Brytyjski kryzys rządowy

Złoty grzebień dla łysego
Wysysanie pieniędzy z budżetu państwa, kombinacje finansowe wymieszane z potężną arogancją polityków, zachowania godne plemiennych kacyków chciwych perkalu i koralików – i to ma być ta podziwiana w świecie brytyjska demokracja!

W Westminsterze - brytyjskim parlamencie - nie operuje się nazwiskami. Posłowie nawet o największych wrogach mówią „czcigodny członek parlamentu". Uznaje się przecież za pewnik, że parlament to zbiór ludzi nader zacnych. „Matka parlamentaryzmu" - tytuł taki Westminster nadał sobie 150 lat temu, by protekcjonalnie zasugerować młodszym demokracjom: spoglądajcie na Londyn, a nauczycie się, jak uprawiać politykę. Narodom, które zerkały na Anglię z podziwem dla jej demokracji, należałoby teraz doradzić, by czym prędzej odwróciły wzrok.

Pazerny jak Anglik

Ostatnio każdy dzień przynosił nowe rewelacje na temat chciwości, machlojek i zwykłej nieuczciwości, które pleniły się w brytyjskiej Izbie Gmin. Opublikowane szczegóły z rozliczeń wydatków poselskich były chwilami śmieszne. Tak np. były minister rolnictwa z Partii Konserwatywnej zażądał dwóch tysięcy funtów z pieniędzy podatników na utrzymywanie kanału wodnego w swojej wiejskiej posiadłości. Inny deputowany chciał 1645 funtów na utworzenie „kaczej wysepki" na swoim stawie - ptaki miały się tam chronić przed lisami. Ale wiele ujawnionych faktów wywołało prawdziwy szok i to nawet u tych, którzy - jak ja - zawodowo zajmują się polityką.

Afery, które zdarzały się u nas wcześniej, dotyczyły albo konkretnych osób - jak w przypadku ministra obrony Johna Profumo, który w 1963 r. wypierał się związku z prostytutką - albo partii, jak np. rewelacje, w których wyniku konserwatyści w 1997 r. utracili władzę. Obecny skandal sięga jednak znacznie głębiej: stawia pod pręgierzem cały ustrój polityczny oraz brytyjskie elity władzy.

Wszystko zaczęło się od publikacji w „The Daily Telegraph". Gazeta zdobyła zapis ponad 700 tysięcy rachunków z lat 2004 - 2008 pokazujących, na co parlamentarzyści wydają publiczne pieniądze. Sedno sprawy polega na tym, że deputowani mają prawo do zwrotu kosztów utrzymania lokum w drugim, dodatkowym miejscu zamieszkania. Potrzebują oni rzekomo dwóch domów: by znajdowali się w pobliżu Westminsteru, a zarazem żeby mogli przebywać w swoim okręgu wyborczym. Brzmi to całkiem racjonalnie, ale przepis ten otworzył wrota do ogromnych nadużyć. Dowiedzieliśmy się np., że dwaj deputowani z Partii Pracy - partii, która ma reprezentować interesy klasy robotniczej i przez dziesiątki lat uchodziła za troskliwego opiekuna ubogich - odliczali sobie odsetki od kredytów hipotecznych, które już dawno spłacili. Deputowana Partii Pracy Margaret Moran z Luton - miasteczka na północ od Londynu - otrzymała 22 500 funtów na remont trzeciego domu. Dom ten nie znajduje się ani w Londynie, ani w Luton, lecz w nadmorskim mieście Southampton, gdzie pracuje jej mąż. Zapytana, dlaczego podatnik ma łożyć na dom leżący daleko zarówno od Izby Gmin, jak i jej okręgu wyborczego, odpowiedziała, że potrzebuje emocjonalnego wsparcia małżonka, by móc „przetrwać" tę niezwykle obciążającą pracę. W audycjach typu talk-show natychmiast zaczęły się urywać telefony od rozjuszonych Brytyjczyków, którzy muszą „przetrwać" rozłąkę z pracującym w innym mieście małżonkiem bez wsparcia z budżetu państwa.

Słownictwo wzbogaciło się o szereg nowych określeń, zwłaszcza słowo flipping. Proceder ten polega na tym, że najpierw deklaruje się jako drugie miejsce zamieszkania pewną nieruchomość - np. mieszkanie w Londynie - dzięki czemu otrzymuje się do 20 tys. funtów rocznie, a potem podaje się jako drugą siedzibę inne lokum, na które również dostaje się subwencję. Sporo deputowanych uczyniło dochodowy biznes ze spekulacji na nieruchomościach. Składają wniosek o publiczne środki na remont domu, który następnie z zyskiem sprzedają, inkasują pieniądze, a następnie kupują za nie kolejny dom, po czym zabawa zaczyna się od początku. Gdy sprawa się wydała, niektórzy z winnych pospiesznie zwrócili pieniądze. Zwykli obywatele wiedzą jednak dobrze, że gdyby w luksusowym domu towarowym Harrods ukradli torebkę, to nie udałoby się im wykpić propozycją zwrotu skradzionego przedmiotu.

Spośród wszystkich głów, które poleciały w tym paśmie skandali, najbardziej wpływowa należała do spikera Izby Gmin.

19 maja br. Michael Martin musiał się podać do dymisji jako spiker Izby Gmin. Był to pierwszy taki przypadek od 1695 roku. Przez ostatnie 300 lat spiker był traktowany z honorami prawie królewskimi. Paradował w operetkowym stroju, miał do dyspozycji lokajów w perukach i okazałą rezydencję w Westminsterze. Obowiązywała niepisana zasada, że żaden poseł nie wypowiada się o nim krytycznie.

Martin nie tylko zarządzał ryczałtami dla parlamentarzystów i sam z nich korzystał, otrzymując zwrot czterech tysięcy funtów za taksówki, którymi jego żona jeździła na zakupy. Bronił się też wszelkimi siłami przed upublicznieniem systemu rozliczeń. Rząd Partii Pracy doprowadził w 2000 r. do uchwalenia - na wzór amerykański - prawa o jawności informacji dotyczących instytucji publicznych. Tymczasem Martin wstąpił na drogę sądową - za koszty procesowe zapłacili oczywiście podatnicy - aby uniemożliwić zastosowanie tej ustawy do rozliczeń wydatków poselskich. Dlatego stał się ucieleśnieniem parlamentarnej rozrzutności.

System do remontu

Jego dymisja nie załatwia jednak sprawy. To, co obecnie dotarło do opinii publicznej, wykracza poza błędy jednego człowieka. Brytyjczycy z odrazą patrzą na pazerność i sprzedajność swych reprezentantów. Najbardziej szokujące były rewelacje dotyczące Partii Pracy. Konserwatystów bowiem tradycyjnie uważano za klub bogatych facetów. Ale żeby członkowie partii, która kiedyś opowiadała się za socjalizmem, chciwie sięgali po jedwabne poduchy i błyszczące sedesy, opłacane z publicznej sakiewki - to wiadomość druzgocząca.

W pewnym sensie to właściwe zakończenie ery Tony'ego Blaira, który przekonał swą partię do materializmu w stylu Margaret Thatcher. - Nie mamy żadnych uprzedzeń wobec ludzi, którzy bogacą się na potęgę - brzmiała słynna uwaga doradcy Blaira, Petera Mandelsona, z 1998 roku. Teraz wiemy, że posłowie Partii Pracy dosłownie zrozumieli ten komentarz. Podobnie, jak i sam Tony Blair oraz jego małżonka Cherie, których dziennik „The Times" nazwał w tytułowym materiale „Sultans of bling", czyli „świecidełkowymi kacykami" ze względu na skwapliwość, z jaką przyjmowali prezenty i biżuterię od Silvia Berlusconiego. Napiętnowani przez „The Daily Telegraph" deputowani jawią się jako wytwór pierwszej dekady XXI w., w której nie było nic ważniejszego niż pieniądz.

