Świat

Będzie kocioł

Ukraina: życie pod ostrzałem

Zgliszcza domu w Sartanie niedaleko Mariupola. Zgliszcza domu w Sartanie niedaleko Mariupola. Sergey Voganov/EPA / PAP
Myślicie, że to separatyści ostrzelali? – wrzeszczała do nas jakaś babuszka w sinym płaszczu. – To Ukropy! Po swoich strzelali, żeby było na Doniecką Republikę Ludową! A wy – złapała mnie za kurtkę – propagandysta! Ludzie, propagandysta!
Pobojowisko na parkingu w Mariupolu.Evgeniy Maloletka/AP/EAST NEWS Pobojowisko na parkingu w Mariupolu.
Pociski wśród zrujnowanych blokowisk.Evgeniy Maloletka/AP/EAST NEWS Pociski wśród zrujnowanych blokowisk.

Jechaliśmy z Berdiańska do Mariupola starą, sypiącą się ładą Anatolija, na jakie w całej poradziecji mówi się „kopiejki”. Anatolij niedawno wyszedł z wojska, służył w Chersoniu, w czołgach, akurat wtedy, gdy rosyjskie zielone ludziki zajmowały Krym. Znad Morza Azowskiego ciągnęła lodowata mgła i ledwie widać było ciężkie wojskowe ciężarówki.

– I teraz mówią, że to my Krym oddaliśmy – wściekał się Anatolij. – A to z góry szły rozkazy, żeby nic nie robić. Czołgi, mówili, mają stać – to i stały. I nie dość, że mnie ten pieprzony pobór oderwał od roboty, bo ja klimatyzatory – mówił – zakładam i cały sezon szlag trafił, to jeszcze robią ze mnie zdrajcę.

– A jak będzie – spytałem – jeśli Rosjanie zdecydują się przebijać korytarz na Krym? To przecież tędy, przez Mariupol, przez twój Berdiańsk.

– Będzie kocioł – powiedział Anatolij. – Ale mamy nadzieję, że na Mariupol i Berdiańsk nie pójdą, po co mają atakować umocnione tereny. Pójdą przez Wołnowachę i po prostu odetną je od reszty Ukrainy. I wtedy, być może, wojsko albo się podda, albo ewakuuje morzem, i może nie będzie strat wśród cywili. Bo jeśli będą się bronić, to będzie piekło. Ja mam żonę, dzieci. Nie mam gdzie uciekać.

Mariupol funkcjonował zwyczajnie, jak każde inne ukraińskie miasto. W centrum tłum ludzi, jeździły marszrutki, trolejbusy. W górujących nad miastem, gigantycznych zakładach Azowstal, kontrolowanych przez spółkę Rinata Ahmetowa, pełną parą szła robota. Tylko nadpalony i okopcony budynek rady miejskiej przypominał, że na wiosnę toczyły się tu walki.

Osiedle Wostocznyj, leżące prawie przy granicy terytorium zajmowanego przez bojowników DRL, też próbowało żyć normalnie, mimo że kilka dni wcześniej ostrzelano je z wyrzutni rakietowej Grad, następcy Katiuszy. Grad to 40 połączonych ze sobą wyrzutni rakietowych, odpalanych jednocześnie. Ze strony wystrzeliwującego atak Gradu wygląda bardzo efektownie: z rury wyrzutni w stronę horyzontu wytryskują, jedna po drugiej, długie po horyzont rozżarzone smugi, a po chwili cały ten horyzont rozżarza się i płonie. W sobotę 24 stycznia płonącym horyzontem było właśnie osiedle Wostocznyj w Mariupolu. Zginęło ponad 30 osób.

W internecie można znaleźć filmy z ataku. Najpierw nad blokami rozerwał się ostry, przeszywający huk: ludzie na ulicy zamarli, samochody zatrzymały się. Później rozjarzyły się eksplozje, poszły czarne dymy. Ludzie rzucili się biegiem, do domów, do schronów, samochody ruszyły z piskiem opon. Na jednym z filmów widać, jak pocisk Gradu uderza w auto: maszyna momentalnie wchłonięta jest przez żółty rozbłysk, a później wszystko spowija ciężki dym.

Gdy niedługo później przybyliśmy na miejsce, na osiedlu Wostocznyj odbywało się wielkie remontowanie, sprzątanie, naprawianie i przywracanie normalności.

Dziury, które pociski Gradu wyrwały w ścianach bloków, były – tymczasowo – pozasłaniane kocami. Właściciele rozwalonych mieszkań wyrzucali gruz przez okna. Kładziono nowe dachy, zmiatano odłamki, naprawiano zerwane linie elektryczne, wstawiano szyby do okien. Na parkingu przy ulicy Olimpijskiej zebrano popalone, poczerniałe trupy samochodów. Po osiedlu kręcili się ochotnicy z Azowstali: pomagali przy usuwaniu gruzu i odłamków, potłuczonego szkła, które na całym Wostocznym chrzęściło pod nogami. Porządkowali osiedle. Patrzyli na wyrwy po pociskach, kręcili głowami i powtarzali „suki, suki”, z tym rosyjskim, przeciągłym, syczącym „s”.

Dwa Grady spadły blisko szkoły. To był, całe szczęście, weekend, lekcji nie było, tylko w sali gimnastycznej odbywały się zajęcia. Drobne odłamki przedostały się przez gęstą siatkę w oknach, poraniły dzieci. Grady uderzyły też w przedszkole. Jeden z pocisków wpadł do wnętrza budynku.

Po mieście snują się ciemnozielone wojskowe ciężarówki z wilczym hakiem na drzwiach. To batalion Azow. To między innymi azowcy latem wyparli separatystów z miasta. Wilczy hak to symbol skrajnej prawicy, a sam batalion Azow związany jest z organizacją Patriota Ukrainy, łączoną z neonazizmem.

– Jaki ukraiński nacjonalizm – protestuje jeden z azowskich oficerów, brodaty, w kamizelce kuloodpornej, z karabinem – jeśli u nas połowa członków to ludzie ze wschodniej Ukrainy, często nawet po ukraińsku nie mówią. Ja sam spod Ługańska, tam teraz Ługańska Republika Ludowa, blad’, wywiozłem dzieci i żonę z miasta i poszedłem walczyć. Chcę swój dom odzyskać.

– A jak wyglądają wasze relacje z lokalnymi? – spytałem. – No zobacz – odpowiedział azowiec. – Widać nas z ulicy, a nikt do nas nie strzela, nikt nie wyzywa. Dobrze jest.

Kręcę się po jednostce, gadam z żołnierzami. Młode chłopaki, faktycznie: wielu ze wschodu. Rozmawiają po rosyjsku.

– Co was, tak naprawdę – pytałem – odróżnia od separatystów? Oglądacie te same filmy, słuchacie tej samej muzyki…

– No, tak – odpowiadali. – Prosto: oni zdrajcy, separatyści, do swoich strzelają.

Podpułkownik Nikołaj Aleksiejewicz Bałaszow, szef kompanii specjalnego przeznaczenia Berda z siedzibą w Berdiańsku, mówi, że duch bojowy to może i w jego kompanii jest, ba, nawet w mieszkańcach Berdiańska jest, ale czołgów nie ma. I w ogóle z ciężkim sprzętem kiepsko. Są dwie linie obrony; mieli robić trzecią – ale coś nie robią.

Rota podpułkownika Bałaszowa powstała na początku sierpnia zeszłego roku, zajęła stare budynki, po jakimś urzędzie, Nikołaj Aleksiejewicz nie wiedział, po jakim. Bałaszow poustawiał sobie tylko na półkach symbole ukraińskości – wielki tom „Historii Ukrainy”, ikonę Matki Boskiej i wyrzeźbioną w drewnie mapę Ukrainy z emblematem swojej kompanii, kazał wymalować na żelaznych wrotach kozaka z karabinem i napis „na ojczystej ziemi panować nie damy nikomu” – i wziął się do roboty.

– Blok-posty – mówił – obstawiamy. – Wyłapujemy dywersantów. Prowokatorów. Listę – mówił – mamy separatystów. W samym zeszłym tygodniu kilku złapaliśmy. Z mediami współpracujemy – wyliczał – informujemy…

W gabinecie siedział w kurtce, bo z ogrzewaniem kiepsko. Ja też nie zdejmowałem. Popijaliśmy kawę. Zagadnąłem Bałaszowa o ukraiński identity kit stojący na półce.

– Bo ja – powiedział Bałaszow – Ukrainiec. Uważam się za Ukraińca. A etnicznie – Rosjanin. Urodzony w Tbilisi, żeby było śmieszniej. Służyłem w radzieckiej armii w Gruzji, potem się przeniosłem. Raz tu, raz tam, aż po odejściu na emeryturę osiadłem w Berdiańsku, nad morzem, spokojnie tu. No i ćwierć wieku tu już Ukraina, to i ja Ukrainiec. Swoją ziemię będę chronić.

 

Berdiańsk, faktycznie, spokojny. Siwe morze bije w kamienistą plażę. W morzu kąpie się jakiś gruby, wąsaty mors. Po kąpieli truchtem biegnie do ręcznika, kurtki i butów pozostawionych na schodach wiodących do morza. Jakiś emeryt wykonuje nad morzem dziwną gimnastykę: napręża się, rozrzuca szeroko ręce, bierze głęboki wdech, i zastyga w takiej pozycji. Po czym powtarza cały cykl. Po nabrzeżu spacerują faceci w skórach i rozmawiają o promocjach w sieciach komórkowych i cenach aut. Chodzą panie i rozmawiają o tym, że co to za kraj, gdzie władzy nie ma, ale że w DRL jeszcze gorzej, że może na Krymie jako tako, ale też nie bardzo, bo podniosły się, owszem, pensje, ale ceny wzrosły. A przecież nie wszyscy pracują w budżetówce, nie wszyscy na emeryturze.

Zagadywałem ludzi, rozmawiałem, pytałem o to, czy się wojny nie boją. Boją się, mówili, pewnie, że się boją. Ale wszyscy mieli nadzieję, że front obejdzie Berdiańsk bokiem. My z boczku, na cypelku – mówili – po co tu, do nas, zachodzić. Jak będzie tu korytarz – odpowiadałem – to zajdą. Będzie, co ma być – odpowiadali i szli dalej.

„Stolicą” ATO, „strefy operacji antyterrorystycznej”, jest Kramatorsk. Centrum prasowe znajduje się na wojskowym lotnisku pod miastem. Jest zupełnie ciemno i pusto, na polach, dawnych Dzikich Polach, bo to przecież tu, leży śnieg. Pośrodku czarnej pustki – blok-post i ukraińska flaga. Dziennikarze potupują w ciemności i zimnie, za bramę wejść im nie wolno, czekają na akredytacje. Czasem brama się otwiera i wyjeżdżają albo wjeżdżają wojskowe ciężarówki. Tu i tam smętnie snują się znudzeni i zmarznięci żołnierze w pełnym rynsztunku. Wygląda to wszystko jak cyberpunkowa sicz kozacka pośrodku Dzikich Pól.

Ale sam Kramatorsk, odbity parę miesięcy temu z rąk separatysów, wygląda nieźle. W centrum ponaprawiano zniszczenia. Lenina nie obalono – nowe-stare władze nie chciały drażnić mieszkańców. Tylko nogawki i cokół pomalowano mu na żółto-niebiesko. Ale w tym żółto-niebieskim ktoś napisał „sława DNR”. Pod Leninem leżą świeże czerwone róże. Pod wydrapanym napisem – też.

Wadim, właściciel niewielkiego geszefciku w mieście, nie tęskni za separatystami.

– To bydlęta były – mówi. – Dzicz, samowolka. Podobno jakichś narkomanów rozstrzelali, mówili, że od teraz to czyste i moralne miasto. Ale sami chlali i się awanturowali, szkoda gadać…

Wadim to nie jest prawdziwe imię. Prosił mnie też, żebym nie pisał, jaki konkretnie prowadzi w mieście geszefcik. Wadim się boi. Niby teraz, mówił, rządzą Ukraińcy, w porządku, ale cholera wie, czy separy nie przyjdą znowu. – Zresztą – mówił – jakie, blin, separy, tam normalnie Rosjanie stoją przecież…

Ale w mieście jest spokojnie. Działają restauracje, knajpy, sklepy, supermarket, usługi. Normalne życie. I tylko wszystko, co się da, pomalowane na żółto-błękitno. Słupy, ogrodzenia, ławki, co się da. Przy wlotówkach do donbaskich miast stoją na cokołach, jeszcze z czasów radzieckich, wielkie trójwymiarowe litery, układające się w tych miast nazwy. One też są malowane w barwy narodowe. Nie zawahano się nawet z patriotycznym zamalowaniem Krasnoarmiejska, mimo że zaraz obok napisu stoi płaskorzeźba bolszewika w budionnówce. Tu i tam zamalowywane na żółto-niebiesko są nawet radzieckie gwiazdy.

– Jeśli separy znowu przyjdą, będą mieli czyszczenia, że hej – chichocze Wadim.

W Słowiańsku też Lenin stoi, nie obalono go, tylko na szyi powieszono mu tabliczkę z napisem „Zabiłem dwa miliony żyć”. Kto wie, czy to nie większe pohańbienie, bo Lenin wygląda, jakby stał pod pręgierzem. Albo jak wisielcy na starych zdjęciach, którym na szyjach wieszano tabliczki z napisem „szpieg”, „dywersant” czy „złodziej”.

Wielki centralny plac Słowiańska był prawie pusty. Smutno stał na nim facet z kucykiem. W teorii chodziło o to, że za opłatą można wleźć na kucyka, zrobić sobie zdjęcie i dać panu za to pieniądze. W praktyce nic takiego się bynajmniej nie działo.

– Fotografują się ludzie panu na kucyku? – spytałem.

– Czyś ty oszalał – odpowiedział facet z kucykiem. – Kto ma teraz głowę, żeby się na kucyku fotografować.

– To po co pan tu wychodzi? – zapytałem.

– A co – odpowiedział – w domu mam siedzieć?

Jest bardzo zimno i słowiańscy milicjanci noszą zimowe czapki. Umundurowanie, widać, takich nie przewiduje, noszą więc swoje, prywatne. Ten – adidasa, inny – fałszowana Puma, czyli Pima. Pytam ich o porządki w mieście po odbiciu przez separatystów.

– Wymienili wszystkich – powiedzieli – całą wierchuszkę. Posiłkowo przyjechali milicjanci z zachodniej Ukrainy.

– A wy? – spytałem. – Co robiliście, gdy rządzili tu separatyści?

Popatrzyli po sobie.

– Ee – powiedzieli – my na prowincji służyliśmy, tam separów nie było…

Przy wyjeździe ze Słowiańska na Artiomowsk jest rondo. W okolicach ronda toczyła się bitwa. Wszystkie budynki posiekane kulami, porozwalane pociskami, bez ścian, bez dachów. Żółto-błękitny napis „Słowiańsk” – cały w dziurach. Galina Bogdanowa prowadziła tam kiedyś, razem z mężem, restaurację i sklep, zatrudniali kilkanaście osób. Została im tylko blaszana buda, w której można kupić napoje, batony, jakieś drobiazgi. Za budą – zgliszcza. Jej dom, który stał niedaleko – ostrzelany, posiekany odłamkami.

Bogdanowa oprowadza nas po wnętrzu. To duży dom, wygodny. Odłamki – pokazuje – w sypialni. Tu – pokazuje – dach zerwany. Tam okna poszły. Dobrze, mówi, że jak strzelali, to byliśmy na dole, w kuchni. Położyliśmy się plackiem na podłodze i ani mru-mru. Papugi – pokazuje wielką, pustą klatkę – mieliśmy, to odłamki pozabijały.

– I państwo nic – mówi – żadnej pomocy. W ogóle – macha ręką – co to za państwo! Niech pan przekaże – mówi – Zachodowi, żeby żadnych pieniędzy Poroszence nie dawał, bo to wszystko na wojnę idzie, a nie na pomoc ludziom.

Kawałek dalej, za przejazdem kolejowym, straszył wysadzony most. Obok niego ukraińscy saperzy zbudowali przeprawę pontonową. Szefem wojskowego posterunku był Witalij, w cywilu młody inżynier z Winnicy. Spokojny, zblazowany.

– Most wysadzili separatyści, jak się wycofywali – powiedział, opierając się na workach z piaskiem. – Żebyśmy nie mogli ich gonić.

– No i co? – spytałem. Spojrzał na mnie z dobrotliwym uśmiechem.

– No i zadziałało – odpowiedział. – Nie goniliśmy. Przez jakiś czas. Widzisz – wskazał palcem – ten spalony budynek na horyzoncie?

– Widzę – powiedziałem. – Co to, szkoła?

– Nie – zachichotał. – Tam był dom wariatów. I oni sobie tam kwaterę główną urządzili.

 

Samir, kramatorski taksówkarz, też nie lubił nowych ukraińskich władz i popierał separów.

– W porządku – mówił – na razie w DRL nie ma pieniędzy, czasem nie ma prądu, wiadomo, sami bojcy bywają nieokrzesani, ale to w końcu czas wojny. Na mojej ulicy ludzie byli za DRL, wielu wstąpiło do oddziałów, teraz siedzą w Doniecku: boją się wracać, żeby ich nie posadzili. Bo wielu siedzi, niektórzy nie wiadomo nawet gdzie. A ci z zachodniej Ukrainy – mówił – to też bywają bydlaki. Wiozłem ostatnio małżeństwo przez blok-post, facet się nie spodobał tym „fajnym chłopcom ze Lwowa”, czy skąd oni tam byli, coś tam im powiedział niemiłego, to go na przeszukanie wzięli i go do majtek rozebrali, a tu mróz. Żona krzyczy: zostawcie go, a oni: bo jeszcze ciebie rozbierzemy!

Samir zgodził się nas zawieźć do Artiomowska. W okolice Popasnego, które akurat było ostrzeliwane przez DRL, jechać nie chciał.

– Na front to ja się nie pcham – mówił. – W Doniecku byłem – mówił – w DRL, klienta wiozłem, już mi wystarczy, dziękuję. Ciemno, strach.

– No, a wy nie za DRL? – spytałem.

– Ja – popatrzył na mnie – za ZSRR. Tu nikt, synok, nie jest za DRL. Tylko wszyscy za ZSRR.

Taksówkarz zawiózł nas na blok-post na drodze do Debalcewa. Debalcewo to „półwysep” Ukrainy, wpuszczający się głęboko w terytorium kontrolowane przez separatystów, ukraiński klin między Republikami Ludowymi Doniecką i Ługańską. Stacjonuje tam sporo ukraińskich wojsk. Już od dawna mówi się, że separy będą zamykali ich w kotle, więc Ukraińcy robią, co mogą, żeby się w Debalcewie umocnić. Po lewej stronie mieliśmy Popasne. Popasne jest jednym z punktów, które separatyści będą zapewne zdobywać, jeśli zdecydują się zamknąć kocioł. Na razie je tylko ostrzeliwują. Przy betonowych zaporach stał samochód kijowskich dziennikarzy. Właśnie wrócili z Popasnego. Byli tam dwie godziny. Byli bladzi i roztrzęsieni.

– Strasznie tam – mówili. – Potwornie.

Żołnierze z blok-postu zaprowadzili nas do zwierzchnika.

– Do Popasnego? – spytał. – Ostrzegam: nie jesteśmy w stanie zagwarantować wam tam bezpieczeństwa. Ale proszę bardzo.

Żołnierze zatrzymali jakiś prywatny samochód, który jechał w tamtą stronę. – Wsiadajcie – powiedział oficer.

Droga była pusta, oblodzona i poorana dziurami. Szczerze mówiąc, trudno było odróżnić, czy to zwykłe dziurska, czy efekt ostrzału z Gradu. Kierowca, rolnik spod Popasnego, pędził, na ile mu łada żiguli pozwalała.

– W każdej chwili – mówił – mogą zacząć strzelać.

Strzelali zresztą, tylko gdzieś daleko.

– Czemu pan stąd nie wyjedzie? – pytaliśmy. – Przecież tu niebezpiecznie.

– Ja już swoje lata mam – powiedział, cudem zachowując stabilność na śliskiej, dziurawej jezdni. – Przed nikim nie będę uciekał. Żonie lekarstwa wiozę. Jak mają nas zabić, to w domu, a nie gdzieś, czort wie gdzie…

Posterunek mieścił się w dawnej stacji benzynowej. Jakimś cudem ściany i dach miała mniej więcej całe, choć poorana była odłamkami. Żołnierze popisywali się, że po dźwięku wystrzału mogą poznać, czy wybuch nastąpi blisko czy daleko. Nie wiedziałem, czy to była prawda czy nie, ale gdy kazali biec do schronu, to biegłem. No i tak się tam życie toczyło. Do schronu – do stacji. I wybuchy, wybuchy, wybuchy.

Na stacji stał stół, na stole – kartofle w mundurkach, słonina w plasterkach. Postawiłem między tym wszystkim flaszkę balsamu Wigor.

– Popijam sobie – powiedziałem – żeby mniej się bać. Dawajcie, machniemy.

– Spokojnie – powiedział szef posterunku, sięgając za stół – my mamy waszą żubrówkę.

Popijali tylko starsi rangą. Młodsi nie. Nie mieli lekarstwa na strach, ale nadrabiali minami. Gadaliśmy o bzdurach i słuchaliśmy eksplozji. W ziemiankach mieli ciepło. Palili drewnem, ocieplali kocami. Święte obrazki, napisy „Putin paszoł na chuj”.

– Póki tylko bombardują – mówili – da się wytrzymać. Raz oni, raz my. Ale atak to co innego…

– Mamy nadzieję – powiedział dowódca – że zdajecie sobie sprawę, że tam, po drugiej stronie, to nie żadni separatyści, tylko po prostu rosyjska armia.

Za stacją benzynową ciągnęło się osiedle z białej cegły. Kilka bloków było wyszczerbionych od pocisków. Wśród ciągłych grzmotów chodzili po nim ludzie.

Wracaliśmy z posterunku z mieszkańcami tego osiedla: dwóch chłopaków: Dima i Iwan, i znów stara łada „kopiejka”. Nie domykał się w niej bagażnik. Chłopaki jechali do Artiomowska po pieniądze z bankomatu, po zakupy. A potem wracali, do żon, do dzieci. Nie mieli gdzie wyjechać. Wyjechaliby, klęli się, wyjechaliby z radością, tego ostrzału, tego strachu nie da się wytrzymać, żyć się tam nie da, sklepy zamknięte, do centrum miasta strach jeździć, ale co robić – nie ma gdzie. Znów pędziliśmy tą samą oblodzoną, pełną dziur drogą. Przejechaliśmy przez blok-posty i wjechaliśmy do Artiomowska, który jeszcze parę godzin temu wydawał się zapadłą, rozwłóczoną dziurą niegodną praw miejskich. Teraz wyglądał jak stolica świata: sklepy, ludzie, taksówki, marszrutki.

– Ech – powiedzieli Dima i Iwan. – Normalny świat. Normalne życie.

Wypłacili kasę, kupili co trzeba i wrócili, przez kilka blok-postów, do swojego ostrzeliwanego życia.

Polityka 6.2015 (2995) z dnia 03.02.2015; Temat tygodnia; s. 12
Oryginalny tytuł tekstu: "Będzie kocioł"
Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Klasyki Polityki

Jak dzieci odczuwają i rozumieją ból?

Jeszcze na początku lat 80. uważano, że noworodki w ogóle nie odczuwają bólu! A ponieważ nie potrafią werbalnie wyrazić tego, co czują, nie dbano o ich komfort w szpitalach.

Paweł Walewski
08.08.1998
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną