Świat

Jak minister Czaputowicz brexit ratował

Jak minister Czaputowicz brexit ratował

Szef polskiego MSZ Jacek Czaputowicz. Szef polskiego MSZ Jacek Czaputowicz. Tymon Markowski/MSZ / Flickr CC by 2.0
Opowiedzenie się po brytyjskiej stronie sporu o irlandzki „bezpiecznik” można by uznać za brawurową decyzję Warszawy, by przypodobać się Londynowi kosztem polskiej pozycji w Unii. Niestety, to tylko dyplomatyczna fuszerka.

Najgorętszym problemem umowy o wyjściu Londynu z Unii jest irlandzki „bezpiecznik” (backstop). Skazuje on Brytyjczyków na unię celną z UE oraz wprowadza odrębny status Irlandii Północnej w ramach Zjednoczonego Królestwa (m.in. co do respektowania unijnych standardów). Wszystko do czasu znalezienia innego sposobu na uniknięcie kontroli granicznych (celnych, regulacyjnych, VAT-owskich) między unijną Irlandią oraz brytyjską Irlandią Płn.

Kluczowy bezpiecznik

Krytycy Theresy May z jej własnej Partii Konserwatywnej biją na alarm, że to pogwałcenie brytyjskiej suwerenności. A sama premier na grudniowym szczycie UE walczyła o kilkuletni limit obowiązywania „bezpiecznika”, by z góry uzyskać jasny termin wyjścia Brytyjczyków z unii celnej z UE. Również przedstawiony przez May w tym tygodniu „plan B” na brexit sprowadza się do nowych prób rozmiękczenia „bezpiecznika”, by ostatecznie przekonać twardych brexitowców w Izbie Gmin do zatwierdzenia umowy rozwodowej.

Unia do znudzenia powtarza Brytyjczykom, że z góry limitowany czasowo backstop przestałby być prawdziwym zabezpieczeniem przed powrotem twardej granicy irlandzkiej. Tymczasem szef polskiej dyplomacji Jacek Czaputowicz – najpierw w poniedziałkowym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, a potem w odpowiedzi na pytania BBC w Brukseli – ogłosił, że np. pięcioletnie ograniczenie „bezpiecznika” byłoby lepsze od brexitu bez ratyfikacji umowy rozwodowej.

Tym samym Czaputowicz przejął argumentację Londynu, wywołując zamieszanie, irytację, ale także niepokój niektórych szefów dyplomacji obradujących tego dnia w Brukseli. Już wcześniej bowiem polski minister ds. europejskich Konrad Szymański jako jedyny w Radzie Unii – choć za zamkniętymi drzwiami – sugerował ustępstwa w sprawie Irlandii.

Czytaj też: Dla Unii brexit to sprawa zamknięta

„Autorski pomysł” ministra

Sugestie Czaputowicza dyplomatycznie, acz stanowczo już w poniedziałek odrzucił irlandzki wicepremier i szef dyplomacji Simon Coveney. A niemiecki szef MSZ Heiko Maas szybko oświadczył, że Dublin ma pełne poparcie Niemiec. Szkopuł w tym, że bodaj najbardziej słowami Czaputowicza zaskoczona była… polska dyplomacja.

Instrukcje negocjacyjne polskiego MSZ nakazywały i nadal nakazują Polakom trzymać się wspólnej linii UE i nie podsuwać w Brukseli żadnych specyficznie polskich pomysłów w sprawie Irlandii. Dlatego unijne instytucje już nazajutrz po rewelacjach Czaputowicza mogły ogłosić, że „bezpiecznik” wciąż cieszy się „jednomyślnym poparciem” wszystkich krajów Unii (poza Brytyjczykami). A sam Czaputowicz objaśniał mediom, że pięcioletni limit to jego autorski pomysł, a nie wynik decyzji rządu Mateusza Morawieckiego.

Czytaj też: May przegrała kluczowe głosowanie. Co dalej z brexitem?

Polska straci sympatię małych w Unii

Afera zakończyła się zatem groteską, ale w Unii pozostało przeświadczenie, że polski minister byłby gotów do presji na Irlandczyków, by odpuścili swe brexitowe żądania. To może mścić się w przyszłości, bo UE jest aliansem kilku dużych krajów i około 20 stosunkowo niewielkich. Wiele z nich szczególnie solidaryzuje się z Irlandią jako państwem małym, które dzięki Unii po raz pierwszy od dekad ma tak dużą przewagę negocjacyjną nad byłą potęgą kolonialną.

Odniesienia do Jałty, gdzie „wielcy sprzedają małych”, są grubo przesadzone. Ale fakt, że wysuwali je niektórzy komentatorzy w Brukseli, pokazuje obecny stan wokółbrexitowych emocji. I skalę wizerunkowych strat, które Czaputowicz zafundował Polsce niejako przez przypadek.

„Brudny brexit” (bez umowy rozwodowej) także oznaczałby powrót twardej granicy między Irlandią a Irlandią Płn., ale Dublin wolałby to od rezygnacji z „bezpiecznika”. „Brudny brexit” to bowiem dla Irlandczyków nadzieja, że jednak Londyn pod presją gospodarczą dość szybko powróci do stołu negocjacyjnego z Unią. A rezygnacja z „bezpiecznika” oznaczałaby dla Dublina trwałe przekreślanie kluczowych rozwiązań z wielkopiątkowych porozumień pokojowych z 1998 r., które zdołały wyciszyć krwawy konflikt w Irlandii Płn.

Czytaj też: Jak twardy brexit wpłynie na gospodarkę

Nie naszymi rękami

To prawda, że obstawanie przy „bezpieczniku”, budzi krytykę niektórych przedstawicieli europejskiego biznesu, który boi się strat wynikłych z „brudnego brexitu”, czyli bez żadnej umowy między Unią a Londynem. Także niektóre zachodnie dyplomacje są w tej kwestii – jednak wyłącznie w zakulisowych rozmowach – mniej stanowcze, niż wynikałoby z publicznych deklaracji. Jednak wciąż wygląda na to, że Unia będzie solidarnie trwać przy Irlandii.

Ale nawet gdyby miało dojść do unijnej presji na Dublin, by zmienił zdanie, to nie powinno się to dokonywać rękoma Polski. W Unii są kraje znacznie mocniej narażone na efekty „brudnego brexitu”, a więc – tak wynikałoby z chłodnego rachunku politycznych zysków i strat – to im Warszawa powinna pozostawić tak niewdzięczne zadanie.

Czytaj też: Jak wyjść z brexitu

Reklama

Czytaj także

Kraj

Kiedy lekarze podlegają karze

Lekarze do więzień za błędy medyczne? Co jest zagrożeniem dla zdrowia: kadra medyczna czy polityczna?

Ewa Siedlecka
11.06.2019
Reklama