Brytyjczycy zrozumieli, że politycy ich lekceważą. - Jakim prawem opinia publiczna wtrąca się w moje życie prywatne? - pytał wzburzony konserwatywny poseł Anthony Steen, najwidoczniej zapominając, że to prywatne życie finansował z publicznych pieniędzy. W ciągu czterech lat otrzymał 87 tys. funtów na utrzymanie posiadłości wiejskiej. Słowa Steena pokazały, że wielu brytyjskich polityków nadal uważa się za jaśnie panów, a opinię publiczną postrzega jako irytujących i prostych pachołków. Postawa ta jest wpisana w nasz ustrój, który wychodzi ze znamiennego założenia, że suwerenem jest „korona w parlamencie". Podczas gdy podstawą ustrojową Stanów Zjednoczonych jest idea, że źródłem władzy jest naród, ustrój brytyjski wciąż jeszcze bazuje na założeniu, że władza pochodzi z góry - tam, gdzie niegdyś zasiadał monarcha - i niejako spływa w dół.

Zasada ta tłumaczy niektóre braki brytyjskiego systemu. Członkowie izby wyższej, czyli Izby Lordów, w ogóle nie są wybierani, lecz zasiadają tam z urzędu lub nadania premiera. Konstytucja nie istnieje w postaci skodyfikowanej na piśmie, lecz otacza ją mgiełka niejasności i w rezultacie Brytyjczycy nie mają dokładnego wyobrażenia o zasadach funkcjonowania własnego kraju. Terminy wyborów nie wynikają z harmonogramu, lecz ustala je premier.

Przejście od obecnego stanu, w którym suwerenem jest brytyjski parlament, do suwerenności narodu - obowiązującej w większości państw demokratycznych - byłoby gwałtownym i radykalnym krokiem. Czy do niego dojdzie? Zmiany w Anglii zwykle polegają na tym, że wszystko zostaje po staremu. Mimo to afera Profumo z lat 60. wyznaczyła pewną cezurę i zapoczątkowała epokę swingującego Londynu. Obecne nastroje też zdają się zwiastować coś więcej. W londyńskim powietrzu daje się wyczuć powiew rewolucji.

„The Guardian" właśnie publikuje online „Nową Politykę", apel o radykalne przemiany i szeroko zakrojoną reformę wszystkiego - od sposobu finansowania partii po rolę prokuratora generalnego. Główną osią tych zmian powinno być przejście od suwerenności parlamentu - do suwerenności narodu. Z chwilą, gdy pojmie się, że w prawdziwej demokracji to naród jest suwerenem, następny krok wydaje się oczywisty.

Naturalnie Izba Lordów powinna być wybieralna: suwerenny naród wybiera ludzi, którzy stanowią prawa. Oczywiście, że powinna obowiązywać pełna jawność, jeśli chodzi o posłów i ich wydatki. Czyż można sobie wyobrazić  pracowników, którzy by odmówili szefowi odpowiedzi na pytanie, ile wydali jego pieniędzy? A przecież tak właśnie zachowywali się posłowie - zatrudniani przez nas. Oczywiście powinny być sztywno ustalone terminy wyborów. W końcu to szef decyduje o tym, kiedy kontrakt pracownika dobiega końca.

Czy powinna istnieć pisana konstytucja? Oczywiście, że tak. Jeśli jesteśmy właścicielami domu, mamy w ręku akt własności. Jeśli kupujemy samochód, dostajemy instrukcję mówiącą, jak go użytkować. A właścicielami jesteśmy my.

Do konstytucji powinien być dołączony akt wymieniający nasze prawa. Nie proponowany przez główne partie „akt praw i obowiązków" - ponieważ ta nazwa sugeruje, że prawa są nam przyznawane przez panów, w zależności od naszego dobrego zachowania. Tymczasem podstawowe prawa przysługują nam bezwarunkowo, bo to my jesteśmy u władzy.

Należy też zrezygnować z wyszukanego, archaicznego języka. Skrywa on parlament za mistyczną chmurą, za którą zaglądać może tylko kasta kapłanów. Konstytucja dotyczy nas, dlatego powinna być sporządzona w języku i stylu zrozumiałym dla każdego.

Mamy wiek XXI i nie możemy już dłużej akceptować faktu, że suwerenną władzę sprawuje 646 osób - oraz jeden niewybrany monarcha. Władza powinna należeć do nas wszystkich. A jeśli oznacza to rewolucję - niech tak będzie.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj