Bernanke Ben

Ciężar złych długów
Szef Fed, Ben Bernanke, ma ogromny wpływ na to, jak potoczą się losy amerykańskiej gospodarki, a pośrednio także na losy świata.

 

Swego czasu profesor ekonomii z Uniwersytetu Princeton Ben Bernanke opublikował w „Wall Street Journal” artykuł pod tytułem „Co się stanie, gdy odejdzie Greenspan?”. Pięć lat później na to pytanie odpowiedział prezydent USA George W. Bush, mianując Bena Bernanke szefem Urzędu Rezerwy Federalnej (Fed, banku centralnego, składającego się z Rady Gubernatorów w Waszyngtonie oraz dwunastu regionalnych Banków Rezerwy Federalnej rozmieszczonych w głównych miastach USA) i następcą Alana Greenspana, który trwał na tej funkcji 18 lat.

W styczniu 2006 r., na kilka tygodni przed zmianą warty, londyński „The Economist” umieścił na okładce karykaturę Greenspana przekazującego pałeczkę swemu następcy – była to pałeczka dynamitu. Dziś bardziej niż wówczas widać, jak trafnie redakcja oceniła sytuację.

Bernanke wstąpił na tron okupowany wcześniej przez skrzyżowanie mitycznego mędrca i gwiazdy filmowej, człowieka-legendę, bliskiego kanonizacji za życia. Sam jest absolwentem i profesorem najlepszych uniwersytetów, autorem popularnych podręczników, wreszcie byłym gubernatorem Fed i byłym szefem doradców ekonomicznych prezydenta USA. Gdy chodzi o teorię, Bernanke ustępuje niewielu. Ale jak sobie poradzi z wyzwaniami praktyki?

Maestro Greenspan kilka lat temu zafundował narodowi kredyt tak tani, że tylko idiota nie pożyczał. Tak powstał nowy balon, potencjalnie groźniejszy od balonu Internetu (przeszacowanie wartości żywiołowo się wtedy rozwijających spółek internetowych), który pękł z hukiem wiosną 2001 r. Tymczasem już po objęciu urzędu Bernanke powtarzał za Greenspanem, że wydarzenia na rynku hipotecznym to uporządkowane i umiarkowane ochłodzenie koniunktury, a nie początek kryzysu.

Stało się inaczej. Fiskalna niefrasobliwość rządu i obywateli, a Fed przyłożył rękę i do jednego, i do drugiego – wpędziła Amerykę w kłopoty. Tarapaty, w które popadł rynek nieruchomości, to tylko wierzchołek góry lodowej, ale obraz jest wystarczająco ponury, aby już teraz przestraszyć rynki kapitałowe. 2007 r. jest pierwszym rokiem od depresji l929–33, kiedy spadła przeciętna cena domu w Ameryce. Bernanke znalazł się między Scyllą a Charybdą. Jeśli powstrzyma się od cięć stóp, to przyczyni się do pogorszenia sytuacji na rynku hipotecznym i w sektorze bankowym. Jeśli będzie ciąć, to jeszcze bardziej osłabi dolara, który i tak stacza się po równi pochyłej. To zaś napędzi wzrost cen, a przed tym właśnie bank centralny ma strzec gospodarkę.

Prymus

Ben Szalom Bernanke urodził się 55 lat temu w Augusta w stanie Georgia, a wychował w Dillon, małym, sześciotysięcznym miasteczku w Południowej Karolinie, gdzie połowa ludności to biali, a druga – czarni. Był najstarszym z trójki rodzeństwa. Ojciec Philip, aptekarz, dorabiał na pół etatu jako kierownik miejscowego kina. Matka Edna pracowała jako nauczycielka. Byli jedną z nielicznych żydowskich rodzin w okolicy. Ben nauczył się hebrajskiego od swego dziadka Jonasa, który studiował Torę, po I wojnie światowej przyjechał z Austrii do Nowego Jorku, a zanim Ben się urodził, przeniósł się do Dillion.

Dzisiejszy prezes Urzędu Rezerwy Federalnej sam nauczył się całek i różniczek, redagował gazetkę szkolną, a w szóstej klasie odniósł sukces, którym chwaliło się całe miasteczko: wygrał na szczeblu stanu Południowa Karolina popularny i mający długą tradycję w Ameryce konkurs ortografii, tzw. Spelling Bee – rywalizację o to, kto z młodych ludzi potrafi najlepiej przeliterować trudne słowa. Ben zaszedłby jeszcze dalej, gdyby nie potknął się na szarotce – popełnił błąd w słowie edelweiss. Kilka lat później na wymaganym od kandydatów na studia teście SAT Bernanke uzyskał najlepszy wynik w całym stanie: 1590 punktów na 1600 możliwych. Tym sposobem w 1971 r. wylądował na Uniwersytecie Harvarda.

We wczesnych latach 70., które dla wielu były okresem protestu przeciwko wojnie w Wietnamie i eksperymentowania z narkotykami, Benowi ani jedno, ani drugie nie było w głowie. On próbował rozgryźć zarówno ekonomiczne jak i polityczne przyczyny kryzysu lat 1929–1933. W myśl popularnej teorii, do Wielkiej Depresji przyczynił się brak interwencji państwa i dopiero rooseveltowski Nowy Ład wyprowadził gospodarkę Ameryki na zdrowe tory. Bernanke trafił w tej kwestii do obozu Miltona Friedmana: uważa, że sprawy miały się inaczej – to błędna polityka Urzędu Rezerwy Federalnej, brak wsparcia dla systemu bankowego, spowodowała bankructwo niemal 10 tys. banków, wywołała depresję, a błędy innych agencji rządowych dodatkowo gospodarkę zdestabilizowały.

Wiele lat później, w czasie uroczystości 90 urodzin Friedmana w 2002 r., Bernanke, już jako gubernator Fed, uderzył się w piersi za grzechy poprzedników: „Chcę powiedzieć Miltonowi i Annie (prof. Anna Schwartz, przez wiele lat najbliższa współpracownica Friedmana): jeśli chodzi o Wielką Depresję, macie rację, to my jesteśmy temu winni. Jest nam bardzo przykro. Ale dzięki Wam nie powtórzymy tego błędu”.

W czasie swego pobytu w Bostonie, gdzie Bernanke skończył z wyróżnieniem Harvard i w cztery lata zrobił doktorat z ekonomii w Massachusetts Institute of Technology (MIT), poza studiami nad wielkim kryzysem pochłonięty był śledzeniem niefortunnych losów Red Sox, ukochanej drużyny bejsbola. Gdy wreszcie zespół z Bostonu przerwał fatalną passę, Bernanke, już jako gubernator banku centralnego, mieszkał w Waszyngtonie i kibicował stołecznemu klubowi.

Z doktoratem z MIT trafił jako wykładowca do Szkoły Biznesu Uniwersytetu Stanforda. Z żoną Anną, która jeszcze studiowała, i dwoma kolegami wynajęli wspólnie dom, bo ceny w Dolinie Krzemowej już wtedy były astronomiczne. Opinia świetnego wykładowcy towarzyszyła mu w Princeton, gdzie trafił w 1985 r.

Ani za młodu, ani później nie obnosił się ze swymi politycznymi sympatiami. Wiadomo tylko, że popiera niskie podatki. Koledzy z Princeton wspominają, że jako dziekan wydziału ekonomii zawsze przed ważnymi zebraniami miał świetne rozeznanie, kto co myśli i na czym mu zależy.

To drugi z kolei saksofonista na czele banku centralnego Ameryki. Greenspan studiował w słynnej Julliard School w Nowym Jorku, przez rok grał na saksofonie i klarnecie w zespole jazzowym. Bernanke był zaś najlepszym saksofonistą orkiestr szkolnych Południowej Karoliny. I tu podobieństwa się kończą. Greenspan zawsze uwielbiał towarzystwo i bankiety w otoczeniu gwiazd. Bernanke woli ciche wieczory w domu i spotkania w wąskim kręgu przyjaciół rodziny (ma dwójkę dzieci). Greenspan był przede wszystkim konsultantem i politykiem. Bernanke to solidny ekonomista i gdy trapią go wątpliwości, mówi o tym, waży prawdopodobieństwa.

Wady i zalety mowy trawy

Za czasów Greenspana tysiące analityków głowiło się nad tym, co też Maestro miał na myśli mówiąc to, co mówił. Gdy w 1997 r. poślubił Andreę Mitchell, znaną dziennikarkę telewizyjną, z którą mieszkał od dwunastu lat, przyznał się jednemu z przyjaciół, że oświadczył się Andrei wcześniej dwukrotnie, ale najwyraźniej nie został zrozumiany. Z Bernanke jest inaczej.

