Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Ostatnia prosta przed wyborami. Nowy skandal: Fidesz inwigilował. Ale był bardzo nieostrożny

Viktor Orbán, 9 kwietnia 2026 r. Viktor Orbán, 9 kwietnia 2026 r. Ferenc Isza / AFP / East News
Tuż przed wyborami na Węgrzech wybuchł kolejny skandal związany z metodami sprawowania władzy przez Fidesz. Partia używała narzędzi do masowej inwigilacji. Była też bardzo nieostrożna w internecie.

Logując się do sieci bezprzewodowych na Węgrzech, nie da się ominąć dominującej tu prorządowej propagandy. To oczywiście po części skutek działania algorytmów. A biorąc pod uwagę, że Fidesz inwestuje od dawna olbrzymie pieniądze w treści i zasięgi na TikToku, Facebooku czy YouTube, nie ma się co dziwić, że z ekranów wylewa się przekaz nacjonalistyczny.

Na przykład YouTube serwuje wygenerowane przez AI filmiki o historii i potędze Węgier – od przyjęcia chrześcijaństwa aż po upadek komunizmu. Co ciekawe, w tych wszechobecnych materiałach ostatnim ważnym wydarzeniem w dziejach kraju jest kryzys migracyjny z 2015 r., gdy Orbán wzniósł ogrodzenie z drutu kolczastego na granicy. Na jego tle pokazywani są sztuczni pogranicznicy i policjanci, bohatersko broniący Węgier przed dzikimi najeźdźcami – kilka klatek wcześniej robili to ich przodkowie walczący z Imperium Osmańskim. Na końcu filmu widać kobietę w kitlu, przenoszącą kolorowy płyn z jednej próbówki do drugiej, co ma ilustrować niesamowity postęp technologiczny, wręcz cywilizacyjny, osiągnięty przez Węgry za czasów Orbána.

Węgry: inwigilacja i propaganda

Trudno o lepszy przykład propagandy rozjeżdżającej się z rzeczywistością. Węgry Orbána stały się jednym z najbiedniejszych, o ile nie najbiedniejszym krajem Unii Europejskiej, korupcja jest wszechobecna, a badania czy inwestycje zagraniczne to coraz częściej tylko mrzonki. Uwidacznia się z całą mocą prawdziwy motyw działalności politycznej Orbána i jego akolitów – czerpanie korzyści materialnych z władzy i utrzymanie jej wszelkimi dostępnymi środkami.

Jednym z nich jest masowa inwigilacja. Jak w czwartek ujawniło konsorcjum VSquare, współpracujące z placówką badawczą CitizenLab przy University of Toronto, rząd Orbána od 2022 r. używał programu Webloc, potężnego narzędzia śledzącego użytkowników platform internetowych. Według badaczy z Toronto, którzy zyskali światową sławę, dokumentując przypadki użycia Pegasusa, Webloc nadal jest najpewniej na wyposażeniu węgierskiego wywiadu i mógł być wykorzystywany w czasie kampanii. Byłby to pierwszy przypadek zastosowania tego narzędzia na terenie Unii. Nielegalnego, bo Webloc narusza wszystkie regulacje dotyczące prywatności, na czele z flagowym projektem ochrony danych osobowych GDPR.

Webloc działa jak agregator danych kupionych od komercyjnych platform internetowych – mediów społecznościowych i sklepów, czyli najpopularniejszych dziś adresów w sieci. Wykorzystuje też metadane od brokerów reklam internetowych. Co więcej, operatorzy programu mogą dokonać niemal natychmiastowej geolokalizacji smartfonów należących do konkretnych użytkowników.

Według ustaleń CitizenLab i VSquare Webloc używany jest do codziennego śledzenia ruchów setek milionów ludzi na świecie. Korzysta z niego m.in. opresyjny rząd Salwadoru, kierowany przez dyktatora Nayiba Bukele, bliskiego sojusznika Donalda Trumpa, a także niektóre wydziały Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego USA. Użytkownicy nie mają pojęcia o inwigilacji, bo nie muszą na nic wyrażać zgody ani w nic klikać – ich dane krążą po sieci na rynku wtórnym, a operatorzy Webloca mogą je po prostu kupić.

Kto „słucha” Orbána

Nie dziwi, że Webloc jest technologią izraelską – tak jak Pegasus. Producentem oprogramowania jest wywodząca się z tego kraju firma Cobwebs Technologies, przejęta przez amerykańską spółkę Penlink. Związki między Izraelem a reżimem Orbána wychodzą na jaw nie po raz pierwszy. Już przy okazji skandalu z Pegasusem polskie media pisały, że zakup oprogramowania rządowi Zjednoczonej Prawicy polecał właśnie węgierski premier, emisariusz i reprezentant interesów Beniamina Netanjahu w Europie Środkowo-Wschodniej.

Węgrzy kupili Pegasusa, wielokrotnie kwestionowali m.in. międzynarodowy nakaz aresztowania Netanjahu za zbrodnie wojenne w Gazie. Netanjahu wystąpił niedawno w nagraniu popierającym Orbána przed wyborami – obok m.in. Giorgii Meloni i Mateusza Morawieckiego. Teraz widać, że lider Fideszu nie wahał się korzystać z innych programów do szpiegowania obywateli suflowanych mu przez izraelski sektor technologiczny. Mało tego, jak informują dziennikarze VSquare, robił to do końca – ostatnie przedłużenie licencji na Webloca miało miejsce w marcu.

Nie wiadomo, w jakim stopniu Fidesz skorzystał z tak zebranych informacji. Komisja Europejska już domaga się od Orbána wyjaśnień w tej sprawie. Wiadomo natomiast, że węgierscy urzędnicy, agenci i oficerowie służb specjalnych byli ostatnio niefrasobliwi. Brytyjski Bellingcat zlokalizował w internecie – na forach, platformach hakerskich, w darknecie – ponad 800 nazw użytkowników, adresów mailowych, haseł i danych do logowania na węgierskich platformach rządowych.

Śledztwo Bellingcata obnaża niewiarygodną wręcz nieostrożność. Okazuje się bowiem, że urzędnicy, w tym pracownik działu zagrożeń terrorystycznych węgierskiego MSZ, ekspert od ataków na infrastrukturę cyfrową, a nawet wysoki rangą oficer wojskowy zajmujący się bezpieczeństwem informacyjnym, używali swoich rządowych adresów do logowania się w sklepach internetowych, social mediach, a nawet w aplikacjach służących do zamawiania jedzenia do domu. Wszystkie te wrażliwe dane były dostępne w otwartym internecie, często bez konieczności wniesienia opłaty.

Co więcej, używane przez rzekomych ekspertów od cyberbezpieczeństwa dane do logowania były naprawdę... śmieszne. Hasła, które Bellingcat zidentyfikował jako należące do przedstawicieli służb specjalnych, to m.in. „1234567”, „Password”, „Snoopy” czy „Adolf”. Biorąc pod uwagę ostatnie rewelacje o wyciekach zapisów rozmów telefonicznych urzędników wysokiego szczebla, w tym szefa MSZ Pétera Szijjarto, który kontaktował się z Siergiejem Ławrowem, można śmiało założyć, że Węgrów słucha wiele osób w różnych krajach na świecie. I nie zawsze są to sojusznicy Orbána.

Rosyjski trop

Pod względem zastosowania narzędzi cyfrowych i propagandy w sieci ta kampania była zaprojektowana jako pokaz siły partii rządzącej – ale stała się żenującym spektaklem. Jak w przypadku rozsławionej na całą Europę historii o zatrzymanym przez węgierskie służby konwoju przewożącym należące do ukraińskiego Oschadbanku złoto o wartości 70 mln euro. Konwój, choć otrzymał wszystkie niezbędne zezwolenia na przejazd, został zatrzymany przez antyterrorystów. Prorządowe portale, a nawet papierowe gazety drukowały zdjęcia z tego zatrzymania. Tyle że były to obrazki... wygenerowane przez sztuczną inteligencję. I to nie byle jaką. Jak ustalił Węgierski Komitet Helsiński, pokazane na ilustracjach samochody były kopiami radiowozów rosyjskiej policji, tak samo mundury rzekomych węgierskich antyterrorystów wyglądały jak te używane przez służby Putina.

Zdjęcia zostały wygenerowane najpewniej w Rosji lub przy użyciu modelu AI wytrenowanego na rosyjskich danych. Trudno o lepszy dowód na to, że kampanię Orbána zaplanowano i prowadzono na Kremlu.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Terapia integracji sensorycznej: zaglądamy za kulisy. Dorośli płacą krocie na zajęcia dla dzieci

Na terapię integracji sensorycznej Polacy wydają rocznie kilkaset milionów złotych z prywatnych kieszeni i z publicznych środków. Sprawdzamy, czy warto, i zaglądamy za kulisy branży.

Joanna Cieśla
29.03.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną