Orbán musi odejść, Magyar odtrąbił pobudkę. Teraz przed nami powyborcza część dramatu
Viktor Orbán pogratulował Péterowi Magyarowi wygranej w węgierskich wyborach parlamentarnych. Wynik nazwał „bardzo bolesnym”. Tak, dla niego, jego partii i nomenklatury to zimny prysznic, ale dla Węgier i demokratycznych sił w całej Europie to wielki powiew nadziei w zmaganiach z populistyczną prawicą trumpistowską.
Orbán i orbaniści nie znikną
To zmiana zasadnicza, ale przed zwycięską TISZĄ i jej liderem długa droga do celu, jakim jest posprzątanie po czterech kadencjach Fideszu pod przywództwem Orbána. Magyar mówił, że inspiracją dla niego był Donald Tusk. Musi pamiętać, że te niezbędne porządki będą wielkim wyzwaniem, o czym przekonuje się Tusk codziennie. Orbán i orbaniści nie znikną ze sceny. Zaczyna się powyborcza część dramatu. Tak jak w Polsce po odsunięciu od władzy Kaczyńskiego i Ziobry.
System populistycznej autokracji Orbán budował konsekwentnie od 2010 r. Pomógł mu amerykański spec od kampanii wyborczych. Radził mu jechać po bandzie. Fidesz ma zasoby, kadry, kontroluje media i sądownictwo i będzie swoje ogromne wpływy wykorzystywał do delegitymizacji rządów TISZY. Jak PiS po utracie władzy obsesyjnie delegitymizuje wespół z Karolem Nawrockim rządy Tuska.
Orbán budował swą „nieliberalną” – czyli fasadową – demokrację na hojnym socjalu i złych emocjach, generując rzekomych wrogów suwerenności, a siebie obsadzając w roli zbawcy narodu i obrońcy tradycyjnych wartości, chrześcijaństwa (sam jest protestantem, w młodości był niewierzący) i narodowej tożsamości. Jako wzór wskazywał Rosję, Chiny, Turcję i Trumpa. Nie lękał się chłostać demokracji powojennego typu zachodniego, opartej na trójpodziale władz i prawach obywatelskich.
Przekonywał, że nawet małe państwo może być silne: choć odrzuci wzory zachodnie i scentralizuje władzę w rękach jednej partii, pozwoli bogacić się ludziom w zamian za odstąpienie od rządów prawa.
Odnosił sukcesy w gospodarce i podnoszeniu stopy życiowej klasy ludowej, ale do dziś Węgry są krajem biednym, rozwarstwionym społecznie, z grupką superbogatych na szczycie, powiązanych zwykle z reżimem. Nie przejmował się krytyką ze strony opozycji i UE, że ceną za te sukcesy było odchodzenie od ducha i litery traktatów unijnych w stronę oligarchicznej i skorumpowanej autokracji. To wszystko jednak, jak się teraz okazuje, nie wystarczyło do pozostania u władzy. Większość Węgrów chciała zmiany. Uwierzyli w hasło Magyara: teraz albo nigdy.
Czytaj też: Orbán ukręcił na siebie bicz. W innym kraju Magyar wygraną miałby w kieszeni
Magyar odtrąbił pobudkę
Radość z przegranej Orbána jest uzasadniona. Jego porażka jest propagandowo i politycznie zmianą paradygmatu: oto prekursor prawicowej kontrrewolucji populistycznej, za którą podziwiali go trumpiści w USA i Europie, musi odejść, choć szykował się na kolejne kadencje. Przeszedł długą, krętą i bulwersującą drogę od długowłosego kontestatora autorytaryzmu komunistycznego do „strongmena” w polityce krajowej i w Europie, głównego hamulcowego i operatora „wetomatu” w Unii Europejskiej.
Dla prawicy populistycznej wzór do naśladowania („Budapeszt w Warszawie” marzył się prezesowi Kaczyńskiemu), dla elit unijnych i zwykłych obywateli, popierających jednoczenie się Europy – burzyciel i „koń trojański Putina”.
Nie pomogła jawna ingerencja Trumpa i Vance’a w węgierskie wybory, co z pewnością będzie zapamiętane i na populistycznej prawicy, i w ugrupowaniach centrowych i lewicowych, które dostaną świeżą amunicję polityczną w walce z trumpizmem: w 2023 r. przykład dał im Tusk, że z populistami i antyunijnym izolacjonizmem można wygrać, teraz pobudkę odtrąbił Magyar.
Czytaj też: Młodzi mają dość Orbána i Rosji w Budapeszcie. A co z prowincją?
Warszawa w Budapeszcie
O ile Viktor Orbán przeszedł na stronę skrajnej prawicy, stał się jej bożyszczem i mentorem, o tyle Péter Magyar nie mógł pozycjonować się w rozgrywce z nim jako radykalny progresista i euroentuzjasta. Jest w polityce czynny zaledwie od dwu lat, musi uważać, by nie podłożyć się orbanistom.
Nie może ściskać się z Ursulą von der Leyen, odpuścić z twardą polityką migracyjną ani otwarcie poprzeć unijnych aspiracji Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego. Kijów z pewnością obserwuje bieg wydarzeń węgierskich w nadziei, że Magyar nie będzie kontynuował prorosyjskiej i antyukraińskiej linii Fideszu.
Prawdopodobnie w polityce unijnej uplasuje się na centroprawicy, na prawym skrzydle Europejskiej Partii Ludowej. To ułatwi mu współpracę z obozem demokratycznym pod kierownictwem Donalda Tuska, który sam przesuwa się na prawo, choćby w polityce migracyjnej i dotyczącej bezpieczeństwa.
Jeśli Magyar swą pierwszą podróż zagraniczną w roli następcy Orbána odbędzie rzeczywiście do Polski, możemy zobaczyć „Warszawę w Budapeszcie” i Węgry z powrotem w Unii Europejskiej. Na tym będzie polegać zmiana paradygmatu. Prodemokratyczne siły prounijne mogą ją witać z otwartymi rękami, ale muszą aktywnie wesprzeć Magyara. Mimo że Węgry nawet po wygranej TISZY politycznie pozostaną najbardziej prawicowym krajem w UE.