Świat

Amerykanie wzmacniają Europę i czekają na wsparcie

Jeśli Kongres się zgodzi, do Europy wrócą na stałe amerykańskie czołgi. Jeśli Kongres się zgodzi, do Europy wrócą na stałe amerykańskie czołgi. 7th Army Training Command, 1st Lt. Henry Chan / Flickr CC by 2.0
Donald Trump po raz drugi chce podnieść fundusze na tzw. Europejską Inicjatywę Odstraszania. To znak, że siły zbrojne USA poważnie myślą o wojnie.

Jeśli Kongres się zgodzi, do Europy wrócą na stałe amerykańskie czołgi, a składy uzbrojenia zasili amunicja do prowadzenia klasycznej wojny lądowej z Rosją. Ale bez wsparcia Europy to wysiłek na marne.

Pociski artyleryjskie, rakiety ziemia-ziemia dalekiego zasięgu, precyzyjne pociski do wyrzutni rakietowych – od dziesiątek tysięcy do setek sztuk takiego sprzętu może trafić do Europy na wypadek wojny z Rosją. Amerykańscy wojskowi, omawiający w ostatnich dniach propozycje budżetowe prezydenta, nie ukrywali, że głównym celem masowych zamówień amunicji i systemów uzbrojenia ma być odtworzenie potencjału do prowadzenia klasycznej wojny na lądzie, morzu i w powietrzu z silnie uzbrojonym przeciwnikiem. Kiedy mówili o Europejskiej Inicjatywie Odstraszania, funduszu przeznaczonym na wzmocnienie amerykańskiej obecności w Europie, w tym na wschodniej flance NATO, tym przeciwnikiem jest Rosja.

Czytaj także: Brytyjski generał Nick Carter alarmuje ostrzega przed wojną z Rosją

Stany Zjednoczone coraz więcej wydają na wojsko i uzbrojenie

Już wartość ogólnego budżet Pentagonu proponowanego na rok 2019 wskazuje, że nie ma żartów. 686 mld dolarów – ostatni raz podobną wysokość wydatki obronne USA osiągnęły w roku finansowym 2010, u szczytu dwóch kampanii – w Iraku i Afganistanie. Teraz jednak obie wojny ekspedycyjne ze słabymi przeciwnikami to dużo mniejszy wysiłek finansowy, dużo większą wagę przykłada się za to do perspektywy wojny na dużą skalę – z Chinami, Rosją, Iranem czy Koreą Północną. Stąd stopniowe zwiększenie zasobów kadrowych wojska, zakupy uzbrojenia likwidujące luki w zdolnościach bojowych, nacisk na ciężkie siły pancerne zamiast lekkich do walki z talibami. Wszystko to widać również w tym niewielkim wycinku budżetu obronnego USA, który ma pomóc europejskim sojusznikom odeprzeć ewentualny atak Rosji.

Wydzielony fundusz na ten cel Barack Obama ogłosił w 2014 roku w Warszawie. Wtedy, krótko po agresji Rosji na Ukrainę, która stała się szokiem dla NATO, było jasne, że zaledwie dwie amerykańskie lekkie brygady, jakie zostały jeszcze na kontynencie, będą zmiecione, jeśli dojdzie do pełnoskalowej wojny z Rosją. Mimo ryzyka Amerykanie wysłali po symbolicznej kompanii spadochroniarzy do Polski i krajów bałtyckich, wbijając swoją flagę i sygnalizując wsparcie dla słabszych sojuszników.

Wsparcie finansowe też na początku było symboliczne, niecały miliard dolarów, przeznaczony głównie na poprawę infrastruktury wojskowej i wspólne ćwiczenia, które nagle nabrały również odstraszającej roli. Przełom nastąpił dopiero, gdy Obama żegnał się z Białym Domem. Budżet odstraszania w Europie podniósł do 3,4 mld dolarów w roku 2017, co umożliwiło po raz pierwszy wysłanie na wschodnią flankę rotacyjnej brygady pancernej. Amerykańskie czołgi symbolicznie powróciły do Europy w styczniu ubiegłego roku, a trafiły między innymi do Polski.

Generałowie apelowali o przywrócenie zdolności wojska

Ale wojskowi wiedzieli doskonale, że jedna silna pancerna brygada to nic wobec kilkunastu po rosyjskiej stronie – wiedzieli też, że jeśli chodzi o kraje wschodniej flanki, cokolwiek jest w stanie przeciwstawić Rosji najsilniejsza Polska i znacznie słabsze Litwa, Łotwa i Estonia, nie wystarczy dla powstrzymania utraty terytorium. Potrzebowali nie tylko czołgów, ale i artylerii, rakiet, obrony przeciwlotniczej – klasycznego uzbrojenia potrzebnego do prowadzenia wojny, o jakiej niemal już zapomniano – powietrzno-lądowej bitwy o terytorium, wojny NATO z Rosją w Europie Wschodniej.

Każde przesłuchanie w Kongresie generałów z Wiesbaden (gdzie mieści się sztab UA Army Europe) czy Stuttgartu (dowództwo sił USA w Europie) zawierało apele o przywrócenie utraconych w ostatnich dwóch dekadach zdolności – uzbrojenia i amunicji – oraz sił. Za każdym razem mówiono, że tylko na obrazku 30 tys. wojska (wielkość sił lądowych USA w Europie) może wyglądać jak 300 tys. za czasów zimnej wojny. Że do skutecznej walki potrzebne są śmigłowce bojowe i transportowe, rakiety przeciwpancerne i dalekiego zasięgu, bezzałogowce rozpoznawcze i elektronika zakłócająca łączność przeciwnika. Kolejne rosyjskie ćwiczenia i ruchy wojsk w Donbasie coraz bardziej przekonywały Amerykanów, że utracili – na regionalną skalę – zdolność skutecznego przeciwstawienia się Rosji. Alarm w Kongresie okazał się owocny.

Donald Trump zwiększa wydatki na wojsko

Po objęciu urzędu prezydenta przez Donalda Trumpa – w ślad za jego mocarstwową retoryką i obietnicami odbudowy potęgi sił zbrojnych USA – wojskowym łatwiej było o większe pieniądze. O ile swoje urzędowanie Trump zaczął od realizacji budżetu Obamy, o tyle w roku finansowym 2018 podniósł finansowanie obrony Europy o kolejne 1,4 mld dolarów. Zagroził jednocześnie krajom europejskim, że jeśli się nie dołożą, będzie krucho. Dlatego dzisiaj NATO może mówić o trwającym trzeci rok przyroście wydatków obronnych w skali całego Sojuszu, choć oczywiście nie wszyscy nadążają za wytyczną 2 proc. PKB. Ale dzięki połączeniu wydatków USA i NATO na przykład w Polsce rozbudowa infrastruktury ruszyła z kopyta, czego najdobitniejszym dowodem jest finansowany z sojuszniczego funduszu skład uzbrojenia dla pancernej brygady US Army w Powidzu.

Podczas pobytu Trumpa w Warszawie w zeszłym roku obecni byli dowódcy rozlokowanych w Polsce wojsk USA, i nawet jeśli osobiście nie mieli okazji porozmawiać z prezydentem, to byli w stanie przekazać to i owo jego ludziom. Efektem tego zbiorowego wysiłku jest fundusz Europejskiej Inicjatywy Odstraszania na poziomie 6,5 mld dolarów. To tylko propozycja, ale nie oczekujmy jej obcięcia w Kongresie – wręcz przeciwnie, to republikańscy kongresmeni wytykali Trumpowi opieszałość w podnoszeniu budżetu obronnego, w tym na Europę. Wielu z nich jest zdania, że na wschodniej flance NATO należy utworzyć stałe bazy US Army i kto wie, czy Kongres nie zwiększy jeszcze finansowania wysiłku wojskowego do czasu uchwalenia budżetu na przyszły rok. Powinno się to zdarzyć w czerwcu albo lipcu, a nowy rok finansowy zgodnie z amerykańską tradycją zacznie się w październiku.

Jaki sprzęt ma trafić z USA do Europy?

Jeśli propozycja prezydenta nie zostanie obcięta, będzie to budżet przełomowy. Zarazem obrazujący niewesołą ocenę sytuacji strategicznej – innymi słowy, przygotowujący siły USA w Europie do wojny z Rosją. Pentagon zaprezentował tabelki wydatków, których analiza może szokować. Spójrzmy bowiem na liczby: modernizacja czołgów Abrams ma objąć 135 wozów, aż 79 więcej niż w tym roku. Abramsy mają otrzymać nowe „prawie wszystko”, bo chodzi o wersję M1A2 SEP v 3, wypuszczoną zaledwie w 2015 roku, a wdrażaną do służby od zeszłego roku. I to takie czołgi w liczbie 40 mają trafić do europejskiego składu uzbrojenia w Holandii!

Czy trzeba wyraźniejszego sygnału, że USA szykują się do tradycyjnego pancernego starcia w Europie? Dodatkowo do wojennych składów w Europie trafią nowe transportery AMPV (66 szt.), zmodernizowane wozy bojowe Bradley (61 szt.), 61 pocisków antyrakietowych PAC-3 MSE do wyrzutni Patriot i nieujawniona publicznie liczba rakiet do wyrzutni ziemia-ziemia HIMARS i MLRS. Pocisków o zasięgu 300 km ATACMS w tym roku kupiono 122, ale w przyszłym – zgodnie z rekomendacją prezydenta – liczba ta wzrośnie do 404. Zamówienie na precyzyjne rakiety do wielolufowych wyrzutni GMLRS to w tym roku ponad 6 tys. pocisków, ale w 2019 roku prawie 9,5 tys.!

Największe wrażenie robi jednak przyrost liczby zamawianych pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm, z 16 tys. do blisko... 150 tys. Jeśli dodamy do tego ledwie 200 sztuk więcej pocisków przeciwpancernych Javelin, widać jak na dłoni, że siły zbrojne USA poważnie myślą o wojnie. Oczywiście, równie dobrze może chodzić o starcie z Chinami czy wojnę na Półwyspie Koreańskim, ale bądźmy dorośli i słuchajmy dowódców – gdy chodzi o klasyczną bitwę na lądzie, głównym przeciwnikiem USA jest Rosja, a terenem walk kraje nadbałtyckie i Polska.

Czytaj także: Szok i niedowierzanie. Nasza strategia na Patrioty

O zwiększeniu liczebności wojsk USA w regionie na razie budżet nie wspomina. Jest taka perspektywa – jak wynika z wypowiedzi dowódców – ale po roku 2020. Dlaczego? Bo wielkość US Army – sił lądowych USA – też musi się wpierw odbudować. Wielkość i jakość. I nie chodzi o samych żołnierzy, tylko typ jednostek, w jakich służą. Od kilku lat przywracane są w miejsce lekkich jednostek ekspedycyjnych brygady pancerne do klasycznych bitew lądowych. Konwersja brygady lekkiej piechoty na pancerną to rzecz jasna większy wydatek niż w drugą stronę – a taki proces zachodził przez ostatnią dekadę i więcej.

Czy większy budżet po stronie USA oznacza, że możemy spać spokojnie?

Wzrost zagrożenia ze strony Rosji i perspektywa nowej wojny koreańskiej odbudowały zaufanie do najsilniejszych jednostek – brygadowych zespołów bojowych ABCT. Pierwszy taki zespół przypłynął do Polski w zeszłym roku, w Europie należy ich oczekiwać więcej, ale nie szybko. Trzeba wyszkolić ludzi, zmodernizować sprzęt, zmienić doktrynę, dostosować dowództwa. Amerykanie przekonują się, że rozmontować system jest łatwiej, niż go odtworzyć – szkoda tylko, że wiele europejskich krajów NATO nie korzysta z ich doświadczeń. W tym Polska, bo po sformułowanej w SPO zapowiedzi odtworzenia czwartej dywizji na bazie brygady pancernej z Wesołej zapadło milczenie. Co gorsza, przenosiny sztabu 16. dywizji z Elbląga pod Warszawę zdaje się osłabiły nasz potencjał – choć twardych danych na to nie ma i dzięki szczelności wojska nie będzie.

Czy większy budżet po stronie USA wystarczy i możemy spać spokojnie? Oczywiście nie. Zapomniany trochę art. 3. traktatu waszyngtońskiego zobowiązuje kraje członkowskie do utrzymywania i budowy potencjału zdolnego chronić siebie i sojuszników. To zadanie – i wyzwanie – nigdy nie było bardziej aktualne. Europejscy członkowie NATO średnio kwapią się do spełnienia celu 2 proc. PKB na obronę do 2024 roku, a co za tym idzie, nie są zdolni świadczyć wymaganych zdolności i sił. Choćby w obronie powietrznej. Amerykanie, z przyczyn, o których można by długo dyskutować, nie mają de facto obrony powietrznej pola walki.

Jeśli chcemy, by walczyli z nami w Europie, powinniśmy rozbudowywać dla nich parasol – mobilne systemy przeciwlotnicze, rakietowe i artyleryjskie – o zasięgu taktycznym. Obronę przeciwrakietową mogą w razie wojny przywieźć, choć mają zaledwie 15 batalionów Patriotów i tylko 7 THAAD-ów. Ostatnio w komisji sił zbrojnych Senatu USA padło z ust ważnego senatora pytanie, kiedy to wojska lądowe USA były narażone na walkę pod ciągłym ogniem z powietrza. Odpowiedź trzygwiazdkowego generała była porażająca: nigdy. A właśnie taki scenariusz zakłada wojna w Europie Wschodniej, gdzie rosyjskie lotnictwo ma istotną przewagę.

W tym kontekście nie tylko europejskie, ale i polskie zaniedbania odbijają się czkawką. System Wisła, obrony antyrakietowej (w takiej kolejności w związku z przyjętą konfiguracją) i powietrznej średniego zasięgu jest negocjowany od kilku lat, ale nadal niezamówiony. Co więcej, jego antybalistyczna część uzyskała priorytet nad rakietami do zwalczania samolotów, dronów czy pocisków cruise. System krótkiego zasięgu Narew, który w teorii miałby zwalczać cele powietrzne, jest w powijakach, uzależniony od powodzenia umowy na Wisłę i być może transferu technologii z niej uzyskanego. Tymczasem pole walki należy „na cito” nasycić radarami i wyrzutniami rakiet chroniącymi zgrupowania wojsk i siły manewrowe – czyli rozwinąć system SHORAD, krótkiego zasięgu, by móc ochronić walczące na ziemi wojska.

Więc gdy grozi nam jednocześnie atak rakietowy na Warszawę czy dywizyjne zgrupowanie sił sojuszniczych, wybór padł na ochronę antybalistyczną stolicy. Jednak świadomość zagrożeń powinna wykraczać poza Iskandery i sięgać tego, co lata niżej i wolniej, a może nieść porównywalne zniszczenie. Sama Polska, jak widać, nie da rady, trzeba budować te zdolności w ramach NATO i o ich regionalną ekspedycyjność walczyć. Tylko wtedy wysiłki Amerykanów nie pójdą na marne.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Niezbędnik

Lefebryści. Schizmatycy w łonie Kościoła katolickiego

Papież Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI wykonali pewne gesty wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X. Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?

Roman Graczyk
05.11.2019
Reklama