Kraj

Parady, handel i kasa

Parady, handel i kasa. Czyli Polska „potęgą” na świecie

Andrzej Duda udał się do Nowej Zelandii. Andrzej Duda udał się do Nowej Zelandii. Jakub Szymczuk / Kancelaria Prezydenta RP
Polska ekspansja gospodarcza i polityczna w Europie i poza nią jest imponująca.

Parady lubią być oglądane. Zawołanie „Panem et circensem” (Chleba i igrzysk) było wielce popularne w Rzymie, a władcy tego imperium umacniali swoje panowanie, ofiarowując poddanym widowiska. Od pewnego momentu rządzący zrozumieli, że defilady wojskowe cieszą się dużym powodzeniem społecznym. Nic dziwnego, bo jest to okazja do podziwiania potęgi własnego państwa, powrotu do mniej lub bardziej wspaniałej przeszłości militarnej czy wzruszania się (nie ma tu żadnej ironii) symbolami narodowymi.

Szarża husarii w Warszawie

Tak więc nie zaskakuje, że najważniejsze uroczystości państwowe są okraszane przemarszem (przejazdem, przelotem) ludzi i sprzętu. Nie inaczej było 15 sierpnia 2018 r. w Warszawie. Była to ponoć największa polska defilada wojskowa ostatnich lat i oglądana przez 120 tys. ludzi. Mnie akurat nigdy nie interesowały tego rodzaju pokazy i darowałem sobie transmisję telewizyjną z tego widowiska. Nawet gdyby było inaczej, nie potrafiłbym jako niespecjalista orzec, czy była to parada nowoczesnej armii dysponującej nowoczesnym sprzętem. W późniejszych przekazach zobaczyłem tylko fragment inscenizacji historycznej z maszerującymi husarzami. Pan Sellin, wiceminister kultury, oburzył się (to zresztą jego główna specjalność zawodowa) z powodu żartów na temat husarii maszerującej w pełnym rynsztunku i surowo ocenił tych, którzy naigrawają się z polskiej armii i jej sprzętu.

Hitlerowskie sztandary na defiladzie

Pan Sellin ma rację. Wiadomo, że słynna szarża husarii pod Wiedniem zakończyła się walnym zwycięstwem właśnie dzięki temu, że część rycerzy zeszła z koni i piechotą ruszyła na npla (skrót od „nieprzyjaciela”). Podobny manewr nie przyniósł sukcesów w późniejszym czasie, np. ułani, tj. chłopcy malowani, nic nie wskórali przeciw czołgom. Pan Sellin powinien raczej zastanowić się nad tym, czy nachalne serwowanie snu o naszej potędze militarnej nie przypomina bardziej sławetnego „nie oddamy nawet guzika”, niż demonstruje rzeczywistą wartość rodzimych sił zbrojnych (oczywiście poza Wojskami Obrony Terytorialnej). Być może promotorzy dobrej zmiany liczą na to, że defilady sunące Wisłostradą będą tak mobilizujące jak te na Charlottenburger Chausse w Berlinie lub pl. Czerwonym w Moskwie, ale warto pomyśleć o toutes proportions gardées, nie mówiąc już o niezbyt budujących skojarzeniach. Przy okazji polemik na temat pokazu 15 sierpnia odbyła się śmieszna dyskusja dotycząca tego, czy rozwieszenie hitlerowskich sztandarów na trasie defilady było propagowaniem faszyzmu. Resort p. Sellina ma oczywiście rację, że inscenizacja teatralna nie może być traktowana dosłownie, ale rzeczona wymiana zdań jest mniej śmieszna w kontekście zarzutu, że napis „PZPR” na biurze posła PiS jest reklamą komunistycznego totalitaryzmu.

Dyskusje o fregatach trwają, ale w mediach

Skoro jesteśmy przy militariach, nie można nie wspomnieć o wizycie p. Dudy w Australii i Nowej Zelandii. Pan Szczerski (specjalista od polityki zagranicznej z ramienia Kancelarii Prezydenta RP) zapewnił, że wizyta, zwłaszcza w kraju kangurów, ma najwyższą rangę, że odbędzie się rozmowa w cztery oczy z p. Turnbullem, premierem Australii, że będą spotkania gospodarcze i z miejscową Polonią. Jednym z deklarowanych celów wyprawy p. Dudy było podpisanie listu intencyjnego w sprawie zakupu australijskich fregat. Transakcja ta, ponoć negocjowana od dwóch lat, od początku wzbudzała wątpliwości z uwagi na raczej sędziwy wiek rzeczonych okrętów. Gdy p. Duda przemieszczał się z Warszawy do Melbourne, okazało się, że p. Morawiecki zablokował transakcję, ale nie do końca wiadomo, kiedy ta decyzja została podjęta i jak przekazana głowie państwa. Pan Mucha, znany z niezwykłej precyzji swych wypowiedzi, rzekł, że nie w trakcie podróży.

Stwierdzenia w postaci zdań przeczących mają to do siebie, że nie zawierają zbyt wielu pozytywnych informacji. Z wypowiedzi p. Muchy nie wynika, czy p. Duda w ogóle został bezpośrednio poinformowany o blokadzie transakcji (do dzisiaj nie ma oficjalnego oświadczenia p. Morawieckiego na ten temat), czy też powziął stosowną wiedzę przed wylotem, czy też po wylądowaniu w Australii. Są rozmaite spekulacje dotyczące tego na przykład, że zadziałał lobbing stoczniowy czy rywalizacja na szczytach władzy. Sam p. Duda utrzymuje, że sprawa fregat nie jest jeszcze zakończona (widać, że również on upodobał sobie zdania przeczące), a rozmowy trwają, aczkolwiek nie wiadomo, jakie i między kim. To, że trwają, jest prawdą oczywistą, bo np. mają miejsce w środkach masowego przekazu.

Czytaj także: Czy Australia obraziła się na Polskę za adelajdy?

„Harmonijna” współpraca w sprawie obronności

A oto kilka innych komentarzy. Pan Karski, który ma spore doświadczenie w testowaniu pojazdów bojowych w postaci wózków golfowych (mija 10. rocznica jego manewrów na Cyprze sprawdzających wytrzymałość rzeczonych maszyn wspomagających zintegrowane siły zmotoryzowane), informując, że finalizacja zakupu jest przedwczesna. W imieniu rządu kilkakrotnie wypowiedział się p. Skurczewski (wiceminister obrony narodowej). Najpierw wskazał, że gdyby australijskie fregaty można było nabyć za symboliczną złotówkę lub dolara, to i owszem, można by rzecz rozważyć, potem, że trzeba się dobrze zastanowić nad transakcją, a na koniec – że MON nie zajmuje się tą sprawą i nie ma z nią nic wspólnego. Ciekawe, ponieważ p. Błaszczak, pryncypał p. Skurczewskiego, znajduje się w świcie p. Dudy bawiącej na antypodach, ale nie zabiera głosu. Niewykluczone, że nagrywa jakiś odcinek dla „Ucha prezesa”, gdzie jest niekwestionowanym gwiazdorem.

Inne wyjaśnienie polega na wskazaniu, że p. Błaszczak ciągle deliberuje nad tym, czy apel smoleński ma być elementem pełnego ceremoniału wojskowego w trakcie uroczystości na Westerplatte 1 września tego roku, i nie ma głowy do innych materii. Pan Czarnecki, ksywa Obatel, przypuszcza, że cała sprawa mogła powstać z powodu patriotycznej inicjatywy Polonii australijskiej bardzo (w sercu, jak p. Obatel bystrze zauważył) zatroskanej o obronność ojczyzny (wiadomo, jakiej). Natomiast p. Terlecki rzecz ujął krótko i treściwie: „Fregaty odpłynęły”. Może jestem przeczulony, ale dostrzegłem niewątpliwą satysfakcję w oczach p. Terleckiego przy emitowaniu komunikatu o odpływie fregat. W sumie mamy frapujący przykład harmonijnej współpracy najważniejszych (przynajmniej formalnie) ośrodków władzy w Polsce, tj. rządu i prezydenta, w sprawie obronności. Tak to jest, gdy parady i ceremoniały są najważniejsze.

Czytaj także: Polska zmierza w stronę państwa autorytarnego

Trójmorze? Czas na Trójocean

Cóż więc p. Duda porabiał w Australii i w Nowej Zelandii? Rzeczywiście porozmawiał w cztery oczy z p. Turnbullem, ale raczej krótko, gdyż australijski premier wymienił z nim uścisk dłoni, a na bardziej czasochłonne rozmowy wysłał szefową resortu spraw zagranicznych. Wydarzenie to dobrze udokumentowało mniemanie p. Szczerskiego o randze prezydenckiej wyprawy na antypody. Pan Duda, zaraz na początku swojej wizyty na kontynencie australijskim, stwierdził: „Już jest czas na to, byśmy realizowali ekspansję gospodarczą i polityczną na cały świat. Nie musimy ograniczać się tylko do Europy”.

Fakt, polska ekspansja gospodarcza i polityczna w Europie jest imponująca. Ponieważ stabilizacja polskich wpływów w (na?) San Escobar została już zakończona, czas na ambitniejsze plany, np. transformację Trójmorza w Trójocean. Pan Duda wszak przybył znad morza (może nawet wprost z Juraty), które ma kontakt wodny z Atlantykiem – wizyta w Australii i Nowej Zelandii zdaje się wskazywać na stopniowe opanowywanie Pacyfiku, a Ocean Indyjski to takie niewielkie bajorko pomiędzy dwoma innymi wielkimi wodami, już spenetrowanymi przez władze polskie, ewentualnie węgierskie, korzystające z doświadczeń hegemonii nad Balatonem.

Trójocean jest więc na wyciągnięcie ręki. Odbył się polsko-australijski szczyt energetyczny, na którym p. Duda przemówił i zapewnił, że Polska chce stać się centrum energetycznym Europy Środkowo-Wschodniej. Zapewne uwierzono w wyrażone chęci, ale chyba mniej w ich realność (byli tam wszak eksperci australijscy), gdyż państwo opierające energetykę na węglu (coraz gorszej jakości) i produkujące największy smog w UE trudno traktować poważnie. W trakcie szczytu p. Duda miał krótką (sześciominutową) konferencję prasową, na której reklamował Polskę jako kraj wielkiego sukcesu ekonomicznego i społecznego (parafrazując znane słowa: „Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej”, już bez „aby”). Pan Duda spotkał się także z Polonią, ale strzelił gafę, gdyż pomylił ustroje Polski i Australii, mianowicie zachęcał, aby australijscy Polonusi przybyli do kościoła jako miejsca spotkania.

Zapomniał jednak, że w kraju, w którym gości, obowiązuje ścisły rozdział Kościołów od państwa, co wyklucza publiczne nakłanianie do wizyt politycznych w świątyniach. Władze australijskie taktownie przemilczały problem, ale niektórzy przedstawiciele tamtejszej Polonii zaprotestowali przeciw lekceważeniu prawa australijskiego przez p. Dudę (protestowano również przeciw jego stosunkowi do polskiej konstytucji). Notabene pomysł, aby prezydent RP spotykał się z Polakami w parafii, a nie w ambasadzie polskiej, bardzo dobrze świadczy o tym, jak p. Duda traktuje państwo, które reprezentuje.

Czytaj także: Co to jest naród? Nieodrobiona lekcja historii

Koszty wyprawy do Australii

Delegacja polska do Australii liczyła 40 osób. Kancelaria Prezydenta zapewnia, że część kosztów ponosi strona zapraszająca, ale okazało się, że dotyczy to dziesięciu osób. Kosztorys nie jest znany. Przyjmijmy, że przeciętnie za bilet płacono 10 tys. zł, co daje 300 tys. zł. Załóżmy (chociaż jest to mało realistyczne), że strona polska nie poniosła żadnych innych wydatków. Owe 300 tys. to kwota, za którą 30 polskich naukowców może uczestniczyć w konferencjach naukowych w Europie (podróż lub pobyt). A jeździ nas coraz mniej. Na ostatnim, 41. Symposium Wittgensteinowskim w Kirchberg am Wechsel (Austria) były trzy osoby z Polski (tyle samo co z Ukrainy), a więc mało (w tym dwie częściowo na własny koszt). Pan Gowin prawi o potrzebie umiędzynarodowienia nauki polskiej, natomiast uczelnie i Polska Akademia Nauk nie mają pieniędzy na wyjazdy swoich pracowników za granicę czy też na organizację konferencji w kraju. A służbowe wyjazdy senatorów kosztowały budżet państwa 1,3 mln zł w 2017 r., dwukrotnie więcej niż w latach poprzednich. Ciężko pracują, a więc należy im się, jakby powiedziała p. Szydło. Za to inni płacą coraz większe podatki, aby móc być dumnymi z wojaży wybrańców narodu i defilad dokumentujących ich sukcesy, np. dla obronności kraju.

Czytaj także: Co by było, gdyby PiS obchodził 50-lecie swoich rządów

Reklama

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama