Kraj

800 plus, czyli jak nas wybierzecie, to wam zapłacimy

Premier Mateusz Morawiecki w Otwocku, 15 maja 2023 r. Premier Mateusz Morawiecki w Otwocku, 15 maja 2023 r. Kancelaria Prezesa RM
Jeszcze rok temu prezes PiS mówił tak: „700 plus to posunięcie proinflacyjne. Ale to nie oznacza, że zaniechamy pomocy dla rodzin. Trzeba najpierw zdusić inflację”. Cóż, jak mawiał Lec, łatwiej kręcić katarynkę niż melodię.

Alexis de Tocqueville, francuski myśliciel polityczny, autor słynnej książki „O demokracji w Ameryce” (1835–40; wyd. polskie 1976), napisał: „Demokracja skończy się wtedy, kiedy rząd zauważy, że może przekupić ludzi za ich własne pieniądze”. Wielokrotnie cytowałem ten fragment w moich felietonach, ale nigdy nie było lepszego kontekstu niż zapowiedź waloryzacji świadczenia 500 plus do 800 plus.

Pan Morawiecki tak to skomentował: „Jest jeden warunek, aby to realizować – to kontynuacja rządów PiS, najbardziej prorodzinnego obozu politycznego w historii III Rzeczpospolitej, i wierzę, że to zostanie dostrzeżone”. To wyjątkowo szczere wyznanie, że jeśli nas wybierzecie, to za to zapłacimy.

Żeby rzecz wyglądała bardziej wzniośle, premier wyjawił: „Dokonaliśmy w polityce rodzinnej rewolucji kopernikańskiej. Ten przewrót kopernikański będziemy kontynuować”. To ładnie brzmi z uwagi na trwający Rok Kopernikański (wypada 550. rocznica urodzin wielkiego astronoma). Mamy też jego godnego następcę, mianowicie p. Glapińskiego, najlepszego (jak sam twierdzi) z prezesów banków centralnych na naszej planecie, a może i w całym kosmosie, twórcę odwróconego prawa Greshama-Kopernika. Wersja oryginalna stwierdzała, że pieniądz gorszy (np. monety z brązu) wypiera pieniądz lepszy (np. monety ze złota), natomiast prawo Glapińskiego głosi, że pieniądz lepszy (np. złoty) wypiera pieniądz gorszy (np. euro). Zapewne zostanie ono wykorzystane do pokrycia waloryzacji 500 plus (24 mld), bo uzasadnia np. drukowanie pieniędzy (im więcej złotówek, tym mniej euro, a więc wszystko gra).

Nie obyło się przy tym bez prodemokratycznego uzasadnienia. Najtrafniej rzecz ujął p. Soboń, zasłużony wędrowiec po rządowych stanowiskach. Gdy został zapytany, czy nie lepiej byłoby wprowadzić jakieś kryterium dochodowe przy przyznawaniu 500 plus, odpowiedział (tj. przysobonił): „nie odbierze się najbogatszym, bo to program powszechny, jestem zwolennikiem szerokiego wachlarza”.

I tak wygląda dobrozmienna demokracja w działaniu. Niech wszyscy się bogacą, ale bogaci, zwłaszcza „my”, bardziej. To znakomicie uzasadnia wachlarz tak szeroki, że obejmuje willowanie plus, np. zakup drogich działek po cenach preferencyjnych, kolekcjonowanie obligacji skarbowych przez państwowych notabli, lewy etat dla rodziny itd. De Tocqueville miałby wyjątkowo obszerny materiał dla swych uwag o końcu demokracji, gdyby żył w obecnej Polsce.

Czytaj też: Czy to ta wyczekiwana przez strategów PiS cudowna broń?

Kasa z pisowskiego ula

Początkowo zatytułowałem niniejszy felieton taką formułą: „Bańki mydlane z dobrozmiennego ula”. PiS wybrał sobie warszawskie hale produkcyjne telewizji Polsat, stacji, której programy informacyjne coraz częściej przypominają TVP(Dez)Info, na przedwyborczą pasiekę. W samej rzeczy dni 13–14 maja miały stanowić „weekend ważnych rozmów – ul programowy Prawa i Sprawiedliwości”. Jak to ujął p. Poręba, europoseł i szef sztabu wyborczego PiS: „po wielu miesiącach spotkań i dyskusji z Polakami PiS robi kolejny programowy krok. (...) Nazwa konwencji, czyli Programowy UL Prawa i Sprawiedliwości, nie jest przypadkowa. Z badań socjologicznych wynika, że jedną z głównych zalet PiS w oczach Polaków jest pracowitość. Sądzi tak również wielu wyborców opozycji. Dlatego w najbliższy weekend czeka nas intensywna praca w Ulu”.

Nie wiem, na jakie sondaże powołuje się p. Poręba, ale nie mam wątpliwości, że PiS ciężko pracuje. W Ulu (z trzech pisowni, mianowicie ul, Ul i UL, wybieram tę środkową, niewątpliwie kompromisową) pojawił się p. Sławomir Szmal, były bramkarz reprezentacji Polski w piłce ręcznej, czyli szczypiorniaku. Być może jego nazwisko symbolizuje wyjątkowo ciężką pracę dobrozmieńców w zakresie willowania plus, np. (uzupełniając wcześniej podane przykłady) w związku z urządzaniem apartamentu p. Jojo Brudzińskiego w Warszawie. Już kilka lat temu akronim PiS był dekodowany jako „Pycha i Szmal”. Wygląda na to, że drugi człon tej nazwy znalazł symboliczny wyraz w postaci szczypiornisty w Ulu, mającego pomóc w produkcji programowego miodu pod przewodnictwem Jego Ekscelencji.

Samo wydarzenie zyskało rangę wyjątkowego, o czym świadczy liczna ochrona towarzysząca p. Kaczyńskiemu i spore siły policyjne czające się w pobliskim (w stosunku do pasieki) zagajniku. Słusznie, bo licho nie śpi i najwyższa czujność jest pożądana, gdy rozmaite obiekty peregrynują nad polską przestrzeń powietrzną i nie zawsze znajdzie się kobieta identyfikująca upadłe rakiety w czasie przejażdżki konnej. Tak czy inaczej, zabezpieczenie pracy w programowym Ulu musiało kosztować sporo szmalu, ale na godziwe cele nie warto skąpić. W przeciwieństwie np. do wydatków na zarobki w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN.

Jak Kaczyński naprawił demokrację

Programowe konwencje wyborcze partii politycznych są po to, aby przekonać społeczeństwo do głosowania na dane stronnictwo. W czasach PRL nie było z tym problemu z powodu braku wyborów na rzecz głosowania, w których przewodnia siła narodu uzyskiwała ok. 95 proc. poparcia. Niemniej nawet wtedy dbano o pozory, że partia sprawująca kierowniczą rolę chce przekonać obywateli do głosowania na nią. Trąbiono więc o dotychczasowych sukcesach (zwłaszcza w porównaniu z okresem międzywojennym), przewagach wobec Zachodu, symbolizowanym przez niemiecki rewizjonizm, i roztaczano wizję przyszłej szczęśliwości, o ile tylko dotychczasowa linia (władza) będzie kontynuowana.

Stałym elementem propagandowym rozmaitych politycznych konwentykli czasów słusznie minionych były opowiadania o wzmacnianiu demokracji socjalistycznej i obronie suwerenności.

Pół wieku później Prezes the Best opowiada: „My doprowadziliśmy, użyję tutaj słów łagodnych, do naprawy naszej demokracji, bo demokracja to rządy narodu, obywateli, kiedyś zawsze używało się określenia »rządy ludu«. Otóż ich istotą jest wyłanianie władzy w procesie wyborczym, który ma charakter konkurencyjny, przy czym to jest konkurencja wolna, tzn. poza pewnymi marginesami wszyscy mają prawo w tym uczestniczyć, mówię tu zarówno o obywatelach, jak i organizacjach, na ogół są to partie polityczne”.

Narzędzia tej naprawy w postaci Pegasusa, inwigilacji w hotelach czy ograniczania praw wyborczych tam, gdzie tzw. dobrej zmianie nie wiedzie się najlepiej, są widocznym znakiem, że p. Kaczyński użył łagodnych słów w swoim gaworzeniu o naprawie demokracji.

Komu Morawiecki bije brawo

Najważniejsze w propagandzie przedwyborczej są sprawy ekonomiczne. W czasach gierkowskich symbolem rozwoju Polski była Huta Katowice. Gdy Gierek otwierał kolejny Zjazd PZPR (to było wydarzenie ważniejsze niż jakaś tam konwencja przedwyborcza, ale też nakierowane na uzasadnienie sukcesu przy głosowaniu), stało się to w dniu, gdy można było z dumą zakomunikować, że ruszył pierwszy wielki piec w rzeczonej inwestycji.

Waloryzację 500 plus zapowiedział Jego Ekscelencja, bo któż mógłby to lepiej uczynić, ale dalsze hasła typu „aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej” zostały zgłoszone przez p. Morawieckiego. Oto jego projekt: (1) mniejszy ZUS dla małych firm; (2) obniżka CIT dla małych i średnich firm do 9 proc.; (3) wyprawka w wysokości 300 zł dla uczniów; (4) 23 mld zł na program dla seniorów Dostępność plus; (5) 5 mld zł na stworzenie nowego funduszu dróg lokalnych.

Pan Duda, inny plenipotent Prezesa the Best, dodał do tego postulat (6) – zapewnienie pomocy niepełnosprawnym, i tak sprawę skonkludował: „będzie »szóstka Morawieckiego«, która zostanie z powodzeniem zrealizowana dla dobra Rzeczypospolitej, dla polskiego społeczeństwa, dla nas wszystkich”. Godne uwagi jest to, że p. Morawiecki nagle stał się bohaterem tzw. dobrej zmiany. Sam p. Kaczyński wołał w Ulu, że imię Mateusz od razu kojarzy się z realizacją programu PiS, i stwierdził: „ktoś, kogo los nie oszczędzał w ostatnich latach: premier na trudny czas – Mateusz Morawiecki. (...) Kolejny polityk jednoczący Polskę pod biało-czerwonym sztandarem”.

Wprawdzie p. Mateusz (na razie nie „Mateusz, Mateusz i jeszcze raz Mateusz”; ta formuła jest obecnie zarezerwowana dla p. Antoniego) był w Belinie w trakcie pierwszego dnia Ula. Ale gdyby nie to, „na pewno siedziałby w pierwszym rzędzie i bił brawo. Oczywiście państwu. Nie mnie”. Pan Prezes raczył żartować. To jasne, że p. Mateusz biłby brawo Jego Ekscelencji, po prawdzie także i sobie, skoro państwo to „my”.

Czytaj też: Wybory z papieżem? Ale heca

Wyrwać Polaków, Unię przegonić

Pomijając ceremonialne detale, Prezes the Best znalazł to, o czym zapewniał Gierek, mianowicie że PiS naprawił demokrację i skutecznie walczy z biedą. To pierwsze było równie zdawkowe („przywróciliśmy sens demokracji”), jak naprawa demokracji socjalistycznej, ale drugie (równoważne trosce o sprawy gospodarcze) dominowało w oracji Jego Ekscelencji. I tak: „Musimy stworzyć tutaj podstawy do wielkiego inwestowania. Stąd ta propozycja, by powstała jedna, wielka strefa ekonomiczna dla inwestycji zagranicznych. Żeby cała Polska była taką strefą. (...) Chcemy iść w dalszym ciągu tą samą drogą szybkiego rozwoju, doganiania najbogatszych państw UE, budowania dobrobytu na poziomie tego, który został osiągnięty w tych zamożnych państwach. (...) Musimy przede wszystkim doprowadzić do tego, żeby nasza gospodarka zaczęła się bardziej niż dotychczas rozwijać w oparciu o postęp technologiczny. Postęp, który przynosi dzisiejsza niezwykle rozwinięta technika. Ta technika jest dziś w Polsce. Bo mamy tutaj wiele osiągnięć i musimy do nich sięgać”.

Pan Mateusz temu basował: „Chcemy dogonić, a nawet przegonić najlepszych. Przegoniliśmy już pod względem zarobków Portugalię i Grecję. Gonimy Hiszpanię i Francję. A przegonimy także Niemcy – szybciej, niż się komentatorom wydaje”.

Te oświadczenia dorównują niegdysiejszej propagandzie sukcesu. Nic dziwnego, że dobrozmienna TVP niemal bez przerwy popularyzowała te zapowiedzi, aranżując rozmowy ze strażakami, rolnikami, robotnikami, samorządowcami, studentami itd., którzy (które) solennie zapewniali(ły), że nigdy im nie było tak dobrze jak w okresie ośmiu lat tzw. dobrej zmiany.

Prezes the Best jasno określił strategię: „Z tym naszym przekazem musimy dotrzeć do milionów Polaków, bo naprawdę istnieje w naszym kraju ta rzeczywistość urojona, już powiem wprost, TVN-owska. Ze sfery tej rzeczywistości niektórzy ludzie przeżywają, jakby była rzeczywistością naprawdę. Musimy jeszcze wielu Polaków wyrwać, wtedy nasze zwycięstwo będzie naprawdę zdecydowane i pójdziemy do przodu”. Podobnie mówiono o „urojeniach” audycji emitowanych w Radiu Wolna Europa i wyrwaniu mas pracujących miast i wsi ze szponów imperialistycznej propagandy.

Czytaj też: Dlaczego afery, skandale i przekręty nie szkodzą PiS

Będzie drugi Budapeszt

A jak to było z waloryzacją 500 plus jeszcze parę miesięcy temu? Gdy p. Petru przypuścił, że PiS użyje tej karty w propagandzie przedwyborczej, p. Maląg, ministerka rodziny i polityki społecznej, wyjaśniła: „Nie pracujemy nad waloryzacją 500 plus. Ryszard Petru wie lepiej, co planuje PiS? Dla nas liczy się kompleksowe wsparcie dla rodzin. Na ten moment nie pracujemy nad zmianami”.

Ciekawe, że p. Petru, bytujący gdzieś na marginesach polityki, jednak wiedział lepiej, co planuje PiS, od czołowej dobrozmiennej aktywistki od polityki społecznej.

Jest jednak coś na usprawiedliwienie p. Marlenki, mianowicie stanowisko Jego Ekscelencji z czerwca 2022 r. Gadał wtedy tak: „700 plus to właśnie posunięcie proinflacyjne. Nie sądzę, żeby było. Ale to nie oznacza, że my zaniechamy pomocy dla rodzin. Trzeba najpierw zdusić inflację”.

Inflacja nie została zduszona, ciągle jest jedną z najwyższych w Europie i efektywnie gonimy Węgry, co chyba oznacza, że w Warszawie rychło będziemy mieli Budapeszt, co od dawna stanowi marzenie p. Kaczyńskiego. Wszelako Jego Ekscelencja zmienił zdanie w sprawie waloryzacji i teraz 800 plus (i inne słodkości z dobrozmiennego Ula) już, jego zdaniem (i wiernych mu akolitom), nie jest proinflacyjna. Ciekawa arytmetyka, bo inflacja nadal oscyluje koło 15 proc., więc nie zmieniła się od roku, p. Glapiński prognozuje jednocyfrową na koniec 2023, ale chyba tylko dzięki wspomnianemu odwrotnemu prawu Greshama-Kopernika, p. Morawiecki nie jest wprawdzie takim optymistą jak szef NBP i liczy na 12,2 proc., chociaż nie bardzo wiadomo, na jakiej podstawie.

Jakby nie było, inflacja ma spaść najwyżej o 2,8 proc., stawka 500 plus wzrasta o ponad 50 proc. i to ponoć nie jest działanie proinflacyjne. Prezes the Best wyjaśnił przy tym: „kontynuujemy i rozwijamy. (...) Od nowego roku 500 plus to będzie ciągle nazwa (...), ale suma będzie już inna: 800 plus”. Sprytne, bo jakby inflacja wzrosła z powodu 800 plus, powie się, że wprawdzie nazwa inna, ale kwota ta sama. Cóż, jak mawiał Lec, łatwiej kręcić katarynkę niż melodię, zwłaszcza w dobrozmiennym Ulu.

Sondaż „Polityki”: Kto zastąpi Kaczyńskiego? Zbliża się wielka sukcesja

To by trzeba było zmienić budżet...

Koalicja Obywatelska spłatała dobrozmieńcom psikusa, bo wniosła projekt waloryzacji 500 plus do 800 plus już od 1 czerwca 2023 r., a nie od 1 stycznia 2024. Pan Mateusz dostał niejakiego szału, nazwał p. Tuska oszustem (ciekawy kalambur u Handlarza Pokościelnym Mieniem Bezspadkowym, zwłaszcza w świetle jego bajdurzeń o krystalicznie czystych interesach w Narodowym Centrum Badań i Rozwoju) i zagrzmiał: „Nie gramy do muzyki, którą gra Tusk, bo inaczej byśmy dawno zbankrutowali. (...) Nasze propozycje są bardzo konkretne, mamy rozpisany nasz program między konwencją, która właśnie się zakończyła, a wrześniową; mamy sekwencję bardzo precyzyjnych propozycji”.

Z odsieczą pospieszył p. Terlecki, szef klubu parlamentarnego PiS i wicemarszałek Sejmu, gardłujący, że dyskusja na temat projektu KO przypomina rozmowę ze ścianą. Prowadząca rozmowę zauważyła, że to raczej p. Terlecki przypomina ścianę, ponieważ unika odpowiedzi na proste pytanie. A p. Kaczyński dodał: „To jest po prostu całkowicie niepoważne, niemożliwe do przeprowadzenia. Ja nie ukrywam, że niewysoko oceniam kwalifikacje pana Tuska jako premiera, ale nie aż tak nisko, żeby on nie wiedział, że w ciągu dwóch tygodni zmienić budżetu – bo to by trzeba zmienić budżet, zapewnić nowe środki dla tego budżetu i dokonać wielu innych zmian, które są potrzebne, żeby to zaczęło działać – to jest przedsięwzięcie po prostu niewykonalne”.

Chyba stracił pamięć (o kompetencjach nawet nie warto wspominać), ponieważ budżet był sześciokrotnie nowelizowany w latach 2015–21, przy czym w trzech przypadkach od uchwalenia przez Sejm do podpisu p. Dudy upłynęło mniej niż 30 dni. To dlaczego nie można by znowelizować tegorocznej ustawy budżetowej na tak szczytny cel jak pomoc polskim rodzinom, zważywszy że chodziłoby o niewielki procent finansów państwa?

Sprawa natychmiast się wyjaśnia, jeśli wziąć pod uwagę korupcyjny sens operacji ukrywanej pod nazwą „programowy Ul”. Do spraw tych wrócę za tydzień. Okaże się, że stan państwa sprokurowany przez tzw. dobrą zmianę pozostaje w zasadniczym kontraście z obiecywanymi fruktami szóstki Morawieckiego i zapewnieniami, że rozwijamy się najszybciej w Europie.

Czytaj też: Tusk plus. Ruszył w Polskę, podbił stawkę, PiS ma kłopot

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną