Świat

Australia obraziła się za adelajdy?

Wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Australii Wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Australii Grzegorz Jakubowski / Flickr CC by SA
Zamiast premiera Australii to pani minister spraw zagranicznych usiadła do rozmów z delegacją prezydenta Andrzeja Dudy i rządu RP. Mógł to być sygnał niezadowolenia z fiaska najważniejszego celu wizyty.

Prezydent Andrzej Duda rozmawiał z premierem Malcolmem Turnbullem w cztery oczy, ale wyłącznie nieformalnie. Plenarne spotkanie polskiej delegacji państwowo-rządowej z delegacją gospodarzy prowadziła już szefowa dyplomacji Julie Bishop, mimo że we wcześniejszych planach miał to być premier Turnbull.

Australia nie ma prezydenta, głową państwa jest królowa brytyjska, jej przedstawicielem gubernator generalny, z którym Duda oczywiście też się spotkał. Ale władza wykonawcza leży w gestii rządu i to on zapraszał prezydenta do złożenia państwowej wizyty. Kiedy dwa lata temu prezydent z delegacją składał wizytę w Kanadzie, która ma podobny system rządów – z królową brytyjską jako głową państwa i gubernatorem generalnym – rozmowom bilateralnym przewodził po stronie gospodarzy premier Justin Trudeau.

Jak wytłumaczyć nieobecności?

Zmianę, która nastąpiła w Australii, trudno więc odczytać inaczej niż jako obniżenie statusu rozmów, najprawdopodobniej w reakcji na odwołanie przez stronę polską najważniejszego punktu wizyty, jakim miało być podpisanie listu intencyjnego w sprawie fregat Adelajda. Nie słychać bowiem, by w Australii wydarzyło się coś takiego, co by uniemożliwiło udział w rozmowach premierowi Turnbullowi.

Spotkanie z Dudą w budynku parlamentu nawet rządowa agencja prasowa PAP określiła mianem krótkiego. Dodatkowo w rozmowach plenarnych nie wzięła udziału australijska minister obrony Marise Payne, ale jej zastępca Christopher Pyne. Spotkanie ministra Błaszczaka z gospodynią, z którą wedle wcześniejszych ustaleń miał podpisywać porozumienie o zakupie fregat, odbyło się, ale osobno. W oficjalnym komunikacie MON sprawa okrętów wojennych w ogóle się nie pojawia, a jedyny list intencyjny, o jakim mowa, to szeroki dokument o współpracy obronnej, a nie konkretny o fregatach.

Ścieżka zamiast okrętów

Również oficjalne relacje z wizyty prezydenta temat fregat Adelajda zdają się pomijać. Mowa o „dużym potencjale współpracy” oraz szansie na „kompleksowe porozumienie wojskowe” – i że została ku temu „otwarta ścieżka”. Szef gabinetu prezydenta, minister Krzysztof Szczerski, jeszcze niedawno zapowiadał, iż liczy na podpisanie dokumentu o chęci zakupu okrętów przez Polskę: „Jednocześnie z wizytą prezydenta udaje się także minister obrony narodowej, który będzie prowadził swoje rozmowy, i zakładamy, że ich efektem będzie podpisanie listu intencyjnego na zakup fregat rakietowych typu Adelaide, które mają wzmocnić polską Marynarkę Wojenną”.

Pytany w poniedziałek o adelajdy przez dziennikarzy Szczerski mówił już tylko, że „negocjacje dotyczące konkretnych zakupów prowadzi rząd, prowadzi Ministerstwo Obrony Narodowej. Ministrowie dzisiaj potwierdzili, że kanały komunikacji powinny być otwarte”. A zatem obóz prezydencki, który był inicjatorem pomysłu pozyskania adelajd i zdołał przekonać do tego MON, teraz odbija piłeczkę i wskazuje winnych po stronie ministerstwa. Minister Błaszczak tymczasem nabiera wody w usta i nie mówi nic. Nieoficjalnie słychać, że bardzo się przejął politycznym ciosem z najmniej spodziewanej strony i teraz będzie jeszcze ostrożniejszy w deklarowaniu czegokolwiek. Tym bardziej w porozumieniu z prezydentem.

Czytaj także: Czego przez dwa lata nie kupił MON Macierewicza?

Pytania do delegacji

Odległość, różnica czasu i niewielka liczba dziennikarzy bezpośrednio relacjonujących wizytę na antypodach utrudniają dostęp do pierwszoplanowych bohaterów dramatu, który rozegrał się wokół adelajd. Gdy powrócą, przyjdzie czas na bardziej i mniej oficjalne relacje – o tym, co działo się przed wylotem, w jaki sposób prezydent dowiedział się o blokadzie porozumienia i wreszcie jak zareagowali na to Australijczycy.

Najważniejsza odpowiedź, na którą cały czas czekamy, dotyczy jednak spraw krajowych – co, jeśli nie adelajdy? Czy Polska w ogóle rezygnuje z tej klasy okrętów, czy chce je mieć – tylko później – i czy zleci budowę podobnych lub mniejszych okrętów wojennych w polskich stoczniach? Są niestety obawy, że takich konkretów nie będzie – a wstrzymanie projektu używanych fregat oznaczać będzie tylko kolejne lata analiz i redefinicji potrzeb, tak jakby Polska była jakimś wyjątkiem na morskiej mapie NATO i Bałtyku.

Fregaty posiadają i sąsiednie – owszem, dużo większe i bogatsze – Niemcy. Posiada je też mniejsza, ale bardzo ambitna sojuszniczo (i posiadająca interesy w Arktyce) Dania. Zakup wielozadaniowych okrętów, mniejszych niż fregaty, ale uzbrojonych w systemy walki nawodnej, podwodnej i powietrznej, planuje Finlandia. Fregat nie posiada i nie planuje Szwecja, inwestująca w nowe okręty podwodne i mniejsze, supernowoczesne korwety. Norwegia to na morzu zupełnie inna liga, ma pięć nowoczesnych fregat w służbie. Im dalej na zachód i im głębiej europejski półwysep wcina się w Atlantyk, tym lepiej pod względem dużych, wielozadaniowych okrętów. Narody z dostępem do oceanu wiedzą, że nie ma z nim żartów i lepiej mieć okręty duże, pewne, dobrze uzbrojone.

Czytaj także: Ludziom Mariusza Błaszczaka brakuje kompetencji

Co dalej z fregatami?

Ale przecież i Polska ma dwie fregaty – obecnie 40-letnie OPRP Kościuszko i ORP Pułaski – podarowane na początku XXI w. przez USA (wtedy narzekań, że stare i z drugiej ręki, było mniej) i dobiegające kresu swojej służby. Kiedy podnoszono na nich polską banderę, planowano ich wycofanie w 2015 r.! Zgodnie z planem modernizacji armii Polska miała zrezygnować z tak dużych jednostek na rzecz mniejszych – trzech korwet obrony wybrzeża Miecznik i trzech patrolowców Czapla. Bojową flotę nawodną miał uzupełniać patrolowiec Ślązak.

Za czasów ministra Antoniego Macierewicza plany budowy okrętów nawodnych musiały ustąpić pod presją zakupu okrętów podwodnych i generalnego odejścia od planu modernizacji przyjętego przez politycznych poprzedników. Budowa Ślązaka też się ślimaczyła. W efekcie, przy braku nadziei na nowe okręty, dowództwo generalne przedłużyło eksploatację fregat z USA aż o 9 lat – do 2024 r. Pułaski został przy tym nieco zmodernizowany, Kościuszko trafić ma do doku jeszcze w tym roku. Ale doraźne remonty i wymiana zużytych podzespołów nie są modernizacją na skalę, jaką przeszły australijskie adelajdy – przede wszystkim nie mają porównywalnego z nimi uzbrojenia rakietowego. Po wstrzymaniu zakupu tych ostatnich polska marynarka wojenna pozostanie na kolejne lata z okrętami nie tylko przestarzałymi, ale słabo uzbrojonymi, a w dodatku bez perspektywy ich wymiany.

Czytaj także: Fatalny stan polskich okrętów

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Po co nam dzisiaj harcerze

Harcerstwo jest dziś naprawdę potrzebne dzieciakom. Pytanie, czy zda test na orientację. W czasie, przestrzeni i polityce.

Martyna Bunda
15.09.2019
Reklama