Przejrzystość i precyzja języka nie zawsze jednak bywa zaletą. Co więcej, otwartość, z jaką szef Fed wypowiada się na temat polityki monetarnej, rynek postrzega jako słabość. Bernanke, na przykład, ostatnio powiedział, że wiele by dał za to, żeby wiedzieć, ile naprawdę warte są skomplikowane instrumenty oparte na obligacjach hipotecznych. Zawiła, często nie do rozszyfrowania retoryka Greenspana budowała pozory, że jest pewny wszystkiego, co mówi.

Bernanke, jeszcze jako gubernator Fed, powiedział, że rozważyłby podsycenie inflacji, aby stawić czoło groźbie deflacji, czyli spadkowi cen, który mógłby sparaliżować gospodarkę. W wystąpieniu w Narodowym Klubie Ekonomistów w Waszyngtonie w listopadzie 2002 r. przypomniał, że „rząd Stanów Zjednoczonych posiada technologię, zwaną prasą drukarską (dziś także jej ekwiwalent elektroniczny), która pozwala wyprodukować tyle dolarów, ile chce, właściwie za darmo”. Gdyby wszystkie inne metody zwiększenia podaży pieniądza zawiodły, to można by zrzucać banknoty dolarowe na ulice z helikoptera. Tym pomysłem, skądinąd autorstwa Miltona Friedmana, zyskał sobie wśród krytyków przydomek Helikopterowy Ben.

Gdy Bernanke dostał nominację na szefa banku centralnego Ameryki, zaczęto, rzecz jasna, grzebać w jego życiorysie. A ponieważ nie znaleziono tam niczego pikantnego, zabrano się do prześwietlania jego portfela. Dokonano psycho-finansowej analizy zachowań najważniejszego bankowca świata. I cóż się okazało? Otóż w myśl teorii aktywne zarządzanie portfelem akcji (czyli ich selekcja przez sowicie wynagradzanych menedżerów) nie ma sensu, gdyż pasywne zarządzanie (obstawianie indeksu giełdowego) jest nie tylko bardziej skuteczne, ale i dużo tańsze. Skoro tak, to dlaczego Bernanke, przy całej swej ogromnej wiedzy, gwałci ten kanon i płaci komuś ciężkie pieniądze za bezwartościową robotę? Najprostsze wytłumaczenie sprowadza się do konstatacji, że Ben jest niepoprawnym optymistą.

To jego kolega z Princeton, psycholog Daniel Kahneman, dostał w 2002 r. Nobla z ekonomii właśnie za kwestionowanie obiegowej prawdy, że rynki i konsumenci zachowują się racjonalnie. Pokazał w sposób przekonywający, że irracjonalność manifestuje się w wierze, że mamy więcej kontroli nad biegiem wypadków, niż naprawdę mamy. Taka ułomność ludzkiej natury byłaby szczególnie groźna, gdyby dotykała szefa banku centralnego Ameryki.

Psychoterapeuta i zbawca

Wśród cnót i kwalifikacji urzędu szefa Fed najważniejsza jest wiarygodność. To ona właśnie przesądziła o sukcesie Alana Greenspana. Okazał się wytrawnym psychoterapeutą, znakomicie czującym zachowania i reakcje rynków. Szczególnie w sytuacji kryzysu zaufania do instytucji rynku obywatelom potrzeba nie tylko kojących słów, ale i wiary, że przynajmniej banku centralnego pilnuje rzetelny fachowiec wielkiego kalibru.

Latem 1998 r. nad gospodarką amerykańską zaczęły się gromadzić ciemne chmury. Rosja okazała się niezdolna do spłacania swych długów. Multimiliardowy portfel funduszu hedgingowego, Long-Term Capital Management, którym współzarządzała elita światowych wyg finansowych i kilku noblistów, znalazł się na krawędzi bankructwa. Inwestorów ogarnęła panika. Zdrętwiały rynki kredytowe. Wówczas na ratunek pośpieszył Urząd Rezerwy Federalnej tnąc stopy procentowe trzykrotnie w ciągu kilku tygodni i aplikując systemowi ogromny zastrzyk gotówki. Giełda się odbiła i gospodarka ruszyła z kopyta. Potem tygodnik „Time” umieścił na swej okładce Alana Greenspana, a za jego plecami sekretarza skarbu Roberta Rubina i jego zastępcę Larry’ego Summersa, z inskrypcją „Komitet dla Ratowania Świata”.

Gdzie dziś szukać zbawców i uzdrowicieli? Greenspan doradza Niemcom i pobiera stutysięczne honoraria za każde przemówienie. Larry Summers, po niezręcznej uwadze na temat różnic intelektualnych między płciami, pod ogromną presją musiał zrezygnować z prezydentury Harvardu. Robert Rubin przejął niedawno tymczasowo funkcję prezesa rady nadzorczej Citigroup, po tym, jak dotychczasowy prezes, po ogłoszeniu gigantycznych i nieoczekiwanych strat, poszedł w odstawkę. Z konieczności i z urzędu na polu zmagań pozostaje samotny Ben Bernanke.

Trzymając się medycznych metafor, Greenspan to lekarz, który uchronił podopiecznego od zawału serca i sprawnie zoperował woreczek żółciowy, ale nie odzwyczaił go od palenia, alkoholizmu i obżarstwa. I takiego pacjenta, z mnóstwem złych nawyków i brakiem realizmu, odziedziczył Ben Bernanke.

Pytanie: jakie to lekarstwa trzyma w swej apteczce dr Bernanke? Jeśli nie znajdzie cudownej mikstury (a takiej na razie nie widać), niektóre banki mogą nie wytrzymać ciężaru złych długów. A te, które wytrzymają i poradzą sobie z nawałnicą, będą zapewne ostrożne. W tym akurat nie ma nic złego, gdyby nie obawa, że nadmierny apetyt na ryzyko ustąpi nadmiernej obawie przed jego podejmowaniem. To zaś oznaczałoby, że dostęp do kredytu będzie w Ameryce znacznie trudniejszy.

Bądź nudny

Greenspan kierował się bardziej intuicją niż ekonometrią, sceptycznie patrząc na akademickie modele. Sam kiedyś miał firmę konsultingową i wie, jak są one zawodne. Bernanke natomiast uwielbia modele. Stąd brały się obawy, że pod nowymi rządami Fed będzie zbyt akademicki, że teoria weźmie górę nad praktyką, a całki i różniczki zastąpią doświadczenie rynkowe. Bernanke to nie maestro jak Greenspan, ale nauczyciel muzyki, skomentował jego nominację jeden z krytyków.

Szef Fed ma wciąż ogromny wpływ na to, jak potoczą się losy amerykańskiej gospodarki, a pośrednio także na losy świata. Ale wpływ ten jest mniejszy niż wpływ Greenspana, zwłaszcza w pierwszych latach urzędowania. Dlaczego? Bo Ameryka dziś nie dominuje tak jak 20 lat temu. Zwiększyła się zależność USA od reszty świata – szczególnie od banków centralnych Japonii, Chin i innych krajów Azji, które finansują deficyt budżetowy i handlowy Ameryki. Gdyby osłabł apetyt Azji na dolara i obligacje rządu USA, to stopy procentowe w Stanach wzrosłyby niezależnie od intencji Fed.

Na spotkanie Amerykańskiego Stowarzyszenia Ekonomistów poświęcone spuściźnie po Greenspanie Gregory Mankiw, profesor Harvardu, a kilka lat wcześniej szef doradców ekonomicznych prezydenta USA, przygotował list do Bernanke, zawierający kilka rad. Pierwsza: w roli szefa Fed bądź tak nudny, jak to tylko możliwe. I kolejna: wystrzegaj się rozgłosu i unikaj gwiazdorstwa, które stało się udziałem poprzednika. Dla ekonomisty – napisał – etykietka nudziarza to ryzyko zawodowe. Dla szefa banku centralnego to właściwa kwalifikacja. Bo produktem banku centralnego powinna być stabilność, a nie podniecenie. „Byłoby idealnie – puentował – gdyby po długiej karierze twoje odejście z banku na emeryturę było mniejszym wydarzeniem niż twoja inauguracja”.

Życząc nowemu szefowi Fed szczęścia Gregory Mankiw wiedział, co mówi, choć dwa lata temu i on nie w pełni doceniał, jak wiele szczęścia będzie potrzebować Ben Bernanke.

 

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj