Świat

Brytyjski plan B na brexit? Zupełnie jak plan A

Premier Theresa May miała przedstawić nowy plan wyjścia z UE. Premier Theresa May miała przedstawić nowy plan wyjścia z UE. Avaaz / Flickr CC by SA
Premier Theresa May miała dziś pokazać swój nowy plan wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Nie usłyszeliśmy nic nowego, brytyjska premier gra na czas.

Premier Theresa May w zeszły wtorek przegrała głosowanie nad wynegocjowaną przez swój rząd umową brexitową z Unią Europejską. Przegrała sromotnie, przeciwnicy porozumienia osiągnęli gigantyczną przewagę 230 głosów. Dzień później May z kolei wygrała głosowanie w sprawie wotum nieufności dla swojego rządu. Postawiło ją to w niezręcznej sytuacji: pozostała na stanowisku, ale jej kluczowa umowa została podarta na strzępy i wyrzucona przez okno.

Irlandzki dylemat

Nie do przyjęcia dla brytyjskich posłów okazała się przede wszystkim kwestia granicy między Irlandią a Irlandią Północną. Rząd Theresy May chce wyjść z Unii, ale nie chce wprowadzenia posterunków granicznych i celnych. Otwarta granica jest bowiem elementem porozumienia wielkopiątkowego, które w 1997 r. zakończyło erę terroryzmu. Zamknięcie granicy oznaczałoby też podcięcie perspektyw wzrostu gospodarczego dla północnej części wyspy. Z drugiej strony granica irlandzko-irlandzka po brexicie stanie się przecież zewnętrzną granicą Unii, tak jak np. nasza granica z Ukrainą.

Brytyjczycy przekonują, że wszystko załatwi przyszła umowa Londynu z Brukselą, która pozwoli na utrzymanie niezaburzonego handlu między stronami. A co jeśli nie uda się jej wynegocjować do końca 2020 r., gdy Wielka Brytania ma ostatecznie wypaść z unijnego rynku wewnętrznego i unii celnej? Rozwiązaniem problemu miał być tzw. backstop. W uproszczeniu oznacza on, że w północnej Irlandii dalej obowiązywać będzie większość unijnych reguł rynku wewnętrznego, a cała Wielka Brytania pozostanie częścią unii celnej. To po co ten cały brexit? – pytają przeciwnicy May.

Plan B? Jaki plan B

Po przegranym głosowaniu May miała kilka dni na to, żeby wrócić do Westminsteru z planem B, czyli propozycją nowego porozumienia z Unią. Umowy jednocześnie możliwej do przełknięcia dla Brukseli i innych europejskich stolic (a Unia nie chce wracać do rozmów i znacząco zmieniać wynegocjowanego z trudem porozumienia), jak i parlamentarnej większości w jej kraju.

To było niewykonalne zadanie, bo w Wielkiej Brytanii przeciwko umowie głosowali i zwolennicy „twardego brexitu”, czyli ostrego zerwania więzów z Unią, i „miękkiego brexitu”, czyli pozostania na stałe w unii celnej, a także pozostania w Unii. Nie sposób zmienić umowy tak, żeby ich wszystkich zadowolić.

Czytaj także: Brytyjczycy kłócą się o brexit, dla Unii sprawa jest zamknięta

Do tego każda partia ma swoje problemy lub chce przy tej okazji załatwić swój własny interes. Rządzący konserwatyści są podzieleni w kwestii tego, na ile brexit musi być „twardy”. Największa partia opozycyjna – laburzyści – chce doprowadzić do upadku rząd May i przedterminowych wyborów. Koalicjanci May z małej północnoirlandzkiej partii DUP nie chcą dopuścić do jakiegokolwiek zróżnicowania reżimów prawnych między swoim regionem a resztą kraju.

Różne ugrupowania pozostają zakładnikami partyjnych interesów, a czas nieubłaganie mija. Jeśli do 29 marca nie uda się zawrzeć i ratyfikować porozumienia, grozi nam „brudny brexit”, czyli bez porozumienia. To może oznaczać kolejki na granicach, problemy z dostawami towarów (w tym np. leków), załamanie na giełdach i szereg innych problemów.

Czego nie chce brytyjska premier

Co dziś obiecała Theresa May? Brytyjska premier na razie mówiła więcej o tym, czego nie chce. Nie chce dopuścić do „brudnego brexitu”, choć nie dała gwarancji, że do niego nie dojdzie. Nie chce drugiego referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii, bo – jak powiedziała – jej zadaniem jest doprowadzić do wykonania woli Brytyjczyków z pierwszego referendum, w czerwcu 2016 r.

Z tego samego powodu May nie zamierza taktycznie wycofywać brytyjskiego wniosku o wyjście z Unii, co mógłby być ostatnią deską ratunku przed „brudnym brexitem” w razie braku porozumienia. Nie chce też zmian w porozumieniu wielkopiątkowym – o tym, jak kruchy jest pokój w Irlandii Północnej, pokazał wczorajszy zamach bombowy w Londonderry.

Dla nas najważniejsze jest to, że nawet w wypadku braku porozumienia z Unią May obiecała respektować prawa unijnych obywateli w Wielkiej Brytanii, w tym Polaków. Zachowają oni wszystkie uprawnienia socjalne, w tym prawo do zasiłków. May wycofała się nawet z opłat, jakie cudzoziemcy mieli wnosić za rozpatrzenie wniosków o ich pozostanie w kraju. Podobnej postawy wobec Brytyjczyków premier oczekuje od państw Unii.

Kto pierwszy mrugnie

Co zatem planuje zrobić May? Obiecała dalsze konsultacje z partiami, które mają doprowadzić do przyjęcia porozumienia akceptowalnego dla większości w parlamencie. Rząd obiecał być bardziej „elastyczny, otwarty i włączający” parlament do dalszych negocjacji. W praktyce nie należy się jednak spodziewać rewolucji, bo na nią nie ma już czasu, a Unia nie jest gotowa na duże ustępstwa.

May liczy na to, że niektórzy posłowie zagłosują w końcu za porozumieniem, bo alternatywą jest zbliżający się „brudny brexit”. Nie ma co liczyć na poważne polityczne negocjacje, raczej czeka nas zabawa w to, „kto pierwszy mrugnie”. Tyle tylko, że stawka jest wyjątkowo wysoka. Kolejne głosowanie w brytyjskim parlamencie już w przyszłym tygodniu – 29 stycznia.

Czytaj także: Jak twardy brexit wpłynie na gospodarkę

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Janusz Dzięcioł w szponach szołbizu

Wyluzowany Janusz Dzięcioł powtarza do kamery, że nie lubiłby siebie, gdyby się zmienił, dlatego się nie zmieni, chociaż kto wie, co sława przyniesie. Szołbiznes, mówią ludzie, jest jak walec, każdego rozgniecie, każdą głębię duchową zniweluje. Czy normalny człowiek po wygraniu bardzo popularnego programu telewizyjnego może z wygranym półmilionem złotych w kieszeni wrócić do bloków, do pracy?

Sławomir Mizerski
30.06.2001
Reklama