Świat

Śmierć za noszenie okularów. Sąd nad Czerwonymi Khmerami

Nuon Chea, były zastępca Pol Pota Nuon Chea, były zastępca Pol Pota Khmer Rouge Tribunal (ECCC) / Flickr CC by 2.0
39 lat po upadku reżimu Czerwonych Khmerów w Kambodży sąd po raz pierwszy uznał go za ludobójczy.
Khieu Samphan, była głowa państwaKhmer Rouge Tribunal (ECCC)/Flickr CC by 2.0 Khieu Samphan, była głowa państwa

Według najostrożniejszych szacunków reżim Czerwonych Khmerów między 1975 a 1979 r. zabił bronią, głodem, biedą i chorobami 1,5 mln mieszkańców Kambodży. Co piątego mieszkańca tego kraju. Inne szacunki, choć pewnie zawyżone, mówią o nawet 3 mln. Rolniczo-komunistyczno-autarkiczny dyktat Pol Pota był jednym z najbrutalniejszych w historii. Pretekstem do mordu mogło być noszenie okularów – symbol bycia „intelektualistą”, mówienie po francusku czy pochodzenie z miasta. A jednak dopiero po 39 latach po raz pierwszy sąd uznał, że był to reżim ludobójczy.

Sąd za ludobójstwo

Nadzwyczajna Izba Sądów w Kambodży, wspierany przez ONZ trybunał do spraw osądzenia zbrodni reżimu, skazał za to byłego zastępcę Pol Pota Nuon Chea i byłą głowę państwa Khieu Samphana na dożywocie. Które zbyt długie raczej nie będzie, bo pierwszy ma 92 lata, a drugi 87. W zasadzie tylko dzięki ich długowieczności (nietypowej; w bardzo biednej Kambodży średnio żyje się niecałe 70 lat) trybunał w ogóle miał szansę kogoś skazać.

Ale i tak wyrok pozostawia niedosyt, bo za ludobójstwo została uznana względnie niewielka część zbrodni reżimu – te popełnione przeciw Wietnamczykom i muzułmanom ze stanu Czam. Systemowe wyniszczenie społeczeństwa i gospodarki samych Khmerów nie spełnia bowiem dość precyzyjnych kryteriów ludobójstwa w prawie międzynarodowym. M.in. dlatego, że było na zbyt szeroką skalę.

Mimo to rodziny ofiar należące do mniejszości w Kambodży przyjęły wyrok z ulgą. Choć równie wiele osób kwestionuje, czy wydawanie milionów dolarów na rozliczanie zbrodni sprzed czterech dekad i sądzenie ludzi na skraju śmierci powinno być priorytetem w kraju, w którym do dziś nie ma praktycznie służby zdrowia, edukacji, infrastruktury; panują bieda i korupcja, a choćby cień demokracji pozostaje w sferze marzeń.

Sąd nad starymi zbrodniarzami

Wyroki za ludobójstwo muzułmanów i Wietnamczyków to zapewne ostatnie osiągnięcie oenzetowskiego trybunału w Phnom Penh (zasiada w nim m.in. polska sędzia Agnieszka Klonowiecka-Milart). I Nuon Chea, i Khieum Sampahn już wcześniej dostali zresztą dożywocie za zbrodnie przeciwko ludzkości, więc drugi wyrok nie robi im pewnie istotnej różnicy.

Ogromna większość przywódców reżimu Czerwonych Khmerów, w tym Pol Pot, procesu nie dożyła. Powołany dopiero w 2006 r. trybunał rozpoczął postępowania tylko w pięciu przypadkach, z czego dwóch oskarżonych – były minister spraw zagranicznych reżimu Ieng Sary i jego żona Ieng Thirith – zmarło w trakcie procesu. Poza Nuon Chea i Khieu Samphanem dożywocie odsiaduje przywódca służb specjalnych Czerwonych Khmerów towarzysz Duch (Kang Kek Iew). Śledztwa trwają, ale kolejnych oskarżonych na razie nie ma.

Od 2006 r. na utrzymanie trybunału, który oskarżył pięć osób i skazał trzy, wydano 300 mln dol. Na tle podobnych trybunałów ustanowionych w ostatnich dekadach do osądzenia sprawców zbrodni przeciwko ludzkości, zbrodni wojennych i zbrodni ludobójstwa w Rwandzie i byłej Jugosławii kambodżański trybunał zaczął działanie zbyt późno, był skrajnie nieefektywny, a do tego musiał się mierzyć z opozycją obecnego dyktatora w Phnom Penh Hun Sena.

Czytaj także: Angelina Jolie oskarżana o posłużenie się dziećmi i nieetyczny flirt z Kambodżą

Hun Sen – Khmer, który rządzi

Historia kariery Hun Sena wiele mówi o Kambodży XX w., gdzie dawni Czerwoni Khmerowie często nadal są u władzy w nowych barwach. Ten watażka w 1970 r. sam wstąpił do Czerwonych Khmerów, był dowódcą średniego stopnia do 1977 r. – dwa lata po rozpoczęciu ludobójstwa. Wtedy w obawie przed wewnętrznymi czystkami uciekł do Wietnamu, gdzie zaskarbił sobie poparcie lokalnego rządu i stał się jednym z liderów inwazji kambodżańskiej opozycji w 1979 r. finansowanej przez Wietnam, która obaliła Czerwonych Khmerów.

Hun Sen został potem ministrem spraw zagranicznych, a w 1985 r. – mając zaledwie 32 lata – premierem rzekomo odbudowującej się Kambodży. Od tego czasu nie oddał władzy, jest jednym z najdłużej rządzących głów państwa na świecie. Za jego rządów w Kambodży upadły resztki fasadowej demokracji, opozycyjne partie i media praktycznie przestały istnieć, gospodarka jest w rozsypce, a ostatnio kraj jest jeszcze politycznym wasalem Chin.

Hun Sen wielokrotnie wywierał nacisk, aby trybunał nie rozszerzał postępowania na Czerwonych Khmerów niższych rangą. Do oskarżonych mogliby wtedy dołączyć bowiem urzędnicy partii Hun Sena, pełnej osób takich jak on, kiedyś członków Czerwonych Khmerów – a może i nawet on sam. Jego interwencje są skuteczne m.in. dlatego, że trybunał nie jest prawdziwym sądem ONZ, a jedynie ma jego wsparcie. Obsadzają go więc także kambodżańscy sędziowie, powszechnie postrzegani jako zależni od dyktatora, a do ważnych decyzji potrzebna jest jednomyślność przedstawicieli międzynarodowego i lokalnego wymiaru sprawiedliwości.

Dodatkowo trybunał, jak każdy tego typu, boryka się z wymogami prawa międzynarodowego, które wąsko i precyzyjnie definiuje ludobójstwo. Nawet wymordowanie kilku milionów osób nie musi spełniać tego kryterium, jeśli nie jest wystarczająco „kierowane” na konkretny naród, grupę etniczną lub wiernych konkretnej religii. Mordowanie Khmerów na lewo i prawo, często bez żadnego powodu, może po prostu wykraczać poza skalę tej definicji.

Po czterech dekadach ciężko oczekiwać sprawiedliwości w społeczeństwie, w którym dawni Czerwoni Khmerzy i ich ofiary często żyją obok siebie. Instytucje państwa prawie nie istnieją w Kambodży, na wsi rządzą stare lokalne układy, w ostatnich latach dodatkowo napędzane korupcją. Czerwoni Khmerowie do 1993 r. reprezentowali zresztą kraj w ONZ jako rząd na uchodźstwie, jeszcze kilkanaście lat temu kontrolowali sporą część terytorium, a w 1996 r. Ieng Sary założył nawet legalną partię wprost nawiązującą do zbrodniczego reżimu. Trudno więc oczekiwać, by byli zbrodniarze przestali wpływać na Kambodżę.

A dla wielu zwykłych Khmerów ważniejsze od rozliczenia zbrodniarzy sprzed 40 lat – istotnego, ale głównie symbolicznego – jest zadbanie o teraźniejszość. Coś, z czym obecny rząd sobie zupełnie nie radzi. Dlatego wielu aktywistów postuluje, by zamiast wspierać słaby i drogi trybunał, społeczność międzynarodowa skupiła się na demokratyzacji Kambodży i rozliczeniu reżimu Hun Sena, który bez żenady przywłaszcza miliardy dolarów pomocy zagranicznej.

Czytaj także: Kambodża odżywa dzięki turystom

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Kraśnik i inne strefy wolne of LGBT

Rok temu ostentacyjnie wprowadzali „strefy wolne od ideologii LGBT”. Teraz Europa sprawdza, czy polskie samorządy głosujące za strefami łamały prawa człowieka. Tymczasem straszenie gejami trwa w najlepsze. Andrzej Duda kusi wyborców obietnicą obrony dzieci przed LGBT. Zrobi to w ramach zobowiązania, które nazwał Kartą Rodziny.

Marcin Kołodziejczyk
18.06.2020
Reklama