Czeskie przywództwo w UE

Po kostki w Unii
Czy Baracka Obamę powita w imieniu Unii eurosceptyk Václav Klaus? Od 1 stycznia Czesi na pół roku obejmują przewodnictwo w Unii Europejskiej.

Czym byłaby czeska prezydencja bez czeskiego filmu? W sali posiedzeń kilka osób z nudów bawi się kostkami cukru. Znany czeski hokeista strzela cukrem do słynnego bramkarza, wzięta architektka buduje cukrową wieżę, blondwłosa modelka ukradkiem połyka kostkę, wreszcie dyrygent Libor Pešek wrzuca swoją do kawy, rozchlapując ją na boki przy dźwiękach „Ody do radości”. Na końcu pojawia się napis: „Posłodzimy Europę. Republika Czeska na czele Unii od 1 stycznia do 30 czerwca 2009 r.”.

Reklamówki nie zrozumieli nawet Czesi. „Niektórzy sceptycy mówią, że rozpuścimy się w Unii jak kostka cukru” – tłumaczył pomysłodawca, wicepremier ds. europejskich Alexandr Vondra. „Ale my nie jesteśmy kostką cukru, to my ją wynaleźliśmy. A nawet gdybyśmy nią byli, to naszym celem jest posłodzenie unijnej kawy”. Cokolwiek wicepremier miał na myśli, motto czeskiego przewodnictwa brzmi dziś „Europa bez barier”. Ale wciąż nie wiadomo, co będzie dziać się w Unii po 1 stycznia.

PO-PiS po czesku

Czesi przejmą stery Europy w najtrudniejszym momencie od lat. Najgorszy kryzys finansowy od czasów Wielkiej Depresji, pierwsza recesja w strefie euro od wprowadzenia wspólnej waluty, negocjacje nowego Porozumienia o Partnerstwie i Współpracy z Rosją, pierwsza wizyta nowego prezydenta USA w Europie – to wszystko spadnie na barki polityków 10-milionowego kraju, który nigdy wcześniej nie przewodził Unii, a słynie głównie z prezydenta, który najchętniej by ją rozwiązał.

Francuzi już się niepokoją. Nicolas Sarkozy zaproponował, by w związku z kryzysem finansowym powołać osobną radę premierów i prezydentów strefy euro, „zjednoczoną władzę gospodarczą” na czas przewodnictwa Czech i Szwecji, dopóki prezydencja nie wróci do kraju należącego do strefy euro. Czesi przyjęli francuski pomysł z oburzeniem, podobnie jak listopadową propozycję niemieckiego eurodeputowanego, by zamienili się na półrocza z bardziej doświadczonymi Szwedami.

Obawy budzi nie tylko rozmiar wyzwań, ale także sytuacja polityczna w samych Czechach. Rząd nie ma większości w parlamencie, posłowie głosowali w tym roku już trzy wota nieufności, a do ubiegłej niedzieli Mirek Topolanek nie wiedział nawet, czy 1 stycznia 2009 r. będzie jeszcze premierem. Po sromotnej klęsce w wyborach regionalnych i uzupełniających do senatu doczekał się konkurencji nawet we własnej partii.

 

ODS to czeska odmiana PO-PiS. Topolanek kontroluje jej centrowe skrzydło, a Václav Klaus, prezydent kraju i założyciel ODS, steruje prawicową frakcją, która darzy premiera szczerą niechęcią. Z braku istotnych różnic programowych osią sporu jest stosunek do Unii – Topolanek jest umiarkowanie proeuropejski i chce ratyfikacji traktatu lizbońskiego, eurosceptyk Klaus jest jej przeciwny.

Po ostatniej klapie wyborczej prezydent urządził premierowi partyjną rebelię, wystawiając swego protegowanego jako kandydata na szefa ODS. Burmistrz Pragi Pavel Bém nie zdobył poparcia delegatów i w niedzielnym głosowaniu Topolanek utrzymał stanowisko. Ale nie oznacza to bynajmniej końca batalii. Dzień wcześniej Klaus złożył urząd honorowego przewodniczącego ODS, ale tylko po to, by mieć większą swobodę w atakowaniu premiera. Sytuacja polityczna w Czechach zbliżyła się o krok do polskiej.

Rząd na peryferiach

Urząd premiera Czech mieści się w pałacyku u stóp Hradczan, z okien rozciąga się widok na Wełtawę. Wejścia chroni jeden policjant, na kontuarze ochrony leży lista obecności, Mirek Topolanek przyjechał dziś do pracy o 7.55. Na spotkanie z premierem nie ma co liczyć, wicepremier ds. europejskich jest niedostępny do końca roku. W budynku trudno jednak dostrzec szał przygotowań – w ciemnych korytarzach nie ma żywego ducha, skrzydło wicepremiera Vondry przywodzi na myśl raczej senny instytut niż sztab polowy Unii.

Przygotowania do prezydencji Czesi zaczęli trzy lata temu, jeszcze za rządów lewicy. Zaczęli, po czym zaczęli od nowa, bo pierwszą rzeczą, jaką zrobił Topolanek po wygranych wyborach latem 2006 r., było rozwiązanie zespołu ds. prezydencji i założenie własnego. Z braku większości w parlamencie narodziny rządu trwały jednak aż siedem miesięcy, więc nowa ekipa mogła zacząć na dobre dopiero w ubiegłym roku. – Słoweńcy szykowali się do prezydencji trzy lata, Czesi dali sobie półtora – mówi Jiři Pehe, komentator polityczny i b. doradca Havla.

Topolanek powołał specjalnego wicepremiera ds. europejskich. Został nim Alexandr Vondra, b. ambasador w USA, który w 2002 r. zorganizował udany szczyt NATO w Pradze. Na prezydencję Unii dostał 3,3 mld koron (600 mln zł) i 1500 ludzi, z tego 120 we własnym biurze. Do zorganizowania mają 14 nieformalnych spotkań ministerialnych, kilka szczytów Unii z państwami trzecimi i 350 imprez towarzyszących. Plus zarządzanie kryzysowe w nieprzewidzianych sytuacjach, których w francuskim półroczu było mnóstwo.

Prezydencja nie będzie mieć żadnej stałej siedziby, centrum konferencyjnego, które skupiałoby szczyty i imprezy. – Większość spotkań odbędzie się poza Pragą. Chcemy wciągnąć regiony, poza tym mamy piękne krajobrazy i zamierzamy pokazać je vipom. Polska powinna zrobić tak samo – mówi rzeczniczka wicepremiera Michaela Jelínková, czytając esemesy w trakcie całego spotkania. Na dowód gotowości wyciąga logo, które odsłonił w listopadzie premier Topolanek. – Ustaliliśmy też wzór krawatów i apaszek.

Prezydencja w konspiracji

Z prioretetami czeskiego półrocza jest nieco gorzej. Na miesiąc przed przejęciem sterów Unii Praga ogłosiła tylko dwustronicowy komunikat prasowy o tym, że „przygotowania dobiegają końca”, a Czechy zamierzają skupić się na trzech zagadnieniach: gospodarce, energetyce i relacjach zewnętrznych Unii. Trudno o większe ogólniki na etapie, na którym dotychczasowe prezydencje miały już zwykle tomy szczegółowych opracowań i przebierały nogami, by mówić o swoich priorytetach.

Wspólnym mianownikiem czeskich inicjatyw ma być znoszenie barier. – Rząd chciałby otworzyć ostatnie rynki pracy zamknięte dla obywateli nowych państw członkowskich, popchnąć do przodu rozmowy w WTO o liberalizacji handlu, przyspieszyć wejście Chorwacji do Unii, a także nawiązać dialog z krajami dawnego ZSRR – mówi prof. Ivo Šlosarčík, europeista z Uniwersytetu Karola. Tu jeden konkret z rządowego komunikatu, który ucieszy polski MSZ: Praga zamierza „uruchomić projekt Partnerstwa Wschodniego”.

Program prezydencji ogłosimy pod koniec grudnia – mówi Jelínková. Czesi, jak sami mówią, nie chcą przyćmić Francuzów, poza tym wiele zależy od grudniowych rozmów o pakiecie klimatycznym i irlandzkich propozycji wyjścia z impasu wokół traktatu lizbońskiego. Na pytanie, czy ma jakieś materiały dla dziennikarzy, rzeczniczka nerowowo rozgląda się po biurze. Po chwili wyciąga z regału książeczkę pt. „Když se řekne Lisabonská smlouva...” oraz broszurę „České předsednictví EU 2009”.

Nawet Czesi są jednak niedoinformowani. Jeszcze w kwietniu tego roku połowa w ogóle nie wiedziała, że ich kraj stanie na czele Unii. Dzięki kampanii z cukrem w kostkach dziś wie o tym już 70 proc. obywateli, ale według badań ośrodka STEM tylko jedna czwarta rozumie, na czym polegać będzie przewodnictwo, a zaledwie 3 proc. twierdzi, że ma na ten temat dość informacji. – Nie można robić wszystkiego naraz. Odnieśliśmy wielki sukces, podnosząc świadomość prezydencji – mówi Jelínková.

Jej widoczność jest jednak zerowa. W Pradze próżno szukać choć jednej wskazówki co do tego, że będzie ona stolicą Europy – żadnych flag, kampanii promocyjnych czy centrum europejskiego, w którym odliczano by dni do czeskiego przewodnictwa. Na rynku starego miasta robotnicy ustawiają choinkę i bożonarodzeniowe kramy, rzeka turystów płynie jak zawsze w stronę mostu Karola i Małej Strany. – Tu nikt nie używa Unii jako narzędzia mobilizacji społecznej – mówi Jan Hartl, szef ośrodka badań opinii STEM.

Czynnik Klaus

Opuszczając siedzibę premiera u stóp Hradczan, trudno oprzeć się wrażeniu, że prawdziwa władza urzęduje w zamku na górze. Czesi na każdym kroku podkreślają, że uprawnienia prezydenta są czysto ceremonialne i nie ma on żadnego wpływu na politykę zagraniczną. Ale to Václav Klaus rządzi dziś wizerunkiem Czech w świecie. To on daje wywiady BBC i CNN, głosząc, że „globalne ocieplenie zabije demokrację”, a traktat lizboński „zagraża wolności”. Lech Kaczyński jest przy nim łagodnym eurorealistą.

W połowie listopada Klaus wybrał się z wizytą państwową do Irlandii. Po oficjalnym programie prezydent Czech udał się na kolację z Declanem Ganleyem, który doprowadził do obalenia traktatu lizbońskiego w irlandzkim referendum. Jakby tego było mało, razem ogłosili stworzenie paneuropejskiej partii przeciw traktatowi, który rząd w Dublinie próbuje właśnie poddać pod kolejne referendum. Gdy szef irlandzkiej dyplomacji potępił Klausa za ingerowanie w wewnętrzną politykę kraju, ten nazwał go hipokrytą, a Ganleya dysydentem.

Jeśli ktokolwiek myśli, że podczas prezydencji zadowolę się ceremonialną rolą, to jest w błędzie – ostrzegł niedawno czeski prezydent. Ale nawet ceremonialna rola może wywołać reperkusje. Nowy prezydent USA przyjedzie do Europy najdalej wiosną, a jeśli zechce uszanować Unię, pojedzie do kraju, który będzie jej aktualnie przewodniczył. Widok Klausa witającego Baracka Obamę w imieniu całej Unii to szok, po którym kilku europejskich przywódców może się nie pozbierać.

Dla Klausa byłby to szczyt marzeń. – Połowa jego kontrariańskiej gadaniny o klimacie i Unii wynika z potrzeby bycia widocznym – mówi Jiři Pehe. Druga połowa z osobistej niechęci do Topolanka, który jeszcze dwa lata temu mówił o Unii tym samym językiem co Klaus, doszedł do władzy jako eurosceptyk, a dopiero w fotelu premiera został giętkim pragmatykiem. – Ten rząd bierze wszystko, co podadzą mu Merkel z Sarkozym – mówi Petr Mach, szef związanego z Klausem Centrum Ekonomii i Polityki.

Topolanek nie może pójść na otwartą wojnę z prezydentem, bo los jego rządu zależy od popierających Klausa posłów ODS. By uwolnić się od tego szantażu i ustabilizować rząd na czas prezydencji, premier musiał pójść do opozycji, z którą negocjuje czasowy rozejm. W zamian za fotel przewodniczącego izby i szybką ratyfikację traktatu lizbońskiego socjaldemokraci mają zapewnić rządowi brakujące głosy i powstrzymać się od kolejnych wotów nieufności.

Ratyfikacja jest ważna także dla rządu, bo jej brak podważa wiarygodność czeskiej prezydencji w Europie. Pod koniec listopada trybunał konstytucyjny uznał traktat lizboński za zgody z ustawą zasadniczą, ale na przyjęcie go przez obie izby parlamentu przed startem prezydencji nie ma już szans. – Po utrzymaniu kierownictwa ODS Topolanek mógłby pójść za ciosem i urządzić głosowanie w styczniu – mówi socjaldemokrata Jan Hamáček, przewodniczący komisji spraw zagranicznych parlamentu.

Nastolatek za kierownicą

Doradcy Václava Klausa mówią, że prezydencja UE nie ma najmniejszego znaczenia i sprowadza się do parzenia kawy i robienia kanapek. Z logistyką i obsługą Czesi poradzą sobie śpiewająco, pytanie brzmi raczej, czy będą w stanie zapewnić Unii przywództwo w kryzysowej sytuacji i czy zdołają obrócić czeskie półrocze na swoją polityczną korzyść. – Prezydencje ocenia się podług oczekiwań. W naszym przypadku są niskie, więc mamy szansę czymś zaskoczyć – mówi prof. Šlosarčík.

Ale gdyby do wojny w Gruzji doszło za kadencji Czechów, jest mało prawdopodobne, by Topolanek samodzielnie wynegocjował w Moskwie rozejm, zwłaszcza po tym, jak ugościł amerykańską tarczę antyrakietową. Podobnie z kryzysem finansowym. Czesi będą mieli wstęp na spotkania ministrów finansów strefy euro, ale jeśli sytuacja gospodarcza ulegnie pogorszeniu, Sarkozy nie zawaha się zwołać szczytu w Pałacu Elizejskim.

Polityczne przywództwo Unii będzie kolektywne. – To mniej więcej tak, jakby autobusem z 27 pasażerami miał nagle pokierować nastolatek, który ledwo dostał prawo jazdy – tłumaczy Jiři Pehe. – Poprzedni, Słowenia, był dobrze ułożony, a droga pusta. Teraz za kierownicą siada rozbrykany nastolatek, na dodatek droga jest tłoczna, a przed nami wielkie skrzyżowanie. Trudno się dziwić, że reszta pasażerów się niepokoi.

Czy Czesi coś zyskają? Sądząc po obojętności wobec własnej prezydencji, nie mają nawet takich ambicji. Nie utożsamiają się z Unią tak jak Belgowie czy Portugalczycy, dla których przewodnictwo to okazja do pokazania się reszcie Europy i wyeksponowania swoich priorytetów. Nie mają też polityków, którzy mogliby zabłysnąć na unijnej scenie. Jeśli Václav Klaus nie będzie zanadto błyszczał, a półrocze minie bez poważniejszych kryzysów, mogą trochę osłodzić własny wizerunek w Unii.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj