Ukraina znów wybiera. Lokalne wybory testem dla władzy
Wybory samorządowe na Ukrainie są ważne przede wszystkim dlatego, że do nich doszło. W ten sposób realizuje się jedna z obietnic Majdanu – decentralizacja władzy.
Wybory samorządowe na Ukrainie odbyły się 25 października 2015 r.
Congress of local and regional authorities/Flickr CC by 2.0

Wybory samorządowe na Ukrainie odbyły się 25 października 2015 r.

Dotychczas na Ukrainie teren należał niepodzielnie do rządzących w Kijowie, a i społeczeństwo przywykło do głosowania na obóz władzy i wydawało się to całkiem normalne. Prezydent Petro Poroszenko obiecał reformę samorządową, pracuje nad jej kształtem Rada Najwyższa, ma zostać przegłosowana przed końcem roku. Sądząc po kampanii, te wybory potraktowano równie poważnie jak wybory parlamentarne. Także dlatego, że od ich przeprowadzenia i wyniku zależy poukładanie relacji z separatystycznym Donbasem, może nawet zakończenie wojny, która przed wyborami przycichła.

Mińskie ustalenia o konieczności decentralizacji mówią jasno, wybory są realizacją jednego z punktów porozumienia. Reforma samorządowa jest też jedną z reform wymuszonych przez przyjęcie proeuropejskiego kursu i jest wspierana przez Brukselę.

W okupowanej części Donbasu wybory nie odbyły się, bo wciąż są tam rosyjscy żołnierze i przeprowadzenie elekcji zgodnie z ukraińskim prawem nie jest możliwe. Ale też zbuntowane republiki wstrzymały się od ogłoszenia własnych wyborów – to sukces Kijowa i niedawnego spotkania w Mińsku w gronie polityków formatu normandzkiego. Lokalnych samorządów nie wybierano też na Krymie, z przyczyn oczywistych, czyli rosyjskiej aneksji.

Na starcie stanęło 140 ugrupowań, po raz pierwszy wyborcy mieli aż tak szeroki wybór. Jak z niego skorzystali? Okazuje się, że umiarkowanie: frekwencja ledwie przekroczyła 46 proc. Jak na ukraińskie warunki – niewiele, także w wyborach lokalnych. Bo tu się zwyczajowo chodzi do głosowania. Niska frekwencja tym razem może wskazywać na zmęczenie Ukraińców, zmęczenie warunkami życia, coraz trudniejszymi, z powodu rosnących cen i malejących płac, utraty wartości hrywny i inflacji. To po prostu zniechęcenie, jakie dopada ludzi, wzięcie spraw w swoje ręce nie wydaje im się dziś najważniejszym wyzwaniem.

Wybory są też wskaźnikiem poparcia dla partii politycznych, obecnych dziś na scenie. Wygranym wydaje się ugrupowanie Solidarność prezydenta Poroszenki. Jego proeuropejski program zyskał poparcie w kraju, ale nie tak druzgocące, jak się spodziewano. Po wchłonięciu partii UDAR Witalija Kliczki prezydencki blok liczył zapewne na więcej, niż uzyskał. W wielu miastach nie będzie rządzić samodzielnie, musi tworzyć koalicje z innymi ugrupowaniami. Okaże się, kogo weźmie do współpracy. Prezydentowi zarzucano między innymi, że wprowadził na swoje listy zbyt wielu dawnych regionałów z partii Wiktora Janukowycza.

Opozycja wystąpiła zresztą pod wieloma flagami, nawet Partii Morskiej, na której listach znalazł się były szef Centralnej Komisji Wyborczej z czasów Janukowycza, ten sam, któremu zarzucano fałszerstwa wyborcze. Natomiast Opozycyjny Blok, dla którego poparcie wzrosło w ostatnim okresie, pewnie także w związku z kłopotami gospodarczymi, będzie mógł samodzielnie rządzić w kilku miastach (na razie wiadomo, że w trzech) na wschodzie kraju.

Dla równowagi trzeba powiedzieć, że prezydencki blok też się na wschodzie kraju umocnił w wielu obwodach, podobnie jak na południu Ukrainy. Niespodziewane wzrosło poparcie dla nacjonalistycznej Swobody, nawet w stolicy zyskuje ponad 10 proc., a na zachodzie o kilka punktów więcej. To także pokazuje stan frustracji społecznej – w obliczu zbyt powolnych reform i rosnących trudności w związywaniu końca z końcem radykałowie mają fory. Udaje się odzyskiwać poparcie także Julii Tymoszenko, odrzuconej po Majdanie, a teraz największej populistki, składającej obietnice, głównie w sprawie niższych cen energii i gazu. Ludzie znów jej wierzą, bo chcą.

Tymczasem premier Arsenij Jaceniuk nawet nie wystawił swojego ugrupowania w zwartym szyku, poparcie dla Ludowego Frontu i samego Jaceniuka sięga dziś ledwie kilku procent. Mówi się nawet, że po wyborach, w których Ludowy Front nie zaistniał, dojdzie do zmian w rządzie.

Ku zaskoczeniu wielu merem Charkowa został ponownie – już w pierwszej turze – Hennadij Kernes. Ku zaskoczeniu, bo Kernes oskarżany był o prorosyjskie sympatie, a nawet, w pewnej chwili, o sprzyjanie separatystom. A w Kijowie też niespodzianka: Witalij Kliczko nie zebrał większości w pierwszej turze i czeka go dogrywka. Podobnie będzie w innych wielkich miastach Ukrainy, Dniepropietrowsku (tu grozi zacięty pojedynek), Połtawie, Zaporożu, Iwano Frankowsku i we Lwowie: charyzmatycznego dotychczas mera Andrija Sadowego też czeka druga tura. W Mariupolu i Krasnoarmirjsku wybory unieważniono, odbędą się za dwa tygodnie.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną