Kraj

Jak PiS udaje miłość do Unii

Mateusz Morawiecki Mateusz Morawiecki Krystian Maj / Kancelaria Prezesa RM
Przedwyborcza miłość PiS do Unii jest w polskiej polityce zjawiskiem stałym i powtarzalnym. Nie dajmy się nabrać.

Regularnie co kilka lat, przed każdymi ważniejszymi wyborami, politycy Prawa i Sprawiedliwości emanują euroentuzjazmem i uwielbieniem dla unijnych wartości. Nie inaczej rysuje się sytuacja przed startem kampanii poprzedzających majowe eurowybory i jesienne wybory do Sejmu. Pierwsze symptomy prounijnego ocieplenia można było zauważyć niecały miesiąc temu. W trakcie grudniowej konwencji PiS w Szeligach premier Mateusz Morawiecki przekonywał słuchaczy o tym, że Polska jest bijącym sercem Europy. W następnych dniach działacze Zjednoczonej Prawicy powielali ten przekaz w mediach o najróżniejszym zabarwieniu ideologicznym.

Rafał Kalukin: To będzie najważniejszy rok w dziejach III RP

Euroentuzjazm PiS. Regularny, niewiarygodny

Przedwyborcza miłość PiS do Unii jest w polskiej polityce zjawiskiem stałym i powtarzalnym. Ostatnio euroentuzjazm polityków partii rządzącej dał o sobie znać przed wyborami parlamentarnymi w 2015 r. Andrzej Duda niedługo po objęciu urzędu udał się do Berlina, gdzie zapewniał o zamiarach budowy silnej Unii w oparciu o partnerstwo z niemieckim rządem. Jeszcze kilka lat wcześniej prezes PiS w internetowych spotach przekonywał o zaletach wspólnoty, a prezydent Lech Kaczyński w trakcie sprawowania urzędu wychwalał korzyści płynące z ratyfikacji traktatu z Lizbony.

Euroentuzjazm PiS jest jednak tak regularny, jak niewiarygodny. Prounijne wypowiedzi polityków partii przeplatają się bowiem z mniej lub bardziej poważnymi manifestacjami obrzydzenia wspólnotą. Zaledwie dwa tygodnie po konwencji w Szeligach premier zaprosił do rządu nacjonalistę, eurosceptyka i byłego lidera Młodzieży Wszechpolskiej Adama Andruszkiewicza. Z kolei najnowszym przykładem antyunijnego nastawienia partii rządzącej było spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z szefem włoskich eurosceptyków Matteo Salvinim. Włoch przedstawił propozycję stworzenia wspólnego bloku w europarlamencie po majowych wyborach – w nowym ugrupowaniu znalazłyby się też m.in. francuska i holenderska skrajna prawica Marine Le Pen i Geerta Wildersa. Nawet jeśli Prawo i Sprawiedliwość ostatecznie nie dołączy do nowego frontu eurosceptyków, to samo rozważanie takiego scenariusza przez prezesa PiS obnaża prawdziwą wizję partii wobec Unii.

Od traktatu lizbońskiego po usuwanie unijnych flag

Zresztą podobnych dysonansów w polityce europejskiej PiS można wymieniać na pęczki. Już w referendum akcesyjnym z 2003 r. Kaczyński bardzo długo rozważał, czy poprzeć unijne członkostwo. Ostatecznie Prawo i Sprawiedliwość kampaniowało na rzecz wejścia do wspólnoty, ale już po wyborach do PE w 2004 r. pierwsi europosłowie PiS dołączyli do frakcji eurosceptyków – zasiedli w niej wspólnie z włoskimi neofaszystami oraz ówczesnymi ugrupowaniami Le Pen i Salviniego. Kilka lat później prezydent Kaczyński odmawiał podpisania traktatu z Lizbony do czasu, aż ratyfikują go pozostałe kraje Unii. W trakcie negocjacji dokumentu wielokrotnie podważał sens jego powstania, co doprowadziło do osamotnienia Polski w UE i konfliktu z większością państw członkowskich.

Wydarzenia od wyborów parlamentarnych w 2015 r. tylko podkreślają konsekwentną antyunijną ideologię partii rządzącej. Eurosceptycyzm PiS objawia się zarówno w sferze symbolicznej, jak i formalnej. Partia Jarosława Kaczyńskiego nie miała problemów ze zbijaniem kapitału politycznego na atakowaniu Unii za kryzys migracyjny, a jedną z pierwszych decyzji premier Beaty Szydło było usunięcie unijnych flag z sali konferencyjnej w KPRM. W kolejnych latach konflikt pogłębiał się za sprawą łamania unijnych dyrektyw (m.in. wycinka w Puszczy Białowieskiej) i prób przeprowadzania niekonstytucyjnych zmian w wymiarze sądownictwa. PiS nie przestraszyły groźby unijnych sankcji polegających na zawieszeniu głosu Polski w Radzie. Do wycofania się z części zmian partię przekonała dopiero realna groźba nałożenia na rząd kar finansowych. Karne przesyłanie pieniędzy do Unii byłoby bowiem trudne do wytłumaczenia elektoratowi.

Mniej unijnych środków, mniejsze poparcie dla wspólnoty?

Tak naprawdę jedynym silnem ogniwem prounijnego stanowiska PiS jest niesłabnące poparcie dla UE wśród wyborców. Członkostwo we wspólnocie popiera niemal dziewięciu na dziesięciu Polaków, więc otwarte opowiedzenie się za polexitem byłoby dla partii Kaczyńskiego politycznym samobójstwem. Pytanie, jak na krajowy euroentuzjazm wpłynie wejście w życie nowego unijnego budżetu w 2021 r. Polska w kolejnej perspektywie finansowej dostanie znacznie mniej unijnych środków, co może przełożyć się na spadek poparcia społeczeństwa dla UE. To z kolei niemal na pewno przekonałoby polityków PiS do zdjęcia maski euroentuzjastów.

Czytaj także: Jakiej Europy chcą Polacy? Sondaż POLITYKI

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czy internet pomaga w zakochaniu się i utrzymaniu związku?

Czy sieć ułatwia ludziom miłość?

Aleksandra Żelazińska
09.02.2016
Reklama