Pora wyciągnąć wnioski z polskiej hucpy wokół mundialu

Sport i polityka
Masowa natura sportu sprawia, że ekscytacja nim jest wprawdzie niezwykle intensywna, ale okazjonalna i trwa krótko.
Sport był zawsze blisko polityki.
MSZ

Sport był zawsze blisko polityki.

Miał być bezpośredni sukces sportowy i pośredni polityczny, a może nawet odwrotnie. Wszędzie królowały barwy narodowe. Tuż przed pierwszym mundialowym spotkaniem z Senegalem złotousty p. Szpakowski zapewniał, że 40 mln polskich serc bije w biało-czerwonym rytmie. Scenografia w TVP ociekała tą kolorystyką, np. zwiastun audycji o zmaganiach piłkarzy grał husarza z wielkim orłem na piersi i reklamy z wizerunkami piłkarzy. Nie kwestionując szczerego zainteresowania p. Dudy i jego małżonki występami polskiej jedenastki, medialna popularyzacja ich udziału we wspólnym kibicowaniu wyglądała na wyreżyserowany spektakl pro politico bono.

Andrzej Duda kibicuje i wszystko jest „narodowe”

Pan Duda oglądał pierwsze spotkanie z małżonką (oboje ubrani stosownie do okoliczności) i ludem w strefie kibica (Stadion Narodowy w Warszawie), mecz z Kolumbią – na pokładzie ORP Generał Kazimierz Pułaski wśród marynarskiej braci. Nie miał za tęgiej miny po tym drugim, ale oświadczył: „Przestrzegam trzech zasad: 1) obiecałem naszym, że będę z nimi – więc nie krytykuję, 2) cieszę się z sukcesów i chwalę – ale jeśli jest za co, 3) nigdy nie załamuję rąk, wyciągam wnioski, bo jutro też jest dzień i trzeba iść do przodu. Biało-czerwoni, stało się. Trudno. Głowa do góry!”.

Para prezydencka podziwiała spotkanie z Japonią w Rydze. O ile mi wiadomo, p. Duda nie skomentował tego zwycięstwa. Wracając do generaliów, propagandowa otoczka piłkarskich mistrzostw świata była fragmentem szerszej kampanii, trwającej jakiś czas, obejmującej np. samoloty pomalowane na biało-czerwono z konturem granic państwa w tle czy przemianowywanie nazw rozmaitych instytucji tak, aby występował w nich przymiotnik „narodowy” w odpowiednich wariacjach gramatycznych.

Czytaj także: Dlaczego futbol wywołuje patriotyczne wzmożenie?

Sport i polityka są sobie bliskie od wieków

Sport był zawsze blisko polityki. W VI w. p.n.e. miała miejsce wojna między Pisą a Elidą, dwoma miastami greckimi, o priorytet w organizacji pierwszej olimpiady. 25 wieków później (dokładnie w 1969 r.) Salwador i Honduras walczyły w tzw. wojnie futbolowej. Inne znane fakty to m.in. polityczne aspekty igrzysk w Berlinie (1936 r.), atak komandosów palestyńskich na ekipę izraelską w trakcie olimpiady w Monachium w 1972 r., demonstracyjne zachowanie się czarnoskórych (także amerykańskich) sportowców w Meksyku (1968 r.) i Montrealu (1976 r.), bojkot olimpiady w Moskwie w 1980 r. przez wiele państw zachodnich i podobny rewanż krajów bloku radzieckiego (z wyjątkiem Rumunii) w związku z olimpiadą w Los Angeles w 1984 r., a ostatnio odwołanie towarzyskiego meczu piłkarskiego Izrael–Argentyna z powodu stanowiska organizacji palestyńskich.

Komentatorzy telewizyjni igrzysk w 1980 r. wprawdzie nie używali tak kwiecistego języka jak p. Szpakowski (obowiązywał wtedy bardziej internacjonalistyczny żargon), ale namolnie podkreślali sportowe dokonania, nie tylko rodzime. Pamiętam, jak jeden z nich entuzjazmował się, że został pobity młodzieżowy rekord świata w jakimś biegu: „Wysoki, bardzo wysoki poziom zawodów lekkoatletycznych w Moskwie”.

Piłka nożna elementem kultury masowej

Baron de Coubertin, twórca nowożytnej idei olimpijskiej, starał się, aby olimpiady były wolne od akcentów politycznych. Stało się inaczej. Sport wyczynowy szybko stał się istotnym elementem kultury masowej ze wszystkimi tego konsekwencjami. Nic dziwnego, że sukces sportowy jest odbierany jako narodowe zwycięstwo, a sportowa porażka uważana za swoisty dramat lub przynajmniej nieszczęście. Na tym tle kształtuje się stosunek do występów sportowych.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj