Relacja z Niemiec: W powietrzu czuć rezygnację, uchodźcy już nie tak mile widziani

Przerażeni do granic
Niemcy wciąż znajdują w sobie współczucie dla uchodźców. Choć to współczucie nieco już wygasa.
Rasande Tyskar/Flickr CC by 2.0

Pamiętacie te letnie dni w 2015 roku, kiedy Niemcy tak serdecznie witali dziesiątki uchodźców na swoich dworcach kolejowych? Pamiętacie, że dali im jedzenie, ubrania, pieluchy, zabawki? Pamiętacie cokolwiek z tego, co się wtedy działo? Jeśli nie, nie czujcie się winni. Wydaje się, że tamte dni bezpowrotnie minęły.

W niemieckich mediach ostatnio coraz częściej słychać, że ta powitalna atmosfera jakoś się rozmyła. Gdzie uchodźcy mieliby zamieszkać? Czy w różnych dzielnicach powstaną przeznaczone dla nich getta? Ile będzie ta pomoc kosztowała? Dlaczego władze tak wolno przeprowadzają deportacje? To pytania, na które coraz pilniej trzeba znaleźć odpowiedzi. Jeśli ich nie znajdziemy, społeczeństwo niemieckie rozpadnie się i podzieli pod naporem kryzysu.

W ostatnich dniach znów się z tym wszystkim zmierzyliśmy. Młody uchodźca zaatakował pasażerów w pociągu w pobliżu Würzburga, odpowiedzialność wzięło na siebie tzw. Państwo Islamskie. Młody mężczyzna o korzeniach niemiecko-irańskich zastrzelił w centrum handlowym w Monachium dziewięć osób, ranił 35. W niewielkim mieście Reutlingen (Badenia-Wirttembergia) 21-latek z Syrii zabił maczetą ciężarną Polkę, ranił pięć innych osób. Wreszcie w niedzielę późną nocą 27-letni Syryjczyk podczas muzycznego festiwalu w Ansbach wysadził się i zranił 12 osób.

Uważa się, że zarówno w Würzburgu, jak i w Ansbach ataki miały podtekst islamski, choć nikt tego oficjalnie nie potwierdził. Napastnicy w Reutlingen i Monachium działali, jak się wydaje, w amoku, najpewniej bez związku z Państwem Islamskim. W przypadku Syryjczyka z maczetą istnieje podejrzenie, że działał z pobudek osobistych. Sprawca ataku w Monachium – jak podają przedstawiciele władz – cierpiał na różne dolegliwości psychiczne.

Problem polega na tym, że Niemcom coraz trudniej te motywy rozróżnić. Kiedy na Twitterze pojawił się wczoraj hasztag #ansbach, w jednym z pierwszych komentarzy ktoś napisał: „O nie, następny”, a ktoś inny dodał: „Kiedy to się wreszcie skończy?”. Tyle że w tej chwili nieznane są jeszcze żadne szczegóły, które pozwalałyby określić, z jakich pobudek działali zamachowcy. Na pewno po serii ostatnich ataków Niemcy wydają się do granic przerażeni. Każdy wybuch natychmiast wiążą z terrorem.

Wszystko to sprawia, że moi rodacy stają się coraz bardziej cyniczni. Szydzą z kanclerz Angeli Merkel (która mówiła jeszcze niedawno: „Willkommen in Deutschland”): „Dzięki, mamo!”, „Niemiecki rząd ma krew na rękach”, „Integracja nie działa. Otwórz wreszcie oczy!”. Takich komentarzy sporo jest na Facebooku i Twitterze.

W 2015 roku wielu ludziom wydawało się, że uchodźcy pomogą rozwiązać problemy ekonomiczne. Pomocni mieli się okazać zwłaszcza Syryjczycy, świetnie wykształceni, łatwo się adaptujący i odnajdujący na niemieckim rynku pracy. W RFN mamy niedobór inżynierów, trwają poszukiwania nowych pracowników. Zjawisko nazwano „Fachkräftemangel”, czyli brak umiejętności.

Teraz stało się ono jednak powodem do szyderstw. Wpisy o napastnikach z Würzburga i Ansbach często opatrzone są hasztagami „Fachkraft #ansbach” – „Ekspert #ansbach”. To bardzo wymowna zbitka słów, bo dowodzi, że takie myślenie teraz dominuje: polityka rządu się nie sprawdza, każdy uchodźca może stanowić zagrożenie. Czuć w społeczeństwie rezygnację. I to właściwie wszędzie.

Ludzie szukają odpowiedzi: dlaczego do zamachów w ogóle dochodzi? Co zrobić, żeby poczuć się bezpieczniej? Nawet ci, którzy jeszcze w zeszłym roku wystawali na dworcach i częstowali uchodźców chlebem, wodą, obdarowywali ich zabawkami, teraz mają wątpliwości, czy postąpili słusznie. Czy Niemcy mają prawo, żeby mówić „dość”? Tak – tylko co zrobić, żeby sytuacja się poprawiła?

Trzeba to jasno powiedzieć: Niemcy nadal znajdują w sobie współczucie dla uchodźców, zwłaszcza dla tych, którzy uciekają przed wojną w Syrii, Iraku i Afganistanie. Tysiące wolontariuszy udziela lekcji, organizuje obozy wakacyjne dla młodych, wysłuchuje ich potrzeb.

Ale to współczucie nieco przygasa. Nie tylko na Facebooku i Twitterze, ale też w prywatnych rozmowach, które słyszy się na co dzień. Empatia przegrywa ze zniechęceniem, smutkiem wobec ataków. Czasem z agresją. Niemcom potrzeba teraz silnego przywództwa. Ale już nie takiego jak do tej pory w wykonaniu Angeli Merkel, która zadecyduje, gdzie uchodźców rozlokować, kto może zostać, kto powinien wyjechać i jak traktować nieletnich. To pytania, które należy stawiać, ale nie one są w tej chwili najistotniejsze.

Od Angeli Merkel potrzebujemy czegoś więcej. Jej zeszłoroczne „Willkommen in Deutschland” opisywało atmosferę poprzedniego lata. Lato, które teraz trwa, wymaga innych słów, przeciwstawienia się nienawiści. Zanim niemieckie społeczeństwo zupełnie się podzieli.

***

Madeleine Janssen – dziennikarka z Hamburga. Pracuje dla German Körber Foundation i Der Spiegel online (w zespole mediów społecznościowych).

tłum. Aleksandra Żelazińska

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną