Świat

Wierni patrioci Trumpa

Najwięcej emocji wywołał twitterowy wpis Trumpa o tym, że żołnierze powinni strzelać do imigrantów, gdy ci będą w nich rzucać kamieniami. Najwięcej emocji wywołał twitterowy wpis Trumpa o tym, że żołnierze powinni strzelać do imigrantów, gdy ci będą w nich rzucać kamieniami. Shealah Craighead/White House / Flickr CC by SA
Prezydent USA właśnie zaczął największą operację wojskową w czasie swoich rządów.

Operacja „Faithful Patriot” (Wierny Patriota) ma pompatyczną nazwę i szczytny cel: ochronę bezpieczeństwa Ameryki. Ale nie przed zagrożeniem o militarnym charakterze. Wojsko ma wesprzeć służby ochrony południowej granicy USA – z Meksykiem – przed napływem nielegalnych imigrantów. Bezpośrednim powodem jest spodziewany za kilka tygodni wzrost liczby osób chcących nielegalnie dostać się do USA z ciągnących z krajów Ameryki Środkowej karawan uchodźców i migrantów.

Rozkaz padł, wojsko wykonuje

Władze USA zidentyfikowały cztery takie grupy liczące w sumie 7 tys. osób – choć wojskowi zastrzegają, że tylko niewielka część może faktycznie dotrzeć do granicy. Powodem, bardziej politycznym, wysłania wojsk na granicę jest przekonanie głównodowodzącego prezydenta, że napływ latynoskich imigrantów stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Rozkaz padł, więc wojsko go wykonuje. Gdy ktoś kiedyś będzie badać użycie sił zbrojnych do celów politycznych, ten przypadek może okazać się jednym z najjaskrawszych. Operacja „Wierny Patriota” zaczęła się bowiem w tygodniu poprzedzającym kluczowe dla przyszłości urzędującego prezydenta wybory do Kongresu.

W pierwszej fali z garnizonów w sercu USA skierowano na południe ponad 5200 żołnierzy. Użycie sił zbrojnych na terenie kraju nie jest nowością ani rzadkością, ale do tej pory dotyczyło głównie sił Gwardii Narodowej, podległych poszczególnym gubernatorom stanowym, i koncentrowało się na ewakuacji i zwalczaniu skutków klęsk żywiołowych, z rzadka pacyfikacji zamieszek. Tym razem operacja jest centralnie dowodzona, a siły w niej użyte to regularne, czynne wojsko. Może to efekt sprzeciwu, jaki kilku gubernatorów wyraziło na apel prezydenta o użycie Gwardii Narodowej na meksykańskiej granicy na wiosnę? Po prośbie udało się zgromadzić ledwie połowę wyznaczonej liczby żołnierzy, więc teraz padł po prostu rozkaz. Sekretarz obrony Jim Mattis podpisał dokumenty rozpoczynające operację w poprzedni piątek. Dowódcą operacji jest stojący na czele połączonego dowództwa północnego, pokrywającego terytorium USA, gen. lotnictwa Terrence O’Shaughnessy. Pierwszy tysiąc żołnierzy w kilka dni trafił na posterunki w Teksasie. Pierwsze zdjęcia pokazują marines stawiających namioty na pustyni i instalujących zasieki z drutu kolczastego na północnym brzegu rzeki Rio Grande.

Czytaj także: Czas apokalipsy według Trumpa

Żołnierze będą strzelać do imigrantów?

Będzie to głównie służba patrolowa w terenie i pomoc dla jednostek straży granicznej. Choć najwięcej emocji wywołał twitterowy wpis Trumpa o tym, że żołnierze powinni strzelać do imigrantów, gdy ci będą w nich rzucać kamieniami. W istocie operacje wojskowe nie rządzą się regułami z Twittera, a z oficjalnych dokumentów zawierających zasady użycia broni – rules of engagement. Dowódca operacji ma kompetencje wyznaczania specyficznych zasad. Nie ma mowy, by broni używać jak na wojnie – bo to nie jest wojna.

Co więcej, archaiczny, XIX–wieczny przepis zakazuje wprost użycia federalnych sił zbrojnych w celu wymuszenia przestrzegania prawa. Został co prawda zmieniony, ale nadal nie pozwala wojsku działać na terenie USA tak, jak działają policja czy służby graniczne. W kraju prawników, jakim są Stany Zjednoczone, dyskusja o możliwości użycia broni przez armię przeciw imigrantom zapewne dopiero rozgorzeje – wraz ze zbliżaniem się karawany do granic. Dostępna publicznie oficjalna prezentacja US Army na temat operacji o uzbrojeniu patroli mówi niewiele – TBD (do ustalenia). O zasadach udziału wojska stwierdza jasno, że zezwala wyłącznie na pośrednie wsparcie agend cywilnych. Co to będzie oznaczać w praktyce – dopiero się okaże. Parafrazując znane w wojsku powiedzenie: plan mógł się już zdezaktualizować.

Czytaj też: Czego chcemy od Ameryki

Zmilitaryzowana granica USA z Meksykiem

Dyskusja już rozgrzewa – nie tylko prawników. Emerytowany gen. Martin Dempsey, były szef kolegium połączonych szefów sztabów, czyli najważniejszy żołnierz Ameryki, wystąpił z ostrą krytyką decyzji Trumpa. W swoim twitterowym wpisie operację nazwał „bezużyteczną misją przepracowanych żołnierzy i marines”. Lista jednostek wyznaczonych do udziału w misji obejmuje pododdziały z 14 baz sił lądowych, piechoty morskiej, lotnictwa – w tym z dobrze znanych w Europie Fort Bragg, Fort Hood, Fort Carson, Fort Riley. Tylko niewielka część z nich to żołnierze przewidziani do udziału w patrolach. Wojsko zabiera ze sobą całe zaplecze: zwiad z dronami, łączność, zaopatrzenie, saperów, generatory prądu, szpitale polowe, oddziały żandarmerii, nawet rzeczników prasowych i służby dokumentujące działania wojsk na filmie – combat camera. Udział tych ostatnich może być niezwykle cenny, a jednocześnie poddany bezprecedensowej presji w sytuacji jakiegokolwiek starcia wojskowych patroli z migrantami. Wojskowi wyznaczyli cztery punkty wejścia na teatr działań, podzielili całą granicę na obszary odpowiedzialności. Operacja tej skali oznacza po prostu, że granica USA z Meksykiem od Teksasu przez Arizonę do Kalifornii zostanie zmilitaryzowana.

Ilu żołnierzy wyśle Trump

Na jak długo? Odpowiedź na to pytanie ma znaczenie też dla Polski. Zaangażowanie w nową operację w kraju regularnego wojska oznacza, że jest go mniej do dyspozycji dowódców, gdy chodzi o misje zagraniczne. W tej chwili rozkaz mówi o ponad 5 tys., ale armia przyznaje, że liczba ta zaraz osiągnie 7 tys., a prezydent Trump mówi o 15. To już wielkość dywizji, a skoro ma to być dłuższa operacja, żołnierzy trzeba traktować tak, jakby byli na misji: ileś wojska się szkoli, ileś odpoczywa, ileś prowadzi działania. Wszystkie wielkości trzeba w przybliżeniu mnożyć przez trzy. Z 5 tys. w dłuższym okresie robi się 15, z 15 – 45. Dla porównania: 15 tys. żołnierzy mają Amerykanie w Afganistanie, ponad 5 tys. w Iraku, a tylko 2 tys. w Syrii. W Polsce każdorazowo przebywa od 4 do 6 tys. amerykańskich żołnierzy, obecnie w części z Gwardii Narodowej.

W grę wchodzą nie tylko ludzie, ale i koszty. Kiedy w 2006 r. prezydent Bush wysłał na granicę 6 tys. wojsk, operacja trwająca dwa lata kosztowała 1,2 mld dol. Na razie wojskowi nie chcą podawać kosztów operacji „Wierny Patriota”, ale po samych liczbach żołnierzy widać, że również sięgną miliardów dolarów – w dużym, ale nie bezdennym budżecie Pentagonu. To wydatek niezaplanowany, a więc jeśli Kongres nie dosypie pieniędzy, gdzieś trzeba będzie obciąć, na czymś zaoszczędzić.

Czytaj także: Były dowódca US Army Europe przeciwny bazie w Polsce

Więcej wojsk w Polsce nie będzie?

Prawdopodobnie operacja „Wierny Patriota” na dłuższy czas wstrzyma jakiekolwiek plany dodatkowego wysyłania wojsk USA poza granice Stanów. Armia i marines po prostu nie będą mieć ludzi, prawdopodobnie też funduszy. Jeśli militaryzacja granicy z Meksykiem okaże się trwałym pomysłem, a prezydent Trump wywalczy reelekcję – możemy zapomnieć o większej liczbie wojsk USA w Polsce przynajmniej na kolejne sześć lat. Mało tego, całkiem realna jest perspektywa zmniejszenia amerykańskiej obecności, jeśli okaże się, że operacja na granicy pochłania więcej zasobów – ludzkich czy finansowych – niż się teraz zakłada.

A ponieważ nie była planowana w budżecie Pentagonu, wszelkie podawane teraz szacunki mogą się okazać chybione. Na marginesie trzeba wspomnieć, że nowy budżet obronny USA nie będzie raczej większy od obecnego, a odpowiedzialny za jego przygotowanie wiceminister otwarcie mówi, iż Biały Dom narzucił cięcia w wysokości 30 mld dol. Mniejszy budżet plus większe wydatki i większe zaangażowanie wojska w kraju równać się musi mniejszym wydatkom i mniejszemu zaangażowaniu poza USA – pytanie tylko, gdzie ciąć.

Czytaj także: Fortu Trump nie będzie. Polska „niegotowa” na bazy USA?

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Uroda przynosi w życiu profity. Ale nie jest źródłem szczęścia

Już trzymiesięczne niemowlęta przyglądają się ładnym twarzom istotnie dłużej niż nieładnym. I niezależnie od wieku, płci i rasy pochylającej się nad nimi osoby.

Grzegorz Gustaw
26.11.2019
Reklama