Unia wprowadza sankcje: 21 osób na czarnej liście

To dopiero początek?
Pierwszy krok został uczyniony. Unia Europejska obejmie zakazem wjazdu i zamrożeniem kont 21 osób: dziesiątkę najbliższych doradców prezydenta Rosji Władimira Putina oraz 11 członków władz samozwańczej Republiki Krymu - to poniedziałkowa decyzja ministrów spraw zagranicznych UE. Podobne sankcje wprowadziły także Stany Zjednoczone.
Eoghan OLionnain/Flickr CC by SA

Amerykańskie sankcje obejmują mniejszą liczbę osób, ale sięgają wyżej – dotyczą m.in. bliskich współpracowników prezydenta Putina Władisława Surkowa i Siergiej Głazjewa oraz wicepremiera Dmitrija Rogozina. Unijne restrykcje ograniczają się do członków rosyjskiej Rady Federacji, wyższej izby rosyjskiego parlamentu, oraz władz Krymu.

Europa musiała uchwalić te sankcje, by zachować minimum wiarygodności w sporze z Moskwą wokół Ukrainy. Unijni przywódcy zapowiedzieli 6 marca, że wejdą one w życie, jeśli Rosja nie podejmie rozmów w sprawie rozwiązania kryzysu w ramach tzw. grupy kontaktowej. Na początku Moskwa wydawała się otwarta na dialog, mowa była o deeskalacji konfliktu. Ale już w zeszłym tygodniu było jasne – na razie żadnych rozmów nie będzie.

Do wprowadzonych w poniedziałek sankcji nie powinniśmy jednak przywiązywać nadmiernej wagi. Po pierwsze, doradcy Putina ich nie odczują – w Rosji już od kilku lat obowiązuje prawo, które zakazuje wysokim urzędnikom państwowym trzymania pieniędzy na zagranicznych kontach. A jeśli nawet je gdzieś nielegalnie trzymają, to raczej nie w europejskich bankach, a już na pewno nie pod swoim nazwiskiem.

Po drugie, sprawy zaszły już dużo dalej – na okupowanym de facto przez Rosjan Krymie przeprowadzono „referendum” w którym „przegłosowano” przyłączenie samozwańczego państwa do Rosji. Z Moskwy coraz częściej słychać pomruki o „bratniej pomocy” dla Rosjan we wschodnich obwodach Ukrainy. To już kroki, które teoretycznie powinny uruchomić w Unii kolejną grupę sankcji wobec Rosji – w tym gospodarczych.

Rosjanie w międzyczasie przedstawili swoje warunki rozmów o rozwiązaniu konfliktu. Obejmują one trzy punkty: • powrót do tzw. porozumień 21 lutego, wynegocjowanych przez ówczesną władzę i pozycję m.in. za pośrednictwem Radosława Sikorskiego (nie wiadomo, czy miałoby to oznaczać powrót do władzy Wiktora Janukowycza) • uchwalenie nowej konstytucji Ukrainy, wprowadzającą ustrój federalny oraz • uznanie niepodległości Krymu i jego prawa dołączenia do Rosji.

Moskwie szczególnie zależy na tym drugim punkcie – wprowadzenie federalnego ustroju oznaczałoby osłabienie władzy w Kijowie. Słaby rząd centralny nie byłby w stanie przeforsować w całym kraju zmian zbliżających Ukrainę od Europy, czyli ograniczających wpływy Moskwy.

Europa nie może sobie pozwolić na przyjęcie warunków Moskwy: uznaje obecne władze w Kijowie za legalne, a krymskie referendum – wprost przeciwnie. Zakończenie konfliktu pod dyktando Moskwy oznaczałoby zostawienie Ukrainy samej sobie. Byłaby to kapitulacja i ostateczna utrata wiarygodności przez Unię jako partnera dla państw z przestrzeni postradzieckiej.

Żeby negocjować z Moskwą, trzeba mieć coś w zanadrzu. Pytanie brzmi, czy europejskie stolice będą potrafiły postawić się Rosji – poważnie rozważyć sankcje gospodarcze, w tym restrykcje handlowe, z których najbardziej drastyczny byłby zakaz importu ropy i gazu. Takie decyzje mogłyby naprawdę uderzyć w Moskwę, ale jednocześnie mocno zabolą także państwa Unii.

Na razie oczywiście nie ma mowy o szybkim wprowadzeniu restrykcji na import rosyjskich surowców. Ale Unia musi trzymać tę opcję otwartą, w innym wypadku Kreml ją po prostu zlekceważy. Mówiąc językiem teatru: trzeba umieć zawiesić tę fuzję na ścianie w pierwszym akcie, nawet jeśli w kolejnych nie miałaby wypalić.

W najbliższych dniach kluczowa będzie postawa Niemiec, a Berlin jest podzielony. Współrządzący socjaldemokraci są zwolennikami miękkiego podejścia wobec Moskwy. Przeciwko ostrym reakcjom wobec Kremla jest też niemiecki biznes, który mógłby dużo stracić. W stronę sankcji ewoluuje jednak myślenie w partii Angeli Merkel. Niemiecka kanclerz jest jedyną osobą w Europie, która może je przeforsować. Ciężar politycznej odpowiedzialności w Europie, którego Niemcy w dużym stopniu do tej pory unikali, pcha się im do rąk.

Udźwigną go? Dowiemy się być może już w czwartek i piątek, kiedy unijni przywódcy spotkają się na szczycie, który miał dotyczyć energii i klimatu, ale siłą rzeczy musi zająć się kryzysem na Wschodzie. Wszystkie oczy będą skierowane na Angelę Merkel.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj