Kraj

Premier rzucony na Katowice

Mateusz Morawiecki na Jasnej Górze Mateusz Morawiecki na Jasnej Górze Kancelaria Prezesa RM
Premier jest największym kalibrem wśród spadochroniarzy w tych wyborach, choć wszystkie posunięcia PiS przenika wszechobecna strategia prezesa: najlepsze kąski zrzuca na okręgi, w których wynik może podlegać wahaniom. Śląsk jest w tej koncepcji najważniejszym poligonem doświadczalnym. Ale nie będzie to ofensywa łatwa.

Niby wielkiej niespodzianki nie ma, choć „jedynka” na katowickiej liście w okręgu 31. ważyła się od paru tygodni. Dla Mateusza Morawieckiego szykowano ją też w Kielcach i szale były wyrównane. Za Kielcami, prócz wdzięcznego elektoratu, przemawiał dodatkowo fakt, że rok wcześniej premier zagościł w nieodległym miasteczku Morawica, skąd wywodzi się ród Morawieckich (Morawickich) herbu Jelita, z sentymentalną wizytą. Teraz, mając na uwadze dobro sprawy, zapowiedział nawet swój udział w patriotycznym niedzielnym pikniku w tokarskim Parku Etnograficznym, by pełną parą puścić w ruch świętokrzyską lokomotywę wyborczą.

Niestety, w przeddzień zdarzenia Jarosław Kaczyński wskazał premierowi Katowice. Prezesowi się nie odmawia. Toteż premier, w otoczeniu fanów ojca dyrektora, udał się do Częstochowy pod opiekuńcze skrzydła Czarnej Panienki, wciąż mając na uwadze dobro sprawy.

„Lepiej być w Katowicach niż w Brukseli”

W temacie „jedynki” już wcześniej było wiadomo, że nie będzie to Warszawa, bo wybory samorządowe obnażyły stołeczne sympatie. Premier na jednej liście z prezesem zostałby, rzecz jasna, posłem jak anioł w pacierzu, ale odebrałby mu sporo głosów albo nawet dostał więcej. Ciemny stołeczny lud mógłby tego nie kupić i jeszcze, nie daj Boże, potraktować jako porażkę wizerunkową prezesa Kaczyńskiego.

Naturalny byłby rodzinny Wrocław, ale sondaże wewnątrzpartyjne miały pokazać, że „na głosy” wyraźnie mógłby przegrać z jedynką Koalicji Obywatelskiej. Tu też wizerunek zostałby nadszarpnięty. Z niewiadomych powodów wrocławski elektorat nie jest fanatycznie zapatrzony w dobrą zmianę. Do tego premier musiałby się zderzyć z niewygodnymi pytaniami, które krążą nad Odrą od jakiegoś czasu – chodzi o okazyjny zakup ziemi od Kościoła.

Chociaż w sprawie Katowic coś już było na rzeczy podczas kongresu PiS sprzed tygodnia, na którym premier rzekł: „Lepiej być w Katowicach niż w Brukseli. Tu jest więcej przyjaciół, a śląski żurek jest lepszy niż belgijskie frytki”.

„Piyknie pedzioł, piyknie” – rozczulali się rdzenni Ślązacy, nie mylić z ukrytą opcją niemiecką. Nie brakowało jednak pytań prowokacyjnych ze strony tych, którym notorycznie nic się nie podoba: a taki „ptok” to co ma z Katowicami wspólnego? My tu mamy swoich*.

Czytaj także: Z czego się cieszy premier Morawiecki?

„Dobra zmiana” na Śląsku

Parę dni po katowickim kongresie zawrzało. W minionym listopadzie nieopodal kościoła pw. Podwyższenia Krzyża Świętego i Matki Bożej Uzdrowienia Chorych na rozległym Osiedlu Tysiąclecia uroczyście i z wielką pompą zasadzono sto dębów dla uczczenia stulecia niepodległości. I co się okazało? Wszystkie szlag trafił – uschły, zanim zdążyły być mocarne. Miejscowi działacze partyjni dziękują Opatrzności, że nikomu nie przyszło do głowy chwalić się patriotycznymi dębami przed katowickimi kongresmenami bez zbadania owego drzewostanu.

Byłoby też głupio, gdyby śląski lud kojarzył dramat dębów z sienkiewiczowskim „Ogniem i mieczem”: „Rok 1647 to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia...”.

Że niby jest jakaś zbieżność? Jedyna nadzieja w tym, że Polacy czytają mało. Jednak tych dziwnych znaków jest więcej. W tym samym czasie, kiedy okazało się, że dęby padły, Chorzów i Sosnowiec nawiedził prezydent Andrzej Duda, aby świętować kolejną rocznicę powstań śląskich. Jest patronem narodowych obchodów Roku Powstań Śląskich, więc powinien być witany z honorami i entuzjazmem, chlebem i solą.

Nic z tego. O całym evencie władze samorządowe tych miast dowiedziały się z portali społecznościowych. Post factum. Dobrze, że nie zdarzyło się to jakiejś koronowanej głowie, która zechciałaby stanąć przed wiekami w Zamościu Zamoyskich. Ktoś poszedłby siedzieć. I mógłby nigdy nie wyjść.

Wybaczcie, że wracam do dębów, ale przypomniała mi się pewna lipa. Nie ta czarnoleska – właściwie lipa kosmiczna, posadzona w latach 70. w Parku Śląskim przez naszego kosmonautę wespół z radzieckimi towarzyszami. Lipa przyjaźni (tylko bez skojarzeń) szumi do dziś, a pod jej liściem każdy gość może siąść i odpocząć. Cień podejrzeń z sprawie Dębów Niepodległości pada cichcem na ową ukrytą opcję niemiecką, która nie mogła znieść wizji polskich drzew na swoim byłym terytorium. Susza – owszem, może i maczała w tym procederze palce, ale żeby wszystkie poszły? Klimatyczni mądrale stawiają na pogodowy kryzys, związaną z nim suszę i brak opieki nad niedoszłym patriotycznym lasem. Klimatyczni sceptycy pukają się w czoło – jaki kryzys! Jest lato – to jest ciepło i tyle. Te dęby to spisek. Totalny spisek. To robota Tuska. Kończy mu się kadencja, to kombinuje. W każdym razie służby muszą to wyjaśnić. Nasze służby, rzecz jasna, a nie te w, za przeproszeniem, Brukseli.

Czytaj także: I śmieszno, i straszno z rządem PiS

Czy Śląsk zostanie bastionem PiS?

Na razie, żeby pokazać, jak Śląsk jest dla rządu ważny, parada z okazji Święta Wojska Polskiego odbędzie się po raz pierwszy w Katowicach, oczywiście 15 sierpnia. Tu pokażemy całą naszą potęgę. I znowu to premier Morawiecki był jednym z inicjatorów tej patriotycznej nobilitacji śląskiego haimatu. Od lat wszak panuje w polityce przekonanie, że kto wygra na Śląsku, ten rozbije bank. Mój sąsiad, dobiegający setki, a więc z lekko szwankującym słuchem Ślązak z dziada pradziada, na wieść o paradzie niemieckich leopardów szczerze się ucieszył: – Bo jo, za bajtla, robiłech przy „tygrysach” i „panterach”.

Zanim prezes wskazał premiera, faworytką w Katowicach była Bożena Borys-Szopa, świeża pani minister rodziny, pracy i polityki społecznej. W rezultacie obsadziła „jedynkę” w Gliwicach. PiS potraktował Katowice jako bramę do pozostałych pięciu okręgów wyborczych woj. śląskiego. Po nocnych rozważaniach prezes uznał, że Szopa nie może być jej odźwierną, bo może nie poradzić. Wprawdzie w poprzednich wyborach parlamentarnych PiS procentowo wygrał 37,6 do 24,1, ale nie zbudował na Śląsku swojego bastionu. W wyborach samorządowych był remis i trzeba było podkupić radnego Wojciecha Kałużę z Koalicji Obywatelskiej, żeby zdobyć władzę w sejmiku. Wybory europejskie przyniosły wynik 43,27 do 40,22 proc. dla PiS.

Czy Mateusz Mazowiecki bardziej zdecydowanie przechyli szalę na rzecz PiS na nieznanym sobie wyborczym terenie? Misja brzemienna w przyszłe skutki, bowiem obarczona nakazem prezesa: zdobyć większość konstytucyjną!

Czytaj także: PiS teraz rządzi Śląskiem?

Morawiecki spadochroniarz

Do tego nie wystarczy bazowy elektorat, dozgonnie wdzięczny za 500 plus i emerytalne „trzynastki”. Duże miasta nie dadzą Kaczyńskiemu wyraźnego zwycięstwa, ale na Śląsku historycznym i w jego okolicy jest od groma średnich i małych miast, które wcześniej do wyborów podchodziły z dystansem. Województwo jest duże i PiS ma tu potencjał, żeby osiągnąć rekordowy wynik.

Swoje mogą też zrobić przedwyborcze obietnice nadania specjalnego statusu byłym miastom wojewódzkim – Częstochowie i Bielsku-Białej, które czują się krzywdzone przez Katowice. Wszystko to po zwycięskich wyborach, rzecz jasna.

Według rządowego CBOS premier prowadzi w rankingu zaufania wśród politycznych liderów. Chodzi o to, żeby Ślązacy wzięli jego twarz za swoją. A twarz premiera jest wdzięcznym obiektem przekazu medialnego, co wykazał pewien spot filmowy, od którego Morawiecki publicznie i nad wyraz skromnie się odcinał. Premier jest największym kalibrem wśród spadochroniarzy w tych wyborach, choć wszystkie posunięcia przenika wszechobecna strategia prezesa: najlepsze kąski zrzuca na okręgi, w których wynik może podlegać wahaniom. Śląsk jest w tej koncepcji najważniejszym poligonem doświadczalnym.

Czytaj także: PiS jest chytry, oto dowody. Na pewno chcecie, żeby rządził dalej?

Jaki plan ma PiS dla Śląska?

Nie będzie to ofensywa łatwa, bo wiele obietnic dla Śląska sprzed czterech lat okazało się pisanymi palcem po wodzie. Kuleje górnictwo, które miało czarnym gigantem odrodzić się z ruin i zgliszcz rządów PO-PSL. 20 mln ton węgla, importowanego minionego roku w znakomitej większości z Rosji, mówi samo za siebie. To równowartość czterech–pięciu dużych kopalń z ponad 20 tys. miejsc pracy. W roku wyborczym ten rekord pewnie zostanie pobity, bo Polska Grupa Górnicza, największy producent węgla, przędzie cieniuteńko.

Ale złotousty premier podczas każdego pobytu na Śląsku powtarza z przyrodzoną we własne słowa wiarą: „Zachowaliśmy górnictwo, perłę polskiego przemysłu”.

A przyjeżdża coraz częściej. Przyjdzie mu powracać do tego tematu. Jest szlachetny, więc nie będzie zwalał winy na Beatę Szydło. Tym bardziej że nowa europejska posłanka ma, póki co, sporo niefartu. Takich kłód pod nogami premier będzie musiał pokonać więcej, jak choćby planowany Międzynarodowy Węzeł Kolejowy, który ma obsługiwać Śląsk, ale powstanie pod małopolskim Olkuszem. Wiadomo już, że regionaliści będą zadawać swoje pytania o uznanie śląskiej godki za język regionalny, a Ślązaków – przynajmniej za mniejszość etniczną.

A samorządowcy z uporem maniaka przypomną 40 mln, które rząd wyprowadził z budżetu naszego województwa. „Klimatyczni” będą opowiadać o zatrutym powietrzu i smogu...

Czytaj także: Województwo śląsko-małopolskie? Jestem za, a nawet przeciw

Śląsk, test dla Morawieckiego

Opozycja się skrzykuje i nie ma jeszcze pomysłu na Morawieckiego w Katowicach. Na chwilę przed decyzją prezesa Wojciech Saługa, lider PO w regionie i „jedynka” Koalicji Obywatelskiej w Sosnowcu, mówił „Dziennikowi Zachodniemu”: „Jeśli Morawiecki wystartuje z Katowic, to będzie świadczyć o bardzo krótkiej ławce PiS. Będzie spadochroniarzem, ale jako urzędujący premier ma w swoich rękach rządowe media i może sypnąć kolejnymi obietnicami”.

To wszystko może się okazać za mało. Na Śląsku jest bowiem tyle problemów nierozwiązanych, choć obiecywanych, że można nimi żonglować do woli. Zobaczymy.

Dr Tomasz Słupik, politolog z Uniwersytetu Śląskiego, uważa, że Morawiecki na Śląsku to przykład typowej wodzowskiej polityki prezesa. Że ta „jedynka” to test, który Kaczyński robi Morawieckiemu: – Wystawia go w Katowicach, gdzie wynik nie będzie zły, ale może nie być na tyle wysoki, jak się oczekuje. Może nie być rewelacyjny. Prezes stosuje taktykę przerzucania kandydatów z regionu do regionu, żeby pokazać im, kto tu rządzi.

Qui vivra verra. I Czarna Panienka, której pokłonią się w stosownym czasie ci, którym będzie sprzyjać. Jej polityka jest nieodgadniona, a mimo przewidywanych prognoz – nic nie jest przesądzone.

Czytaj także: Sukces i nokaut. Kilka pytań do niezdecydowanych wyborców

* „Ptok” to przybysz spoza Śląska (miejscowy to „krzok”), można by powiedzieć: „gorol”.

Reklama

Czytaj także

Współczesny

Po co właściwie żyjemy? Jaki jest sens życia?

Cóż bardziej jałowego niż pytanie o sens życia? Brzmi patetycznie, a nawet infantylnie. Dorośli unikają takiej frazeologii, jedynie młodzież czasami na nią się jeszcze nabiera. Tylko właściwie dlaczego pytanie o sens życia wzbudza zażenowanie?

Jan Hartman
25.09.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną