Reżim Łukaszenki rozpoczął pacyfikację prywatnych mediów
To kolejny dowód, że w Białorusi pierestrojki nie będzie. I ostrzeżenie dla całego dziennikarskiego środowiska: każdego dziennikarza władza we właściwym momencie przygasi.
Doroczne przemówienie Aleksandra Łukaszenki
Viktor Drachev/TASS/Forum

Doroczne przemówienie Aleksandra Łukaszenki

Komitet Śledczy Białorusi zatrzymał kilku redaktorów dwóch prywatnych portali informacyjnych tut.by i BiełaPAN pod zarzutem kradzieży informacji z państwowego portalu informacyjnego BiełTA. Sprawa ma charakter rozwojowy i już międzynarodowy. W obronie redaktorów wystąpiły Komisja Europejska, OBWE i stowarzyszenia dziennikarskie.

Doniesienie o przestępstwie do Komitetu Śledczego złożyła BiełTa, białoruski PAP. Śledczy mieli potwierdzić, że dziennikarze z prywatnych portali, korzystając z cudzych haseł dostępu do serwisu BiełTa, ukradli dla swoich potrzeb ponad 15 tys. informacji. Nie płacąc za nie ani rubla. Czy do kradzieży doszło, rozstrzygnie sąd, niezawisły białoruski sąd.

Początek pacyfikacji prywatnych mediów

Władze państwowe twierdzą, że zatrzymanie dziennikarzy nie jest początkiem akcji likwidacji czy pacyfikacji prywatnych mediów. Konta portali nie zostały zablokowane, koncesji nikt im nie zamierza odbierać. Portale pracują tak jak przed spektakularnymi rewizjami w redakcji i zatrzymaniem redaktorów odpowiedzialnych za politykę informacyjną.

Dziennikarze z mediów reżimowych nie ukrywają satysfakcji, zwłaszcza ci, którzy mieli po dziurki w nosie moralnej wyższości mediów prywatnych, czyli niezależnych, wolnych i uczciwych.

Właściciele i sympatycy prywatnych portali tut.by i BiełaPAN twierdzą, że to kolejny atak reżimu na niezależne dziennikarstwo i szukają poparcia w Europie. Redakcję tut.by odwiedzili w geście solidarności dyplomaci Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej, akredytowani w Mińsku. Pojawił się też argument, że gdyby nawet doszło do bezpłatnego wykorzystania informacji z państwowego portalu, o kradzieży nie ma tu mowy, to wystarczyłby mandat czy grzywna, nie zaś aresztowania w redakcjach, rewizje w świetle jupiterów i wszystkich państwowych kamer telewizyjnych z Mińska. Bliscy redakcji prawnicy twierdzą, że „tak miękkie wykroczenie” nawet nie zezwala na areszt podejrzanych. Niestety władze zapewniły zatrzymanym tylko obrońców z urzędu.

Czy doszło do kradzieży własności intelektualnej?

Komentatorzy polityczni związani z białoruską opozycją zwracają uwagę na fundamentalną niechęć reżimu do wolności prasy i sugerują, że sprawa redaktorów została od początku sfabrykowana. W areszcie znaleźli się ludzie odpowiedzialni za kreowanie polityki informacyjnej popularnych portali, znani ze swojej niezależnej postawy wobec reżimu, liczący na jego liberalizację, zbliżenie do Europy. Niestety, to kolejny dowód, że w Białorusi pierestrojki nie będzie, porzućcie nadzieję! Jest to też ostrzeżenie dla całego dziennikarskiego środowiska: każdego dziennikarza władza we właściwym momencie przygasi.

Klucz do zrozumienia całej sytuacji zawiera się w pytaniu: czy rzeczywiście doszło do kradzieży cudzej własności intelektualnej?

Problem polega jednak na tym, że w wielu systemach politycznych odpowiedź na najprostsze pytanie wydaje się niemożliwa, a przynajmniej banalnie trudna. Białoruś ma taki system.

Czytaj także: Łukaszenka znowu wygrywa, a społeczeństwo pogrąża się w apatii

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj