nieudanego zamachu.
Jason Reed/Reuters/Forum

Ambasadror Abdel al-Dżubeir - cel nieudanego zamachu.

Mansur Arbabsiar irański imigrant handlował używanymi samochodami, ale wskutek roztargnienia i niezorganizowania doprowadził swój biznes do bankructwa. Mimo to irańskie Brygady Quds, zbrojne ramię Korpusów Strażników Rewolucji, jego właśnie wyznaczyły na organizatora zuchwałego zamachu. Na polecenie swego kuzyna agenta specsłużb w Teheranie miał wynająć zabójców ambasadora Arabii Saudyjskiej w USA. Arbabsiar zaproponował specjalistów z meksykańskiego narkokartelu Zetas, znalazł kandydata gotowego wykonać mokrą robotę za 1,5 mln dol. Z Iranu na jego konto przelano nawet zaliczkę – 100 tys. dol.

Niedoszły zabójca okazał się konfidentem amerykańskiej Agencji ds. Walki z Narkotykami (DEA). Złapanie Arbabsiara prokurator generalny Eric Holder przedstawił jako wielki sukces: udaremnienie ataku bombowego w stolicy, w którym zginęłyby dziesiątki ludzi. Prezydent Barack Obama nazwał spisek przejawem eskalacji agresywnych działań Iranu, zapowiedział zaostrzenie sankcji i zagroził, że w konfrontacji z islamską republiką „nie wyklucza żadnych opcji”. Stwierdził, że za spiskiem stoi reżim irański i wezwał społeczność międzynarodową do dalszej izolacji Teheranu, przypominając o jego pracach nad budową broni nuklearnej.

Autorytet prezydenta sprawił, że rewelacje uznano za prawdziwe, ale specjaliści nie wierzą w spisek. Po co Iran planowałby tak spektakularny zamach na terytorium USA, ryzykując odwet supermocarstwa, i dlaczego irańskie służby postępowały w sposób tak amatorski? – Mogli przecież zabić saudyjskiego dyplomatę w którymś z krajów Bliskiego Wschodu. Uderzający jest brak fachowości tej operacji. Dlaczego przesyłano 100 tys. dol. przelewem, kiedy wiadomo, że takie transfery są w USA rejestrowane? Ludzie z Quds zawsze byli profesjonalni – mówi ekspert ds. irańskich z fundacji RAND Alireza Nader.

Inny ekspert, Rasool Nafisi z Uniwersytetu Strayer, przypomina, że wywiad irański tylko raz odważył się na zamach na ziemi amerykańskiej: w 1980 r. jego agenci zastrzelili w Waszyngtonie emigracyjnego działacza antyrewolucyjnej opozycji. A zabijanie ambasadora bliskiego sojusznika Ameryki zakrawa na akt wojny. Nafisi nie wierzy też, by Quds mogli wynająć zabójcę z meksykańskiego kartelu. – Do takich zadań Irańczycy nigdy nie używali niemuzułmanów, ani nawet nieszyitów. Wersja, że irański wywiad czy służby bezpieczeństwa zrobiłyby coś tak głupiego, wydaje się zupełnie nieprawdopodobna – twierdzi Nafisi.

Skrajni sceptycy są zdania, że spisek jest mimowolnym dziełem amerykańskich służb specjalnych. Arbabsiar nawiązał kontakt z meksykańskim kartelem, aby sprzedać irańską heroinę. Rzekomy gangster, będący informatorem DEA, sam podsunął mu pomysł likwidacji ambasadora. Według prawnika i publicysty Glenna Greenwalda prowokacje tego rodzaju to nagminna praktyka FBI w walce z terroryzmem. Agenci podający się za islamistów wciągają źle zaadaptowanych muzułmańskich imigrantów do rzekomych siatek terrorystycznych i werbują do wymyślonych przez siebie zamachów.

Przykładem jest choćby historia 19-letniego Somalijczyka Osmana Mohamuda, którego FBI namówiła w ubiegłym roku do zdetonowania bomby w Portland i aresztowała na krótko przed zamachem. W 2009 r. federalna policja przekonała młodego Jordańczyka, by podłożył bombę w wieżowcu w Dallas, a pewnego Pakistańczyka do przeprowadzenia ataku na metro w Waszyngtonie. W tym roku aresztowała mężczyznę, który z jej wsparciem szykował zamach na Pentagon i Kapitol. Według Greenwalda FBI fabrykuje fikcyjne ataki terrorystyczne, by udaremniać je w ostatniej chwili i poprawić statystyki wykrywalności.

Teza, że takie prowokacje owocują aresztowaniami niewinnych ludzi, to ulubiona linia obrony adwokatów terrorystów. W wypadku irańskiego spisku faktem pozostaje, że oskarżeni połknęli przynętę: z Iranu przyszła zaliczka, a władze amerykańskie dysponują nagraniami zeznań Arbabsiara i jego rozmów ze wspólnikami. Z jednej z nich wynika, że niedoszli zamachowcy liczyli się z możliwością masakry i brali pod uwagę śmierć członków Kongresu, jeśli bomba zostałaby podłożona w ulubionej restauracji ambasadora. Sugestie, jakoby spisek był wymysłem, opierają się na ocenie politycznych następstw jego ujawnienia.

Rząd Obamy odniósł oczywiste korzyści propagandowe. Reżim irański można znowu przedstawić jako zbrodniczego szaleńca, przypomnieć sponsorowanie terroryzmu i zbrojenia nuklearne. Łatwiej teraz przekonywać zagranicznych partnerów do sankcji i uzasadnić ewentualną akcję zbrojną. Zdaniem krytyków prezydenta, nagłośnienie sprawy mogło być nawet próbą odwrócenia uwagi od problemów w kraju. Za daleko posuwają się jednak ci, którzy porównują oskarżenia Obamy pod adresem Iranu do zarzutów George’a Busha przeciwko Irakowi. Bush parł do wojny nie bacząc na preteksty – Obama nie dąży do konfrontacji z Iranem.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną