Świat

Kolory Białego Domu

Kolorowi kandydaci na prezydenta USA

Castro to latynoska replika Obamy. Obaj ukończyli Uniwersytet Harvarda, obaj pochodzą z rozbitych rodzin, obaj odznaczają się urodą z żurnala. Castro to latynoska replika Obamy. Obaj ukończyli Uniwersytet Harvarda, obaj pochodzą z rozbitych rodzin, obaj odznaczają się urodą z żurnala. Erich Schlegel / Corbis
W Ameryce ruszają konwencje przedwyborcze obu partii. Wyborcy będą wypatrywać nowych politycznych gwiazd. A wśród nich pierwszego prezydenta Latynosa, bo ta mniejszość wyprzedzi już wkrótce białych Amerykanów.
Gary Locke jest ambasadorem USA w Pekinie.Keith Bedford/Getty Images Gary Locke jest ambasadorem USA w Pekinie.
41-letni republikanin Bobby Jindal jest pierwszym gubernatorem hinduskiego pochodzenia.Chip Somodevilla/Getty Images 41-letni republikanin Bobby Jindal jest pierwszym gubernatorem hinduskiego pochodzenia.

Bielej być nie może. Kandydat na prezydenta Mitt Romney, nominat na wiceprezydenta Paul Ryan, nawet główny mówca, gubernator New Jersey Chris Christie – luminarze największych stronnictw amerykańskiej prawicy, którzy uświetnią w tym tygodniu konwencję Partii Republikańskiej w Tampie, są biali. Dopiero po nich na mównicy pojawiają się przedstawiciele kolorowej Ameryki. Romneya przedstawi Marco Rubio – senator kubańskiego pochodzenia, rozważany wcześniej jako kandydat na wiceprezydenta. Po czterech latach rządów Baracka Obamy republikanie chcą pokazać, że wcale nie są „partią zamożnych WASP”. Potomkowie Anglosasów wciąż rozdają karty w Waszyngtonie, ale w wyborach liczą się coraz bardziej głosy Latynosów, Afroamerykanów i Azjatów.

Kolorowa Ameryka tradycyjnie głosuje na demokratów, ona wyniosła też do władzy Obamę. Mniejszości poprą go także w listopadzie, ale wielu rozczarowała jego polityka i mogą odpłynąć do republikanów. By utrzymać ich poparcie, prezydent zezwolił właśnie na czasową legalizację pobytu w USA młodych nielegalnych imigrantów, w praktyce głównie Latynosów. Ale demokraci nie poprzestają na gestach – przemówienie programowe na wrześniowej konwencji Partii Demokratycznej w Charlotte wygłosi 37-letni Julian Castro, pochodzący z Meksyku burmistrz San Antonio. To ogromne wyróżnienie i trampolina do wielkiej polityki – w 2004 r. w tej samej roli wystąpił Obama, a wcześniej Bill Clinton.

Castro na prezydenta USA

Castro to latynoska replika Obamy. Obaj ukończyli Uniwersytet Har­varda, obaj pochodzą z rozbitych rodzin, obaj odznaczają się urodą z żurnala. A istnieją powody, by lansować lidera o korzeniach z Ameryki Łacińskiej: Latynosów jest w USA 50 mln i stanowią ok. 17 proc. populacji. Już ich teraz więcej niż Afroamerykanów, a do końca XXI w. wyprzedzą także białych. Młody Castro uosabia zbiorowy awans i polityczną potęgę Latynosów. Jest synem Rosie Castro, znanej w Teksasie działaczki walczącej o prawa Latynosów, córki imigrantów z Meksyku, samotnej matki. Wychowała Juliana i jego brata bliźniaka Joaquina w atmosferze ulicznych protestów, starając się wpoić im etniczną dumę meksykańskich chicanos.

Obaj brylowali w szkole i dzięki akcji afirmatywnej (wyrównania szans) dostali się na uniwersytety Stanforda i Harvarda. Julian ukończył tam nauki polityczne i prawo. Na Harvardzie działał w latynoskiej organizacji Alianza i uczelnianej radzie wydziału. W czasie wakacji odbył staż w Białym Domu. Już wtedy planował karierę polityczną. Zaraz po dyplomie wystartował w wyborach do rady miejskiej San Antonio, siódmego co do wielkości miasta USA, i w wieku 26 lat został jej najmłodszym członkiem. W 2005 r. po raz pierwszy ubiegał się o stanowisko burmistrza. Na jeden z wieców posłał zamiast siebie swego brata bliźniaka; kiedy sprawa się wydała, wybuchł skandal.

Julian, uważany wtedy za polityka etnicznego, nie zdobył zaufania Anglos i wybory przegrał. W kolejnych wyborach w 2009 r. poszedł po rozum do głowy i wykreował się już na rodowitego Teksańczyka, który dystansuje się od rzeczników „tożsamości chicano”. Wygrał w cuglach. Dziś uchodzi za polityka postetnicznego, wolnego od prowincjonalno-latynoskiego bagażu. Nie włada nawet dobrze hiszpańskim – mimo meksykańskiego patriotyzmu mama mówiła w domu po angielsku. U demokratów ma opinię centrysty – podkreśla konieczność zrównoważenia budżetu, popiera układy o wolnym handlu i nie kruszy kopii o alternatywne źródła energii.

 

„Ten facet jest burmistrzem? Myślałem, że to nasz stażysta” – żartował Obama, gdy w 2009 r. Castro został zaproszony do Białego Domu na konferencję gospodarczą. Ale wbrew młodzieńczemu wyglądowi Castro jest poważny i zdyscyplinowany. Jego fani liczą, że jako polityk-mózgowiec i wzorowy ojciec rodziny nie pójdzie w ślady Henry’ego Cisnerosa, ministra w gabinecie prezydenta Clintona, któremu też wróżono prezydenturę, aż jego kariera legła w gruzach, gdy wyszło na jaw, że prowadzi podwójne życie.

Juliana czeka wielka przyszłość – mó­wi prof. Alan Lichtman z American University. – Świetnie się prezentuje, jest dobrym mówcą, a przede wszystkim nie jest tylko politykiem latynoskim. Ma szerszą siłę przyciągania. – Castro łączy w sobie świat ubogiego barrio i świat teksaskiego biznesu – dodaje John A. Garcia, politolog z Uniwersytetu Michigan. Przystankiem do prezydentury byłby fotel gubernatora Teksasu. Castro przymierza się do niego, ale nie będzie to łatwe, bo w konserwatywnym stanie dominują republikanie. Gdyby jednak demokracie udało się zająć miejsce okupowane dotychczas przez polityków typu ­George’a W. Busha, droga do Białego Domu stałaby przed nim otworem.

Republikańscy Hindusi

Największą karierę w partii republikanów robią politycy rodem z Indii. Jak 41-letni Bobby Jindal, republikański gubernator Luizjany, pierwszy w historii gubernator hinduskiego pochodzenia, wymieniany w gronie kandydatów na wiceprezydenta, zanim Romney nie zdecydował się na Ryana. Mimo imigranckich korzeni – lub właśnie dzięki nim – okazał się on tak amerykański, że guru prawicy Rush Limbaugh nazwał go drugim Reaganem. Jego rodzice nadali mu imię Piyush, ale już jako czterolatek młody Jindal ogłosił, że chce się nazywać Bobby – na cześć jednego z bohaterów popularnego telewizyjnego serialu „The Brady Bunch”. W szkole nosił kowbojskie buty i w takich samych paraduje do dziś.

Jindal od dziecka zapowiadał się na geniusza, w szkole nie schodził poniżej ocen A. Rodzina praktykowała hinduizm, ale Bobby, pod wpływem religijnej przyjaciółki imieniem Nancy, przeszedł na katolicyzm. Do kościoła wymykał się mówiąc rodzicom, że idzie imprezować z kolegami. Biblię czytał ukryty w szafie.

Po otrzymaniu dyplomu Brown University dostał elitarne stypendium Rhodes na brytyjskim Oksfordzie. Po powrocie do kraju, w wieku 24 lat, został dyrektorem stanowego departamentu­ szpitali w Luizjanie. Departament miał 400 mln dol. deficytu wskutek korupcji i gigantycznego marnotrawstwa środków z Medicaid, federalnego funduszu ubezpieczeń dla biednych. Po trzech latach Jindal wyeliminował deficyt i ujawnił oszustwa.

Kiedy skończył 27 lat, mianowano go dyrektorem krajowej komisji pracującej nad reformą ubezpieczeń emerytów Medicare, złożonej z polityków i ekspertów kilkakrotnie od niego starszych. Rok później został szefem szkolnictwa wyższego w Luizjanie, a w 2001 r. – przed ukończeniem trzydziestki – doradcą prezydenta Busha ds. służby zdrowia. Do walki o fotel gubernatora Luizjany stanął po raz pierwszy w 2003 r., ale przegrał z demokratką Kathleen Blanco. Zwyciężczyni zagrała na rasowych fobiach elektoratu – jej spoty przedwyborcze ukazywały smagłego Jindala ze sztucznie pociemnioną karnacją. Kiedy huragan Katrina w 2005 r. obnażył nieudolność gubernator Blanco i doprowadził do jej dymisji, Jindal stanął w szranki o sukcesję i w 2007 r. zajął jej miejsce.

Jako gubernator ma renomę skutecznego gospodarza i pracoholika. Jindal mówi z szybkością karabinu maszynowego. W czasie kolejnego huraganu zebrał doskonałe oceny za akcję ratunkową. Podczas kampanii w 2008 r. John McCain rozważał go jako kandydata na wiceprezydenta, zanim zdecydował się na Sarę Palin. Jindal stał się ulubieńcem republikańskiej prawicy: jest zwolennikiem zakazu aborcji nawet w wypadku gwałtu i kazirodztwa, popiera naukę kreacjonizmu w szkołach, sprzeciwia się też badaniom z użyciem komórek macierzystych. – Jeśli Romney przegra, Jindal może wystartować w wyborach w 2016 r. – uważa Geoff Skelley, analityk z American University.

Chiński Locke

Imigranci z Azji są mniejszością wzorcową – brylują w szkołach i na uniwersytetach, awansują w korporacjach, dorabiają się majątków, ale od polityki raczej stronią. Ostatnio zaczyna się to zmieniać. W gabinecie Obamy znalazło się trzech Azjatów, a jednemu z nich wróży się dalszą polityczną karierę – to obecny ambasador USA w Pekinie, 62-letni Gary Locke. Mimo anglosaskiego nazwiska, Locke jest synem imigrantów z Chin osiadłych przed wojną w Seattle. W jego domu mówiono po chińsku i Gary dopiero w przedszkolu nauczył się angielskiego. Uczył się świetnie, po szkole poszedł na Yale, gdzie studiował nauki polityczne. Naukę zwieńczył doktoratem z prawa na Uniwersytecie Bostońskim.

Po powrocie do Seattle został wiceprokuratorem hrabstwa King, potem członkiem stanowej legislatury, gdzie dał się poznać jako polityk zdolny do kompromisów. W 1994 r. wygrał wybory na szefa (executive) hrabstwa King, a dwa lata później wystartował w wyborach na gubernatora stanu Washington. W kampanii podkreślał wartości konfucjanizmu, z jego ideałem wykształcenia. Został pierwszym w dziejach USA gubernatorem chińskiego pochodzenia, a w 2000 r. zdecydowanie wygrał walkę o reelekcję. W tym samym roku mianowano go przewodniczącym stowarzyszenia gubernatorów Partii Demokratycznej. Trzy lata później wygłaszał w Kongresie replikę swego stronnictwa na doroczne orędzie Busha.

Kilka miesięcy później Locke niespodziewanie ogłosił, że rezygnuje ze starań o kolejną kadencję. Tłumaczył, że „chce poświęcić więcej czasu rodzinie”, ale media dogrzebały się innych powodów. „Seattle Post-Intelligence” podał, że gubernator otrzymywał setki listów i maili z pogróżkami – grożono nawet zamordowaniem jego dzieci. Korespondencja, która nasiliła się po jego replice na przemówienie Busha, obfitowała w rasistowskie wyzwiska. Locke przeszedł do pracy w biurze prawniczym Davis-Wright-Tremaine w Seattle. W 2009 r. Obama mianował go ministrem handlu, a dwa lata później ambasadorem w Chinach.

Jako pierwszy szef placówki o chińskich korzeniach Locke stał się w Pekinie sensacją. Nie tylko z racji pochodzenia – Chińczycy nie mogli wyjść ze zdumienia, że ambasador sam nosi na lotnisku swój bagaż, lata w klasie ekonomicznej i stoi w ogonku do zwiedzania Wielkiego Muru. Chińscy dygnitarze, spadkobiercy mandaryńskich tradycji, nie mają zwyczaju tak pospolitować się z ludem. Jeszcze większą sensacją w Pekinie jest jego żona Mona Locke, dziennikarka telewizyjna i była Miss Azjatyckiej Ameryki, nazywana Skarbem Pekinu. W Chinach Locke ma mnóstwo roboty i chociaż zapomniał podobno języka przodków, zbiera dobre recenzje. Jego obecna posada nie jest więc prawdopodobnie emeryturą.

2012 r. jest pierwszym w historii USA, kiedy więcej dzieci urodziło się w rodzinach niebiałych (50,4 proc.) niż w białych. Objęcie władzy przez prezydenta o korzeniach latynoskich lub azjatyckich to zatem już tylko kwestia czasu. Wcześniej powinna jednak pęknąć inna bariera, ograniczająca dostęp do najwyższego stanowiska w amerykańskiej polityce – bariera płci. Czy pierwszą prezydent USA zostanie Hillary Clinton? Wbrew pogłoskom sekretarz stanu nie zastąpiła Joe Bidena, jako kandydatka na wiceprezydenta w tegorocznych wyborach. I może jeszcze spróbować swoich sił w 2016 r.

Polityka 35.2012 (2872) z dnia 29.08.2012; Świat; s. 42
Oryginalny tytuł tekstu: "Kolory Białego Domu"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Gdzie na świecie aborcja jest legalna, a gdzie kobiety muszą ją wykonywać w podziemiu?

Co roku na świecie dokonuje się ponad 40 mln aborcji – głównie w tych krajach, gdzie poziom wiedzy na temat antykoncepcji jest niski.

Redakcja
22.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną