Orbánexit. Świat szuka lekcji z triumfu Magyara. Czy jego wyczyn można powtórzyć w innych krajach?
„Jeśli Viktor Orbán mógł przegrać, to jego rosyjskim i amerykańskim fanom może przytrafić się to samo” – pisze Anne Applebaum na łamach „The Atlantic” w poniedziałek. Historyczka wskazuje, że porażkę Fideszu należy interpretować przede wszystkim w kategoriach globalnych trendów politycznych. Jak pisze, dotąd liderzy antyliberalni – jak Trump w USA czy Putin w Rosji – wydawali się nietykalni nie tylko z powodu ich rzekomej siły, ale i dzięki propagandzie ideologicznej. Mieli nie oddać władzy nigdy, przynajmniej nie za pomocą wyborów, bo ich legitymizacja pochodziła „od prawdziwego narodu”, co w pewien sposób zawsze dawało im przewagę moralną. A, jak wiadomo, moralność jest dla populistycznej prawicy argumentem znacznie ważniejszym niż prawo i procedury. Tymczasem Orbán przegrał, co pokazuje, że antyliberalne rządy można zakończyć.
Ta wygrana to dopiero początek
Isaac Stanley-Becker, reporter tego samego magazynu, wskazuje z kolei, że porażka polityka, który 16 lat rządził Węgrami, jest przede wszystkim olbrzymim ciosem dla międzynarodówki MAGA i wiceprezydenta USA J.D. Vance’a, który przyjechał do Budapesztu na finiszu kampanii. „Orbán stał się przedstawicielem rzadkiego gatunku polityka: autokratą, który przegrał wybory i oddał władzę” – pisze Stanley-Becker.
Jak dodaje, cała kampania przebiegała pod znakiem wzajemnych oskarżeń o zagraniczne ingerencje w węgierski proces wyborczy. Dla Orbána wrogami były Ukraina i Unia Europejska, dla TISZY Amerykanie i Rosjanie wspierający Fidesz. O wyniku wyborów zdecydowały jednak sprawy ekonomiczne, zwłaszcza kwestia odzyskania dostępu do unijnych pieniędzy. „Fidesz straszył Węgrów groźbą dołączenia do wojny w Ukrainie, gdyby wygrał Magyar” – pisze Stanley-Becker. To nie zadziałało, a naddunajskie promenady zamieniły się w „przestrzeń wypełnioną spontanicznym tańcem, łzami i radością”.
„Pokonanie Orbána przy urnie to nie to samo co rozbrojenie orbanizmu” – przestrzega jednak Alberto Alemanno, prawnik z uczelni HEC Paris i felietonista EU Observer. Już przed wyborami alarmował, że „nikt nie ma dokładnego planu na ponowną demokratyzację Węgier”. Teraz z kolei ostrzega, by dzisiejsza euforia nie zamieniła się jutro w banalne posłuszeństwo. „Przejęte sądy, zdominowany przez lojalistów ekosystem medialny, klasa oligarchiczna kontrolująca ogromny kapitał – to wszystko nie zniknie dlatego, że ktoś uznał swoją porażkę w wyborach” – pisze. Przytacza też przykład Polski, która pokazała, że „pokonanie populizmu w wyborach jest warunkiem brzegowym do rozpoczęcia procesu redemokratyzacji, a nie dowodem na to, że się zakończył”.
Czytaj też: Orbán musi odejść, Magyar odtrąbił pobudkę. Teraz przed nami powyborcza część dramatu
Unia nie może już używać Orbána jako wymówki
Sophie in’t Veld, belgijska polityczka i działaczka społeczna, dawniej liberalna eurodeputowana, dzisiaj współtworząca federalistyczny ruch Volt Europa, pisze, że na Węgrzech dokonał się „orbánexit”. Klęska Fideszu to ogromna szansa na odnowę węgierskich instytucji, ale i olbrzymie wyzwanie dla wspólnoty europejskiej. „Unia nie może już używać Orbána jako wymówki. Reformy są konieczne” – pisze, nawiązując do paraliżu decyzyjnego wywołanego wetami odchodzącego węgierskiego premiera.
Belgijska działaczka dołącza do chóru komentatorów domagających się zlikwidowania zasady jednomyślności, przynajmniej w kluczowych głosowaniach dotyczących kwestii budżetowych, polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Zauważa ponadto, że unijni przywódcy powstrzymywali się od odważniejszych działań, bo wiedzieli, że Orbán je zawetuje – teraz takiej możliwości nie będzie, więc czas próby nadchodzi także dla Brukseli.
Jamie Dettmar, szef działu opinii brukselskiego biura portalu Politico, diagnozuje przyczyny porażki Orbána, wskazując, że stracił on słuch społeczny: za mocno skoncentrował się na sprawach geopolitycznych, nie rozumiejąc, że Węgrzy kierują się w swoich wyborach kwestiami gospodarczymi. Dettmar przypomina też, że wiele partii opozycyjnych, jak centrowe Momentum czy Węgierska Partia Socjalistyczna, nie wzięło udziału w wyborach, żeby zwiększyć szanse Magyara na triumf.
Według autora najważniejsza lekcja, jaka płynie z węgierskiego głosowania, brzmi: koniec końców dla elektoratu kluczowe są kwestie krajowe. Inflacja, koszty życia, bezpieczeństwo więcej ważą niż argumenty ideowe. To Orbán był kandydatem ideologii, podczas gdy Magyar okazał się kandydatem portfela i comiesięcznych rachunków. Dlatego właśnie, konkluduje Jamie Dettmar, mieszanie się MAGA i Vance’a w te wybory nie przyniosło oczekiwanych skutków.
Czytaj też: PiS przegrał w Budapeszcie. Przegrała wizja prawicy Orbána, Kaczyńskiego i Trumpa
Jeśli niszczysz gospodarkę, przegrywasz
„Dziś wygrywa Europa, dziś wygrywają europejskie wartości” – napisał w nocy na platformie X premier Hiszpanii Pedro Sánchez. To jeden z wielu europejskich przywódców, którzy świętują po klęsce Orbána. Szef polskiego rządu Donald Tusk stwierdził natomiast, że „relacje Węgier i Polski od teraz będą wyjątkowe”. Dodał też wymownie: „ruscy do domu”, w dodatku po węgiersku.
Jeszcze przed godz. 22 w niedzielę z gratulacjami do Magyara pospieszyli prezydent Francji Emmanuel Macron i szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, potem dołączył do nich sekretarz generalny NATO Mark Rutte. Nawet głęboko eurosceptyczny premier Słowacji Robert Fico, zbratany z Orbánem, zwłaszcza pod względem współpracy z Moskwą, napisał w mediach społecznościowych, że „liczy na bliskie partnerstwo z nowym węgierskim rządem”, głównie w kwestiach energetycznych.
Warto przytoczyć też nieco inny, chłodniejszy głos. Prof. Cas Mudde, holenderski politolog z University of Florida, jeden z największych autorytetów w dziedzinie badań nad populizmem i autorytaryzmem, zwraca uwagę, że „jest mnóstwo powodów, by do rządów Magyara podchodzić ostrożnie i ze sceptycyzmem. Ale to dyskusja na inny dzień”.
Po pierwsze, jego zdaniem węgierskie wybory potwierdzają, że w debacie publicznej znacząco przecenia się siłę autorytaryzmu, przypisując demokracji słabości, których wcale nie ma: „Na prawicy jest wielu złodziei, ale istnieje też podobne oszustwo wśród liberałów i lewicowców, żerujących na strachu i panice środowisk progresywnych”. Mudde dodaje, że grawitacja w polityce nadal działa i dotyczy także autokratów. „Podstawowa zasada polityki jest zawsze ta sama: jeśli niszczysz gospodarkę, przegrywasz” – pisze holenderski badacz.
Dominuje przekonanie, że sukces Magyara i TISZY był możliwy dzięki zjednoczeniu się węgierskiej opozycji i wystawieniu właściwego kandydata. Właśnie na ten drugi czynnik zwraca uwagę Nick Kristoff w „New York Timesie”. Podobnie jak wielu dziennikarzy zza oceanu porównuje Węgry do swojego kraju. W podobnym tonie wypowiada się Fareed Zakaria na łamach „Washington Post” czy Tim Miller na portalu The Bulwark. Dla nich wybory na Węgrzech mają przede wszystkim wydźwięk międzynarodowy, bo to olbrzymia klęska ruchu MAGA i znak, że „efekt Trumpa” przestaje działać. Jest nadzieja, że wyczerpie się również w USA – okazja już w listopadzie, przy okazji wyborów połówkowych do Kongresu.