Kultura

Gregory Peck, sumienie Ameryki. Czyli filmy, które warto przypomnieć

„Klucze królestwa” (1945) „Klucze królestwa” (1945) mat. pr.
W tym roku po raz pierwszy bohaterem osobnego cyklu na American Film Festivalu jest aktor. Gregory Peck nigdy nie był twardzielem, a w Ameryce wciąż jest uznawany za wzór cnót.

American Film Festival przyzwyczaił swoją publiczność do znakomicie wybieranych retrospektyw, przypominających albo odkrywających klasykę kina. We Wrocławiu zaprezentowano do tej pory twórczość takich reżyserów jak Billy Wilder, Orson Welles, Clint Eastwood, Samuel Fuller czy Hal Ashby. Swoje sekcje otrzymały w poprzednich latach też słynne producentki kina niezależnego: Christine Vachon i Sara Driver.

W tym roku po raz pierwszy bohaterem osobnego cyklu jest aktor. Spośród gwiazd, których – jak głosił niegdyś slogan wytwórni MGM – jest więcej niż na niebie, wyłonienie jednej najlepiej wyrażającej ideę wydarzenia wydaje się paradoksalnie dość oczywiste. Gregory Peck jest strzałem w dziesiątkę, w sam raz na 10. edycję imprezy. Chyba tylko James Stewart mógłby z nim rywalizować o status najbardziej amerykańskiej postaci kina, ale to być może pomysł na kolejny jubileusz.

Czytaj także: Serialowe satyry na rzeczywistość

Gregory Peck. Po pierwsze: przyzwoitość

Wystarczy wejść na któreś forum poświęcone kinu, by przekonać się, jak bardzo Peck jest lubiany i popularny, także w Polsce (świadczy o tym także – co nie jest tak powszechne w przypadku przedstawicieli złotego Hollywood – rzetelny artykuł w Wikipedii). Autorzy wpisów podkreślają jego talent, ale i nieprzeciętną urodę, retorycznie pytając, gdzie ci mężczyźni.

Nie od razu się na nim poznano. Dla przykładu: James Agee, chyba najbardziej wpływowy krytyk lat 40., pisał o debiutanckich dla Pecka „Dniach chwały” (reż. Jacques Tourneur, 1944), że dał się z początku oszukać młodemu aktorowi, myśląc, że jest wyjątkowo uzdolniony, a to po prostu świeżość, niezwykła aparycja i łatwość komunikowania szczerości przysłoniły pisarzowi trzeźwy osąd. Z kolei krytyczka Pauline Kael zanotowała, że nie jest właściwie aktorem, ale modelem, z którego ulepiono amerykański ideał. Dziś to najwyżej ciekawostki. Peck przetrwał próbę czasu i stał się łącznikiem między kinem klasycznym a tzw. Nowym Hollywood, przypadającym głównie na lata 70., z powodzeniem odnajdując się w jednej i drugiej epoce, i to mimo zmiany struktury przemysłu, nastrojów i obyczajów.

Urodził się w 1916 r. w kalifornijskiej La Jolli jako syn aptekarza o irlandzkich korzeniach. Matka nadała mu imię Eldred, losowo znalezione w książce telefonicznej. Miał sześć lat, gdy rodzice się rozwiedli. Trafił pod opiekę babci. Uczęszczał do katolickiej szkoły o wręcz wojskowym rygorze. Studiował medycynę i literaturę angielską, ale z obu kierunków zrezygnował, bo większą frajdę sprawiało mu występowanie na deskach teatru. Przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie w końcu trafił na Broadway, a stamtąd ponownie do Los Angeles, tym razem na plan filmowy. Za drugi w karierze film – „Klucze królestwa” (reż. John M. Stahl, 1945) – otrzymał pierwszą nominację do Oscara (statuetkę zdobył dopiero za piątym razem).

Gdy wybuchła wojna, Peck nabawił się kontuzji. Nie trafił do armii. W jego biografii brakuje więc dość ważnego epizodu wojskowego, który – dla porównania – wspomnianego już Stewarta wyniósł do rangi generała brygady, co przełożyło się na popularność i wychwalanie go pod niebiosa po powrocie do domu.

Gdy w Hollywood brakowało mężczyzn do grania, akcje Pecka poszybowały w górę. Wystarczyło, że był na miejscu, a przy okazji dobrze wyglądał (może nawet za dobrze, jak mówiono za kulisami). Nigdy nie podpisał długoterminowego kontraktu, co było wówczas normą. Co więcej, odrzucił intratną propozycję Louisa B. Mayera z MGM, dzierżącego wtedy niemal absolutną władzę w filmowym światku, a i tak nie przeszkodziło mu to przez kilka lat z rzędu trafiać do czołówki najlepiej opłacanych gwiazd kina. W pewnym momencie inkasował nawet milion dolarów za rolę. Jego decyzje zawodowe pozwoliły mu zachować znakomitą pozycję już po wojnie, kiedy część dawnych wyjadaczy – zżerana przez liczne traumy – nie potrafiła na nowo odnaleźć się przed kamerami.

Czytaj także: Jaką płeć ma reżyser? W Hollywood rządzą mężczyźni

Peck nie zawsze święty

Nigdy nie był twardzielem, a przynajmniej nie takim jak Robert Mitchum, aktor tego samego pokolenia, debiutujący i odnoszący sukcesy w podobnym czasie, z którego energią spotkał się zresztą na własne życzenie w „Przylądku strachu” (1962) J. Lee Thompsona. Początkowy etap jego kariery zdominowały westerny. Agent przekonywał go, że mógłby się stać ikoną gatunku, ale Peck twierdził, że kowboje za mało mówią (mówił barytonem i tylko wtedy, gdy trzeba). Zanim dał się zaszufladkować – a tak się stało, co pewnie wyszło mu na dobre – wystąpił w „Urzeczonej” (1945) Alfreda Hitchcocka, z którym współpracował jeszcze przy okazji „Aktu oskarżenia” (1948), i w serii westernów. Na największą uwagę zasługują dwa.

„Urzeczona” (1945)mat. pr.„Urzeczona” (1945)

Pierwszy to „Pojedynek w słońcu” (1947), nad którym pracowało tak wielu reżyserów, że nie dziwi porażka. Pod filmem podpisał się King Vidor, ale najwyraźniej David O. Selznick, wtedy czołowy producent, chciał sprawować pieczę nad całością. Ambicje miał spore – chciał powtórzyć sukces powstałego także pod jego nadzorem „Przeminęło z wiatrem” (1939), który też miał zresztą kilku ojców.

Recenzje były nieprzychylne. Nie przeszkodziło to publiczności szturmować seansów. Powód mógł być jeden, zwłaszcza w epoce hollywoodzkiej cenzury: seks. Kipiał z ekranu, co było pokłosiem „Wyjętego spod prawa” (1943), zrealizowanego przez dwóch Howardów: Hughesa i Hawksa (to tu w negliżu pojawiła się Jane Russell). W „Pojedynku w słońcu” seksualnie wyzwoloną bohaterkę, o której względy rywalizują dwaj synowie bogatego ranczera, gra Jennifer Jones, zupełnie inna niż w roli zakonnicy z „Pieśni o Bernadette” (1943) Henry’ego Kinga. Poza obyczajową śmiałością to zniuansowana rola Pecka jest godna zapamiętania – jego Lewt McCanles to człowiek zły, bezduszny, bezlitosny i nieczuły, czyhający na ofiarę. „New York Times” pisał, że aktor wziął sobie urlop od przyzwoitości.

„Pojedynek w słońcu” (1947)mat. pr.„Pojedynek w słońcu” (1947)

Drugi film to „Jim Ringo” (1950), także od Kinga, z którym Peck pracował najczęściej, w sumie sześć razy. Dziś ogląda się go jak jaskółkę westernów demitologizujących Dziki Zachód, które widownia poznała dopiero dekadę później, głównie dzięki twórczości Sama Peckinpaha i Arthura Penna.

Grany przez Pecka Jimmy to najpewniej najszybszy rewolwerowiec w USA. Po broń sięga zwinniej niż sam Wyatt Earp. Można tego dowieść tylko w jeden sposób – wyzywając go na pojedynek. Śmiałkowie czynią to mało honorowo, uciekając się do prowokacji i zaczepek. Ringo jest opanowany; nigdy nie zabił w afekcie czy z premedytacją. Śmierć zadaje tylko wtedy, gdy nie ma innego wyjścia. Ale jego reputacja jest splamiona krwią innych ludzi. On sam jest już zmęczony takim życiem. Chce się odciąć się, wyjechać gdzieś do Kalifornii, gdzie zła sława nie zdążyła go jeszcze uprzedzić, i porozumieć się z kobietą wychowującą ich ośmioletniego syna, którego nigdy nie poznał.

To poruszające i pesymistyczne kino, a przy okazji może jeden z bardziej interesujących westernów w historii, zapowiadający zwrot w karierze Pecka i nowy typ kowboja, którego postępowanie, opłacone samotnością i niezrozumieniem, staje się alegorią rzeczywistości.

Czytaj także: Czy Hollywood się zmieni?

Ostatnia taka bajka

Wyrwanie się z ram westernu było konieczne. Zanim Peck stał się ucieleśnieniem wartości zapisanych w Deklaracji Niepodległości i Konstytucji USA, zagrał w jednym z najsłynniejszych romansów w historii, czyli w „Rzymskich wakacjach” (1953) Williama Wylera, które sprawiły, że nikomu nieznana Audrey Hepburn zgarnęła Oscara i stała się ikoną kina.

Sukces obrazu zasadza się na paradoksie. Amerykański Instytut Filmowy (AFI), współzałożony notabene przez Pecka i jakiś czas przez niego zarządzany, umieścił film na dwóch różnych listach (na obu uplasował się na czwartej pozycji): najlepszych komedii romantycznych i najlepszych melodramatów w dziejach kinematografii USA. Z perspektywy purystów gatunkowych to dość kuriozalna sytuacja, ale mieszanka zadziałała świetnie – film jest zabawny i posępny w finale (publiczność domagała się kontynuacji).

„Rzymskie wakacje” (1953)mat. pr.„Rzymskie wakacje” (1953)

Pierwotnie reżyserować miał Frank Capra, a obsadzając Cary’ego Granta w głównej roli, chciał uczynić z klasycznego utworu niemal screwballa. Aż się zresztą prosi, by zestawić „Ich noce” (1934) z „Rzymskimi wakacjami” – w obu dziennikarz na wylocie i bez grosza przy duszy poznaje dziewczynę z zupełnie innej ligi (odpowiednio: dziedziczkę fortuny i prawdziwą księżniczkę). Choć tempo filmu wydaje się dziś nieco wolne, Wyler pozwolił aktorom improwizować, utrzymując całość w modnej wówczas neorealistycznej estetyce – poprzez rezygnację z pracy w studiu i wyjście z kamerą na ulice Wiecznego Miasta – dzięki czemu opowieść wciąż wydaje się świeża i pełna radosnej energii.

Czytaj także: Anime w Hollywood?

Bohater Ameryki

Dwa filmy szczególnie ugruntowały pozycję Pecka. Oba z wyraźną tezą i aktualnym dziś przesłaniem: „Dżentelmeńska umowa” (1947) Elii Kazana i „Zabić drozda” (1962) Roberta Mulligana na podstawie powieści Harper Lee.

W pierwszym aktor wciela się w reportera, który udaje Żyda, przygotowując się do serii artykułów o antysemityzmie w USA. Napotyka na przeciwności i uprzedzenia, najpierw zaskakujące i absurdalne, z czasem przeradzające się w akty nienawiści, głównie słownej, co najmocniej wybrzmiewa, gdy jego zapłakany syn, biorący udział w maskaradzie, skarży się, że koledzy obrzucali go wyzwiskami.

Film zadaje trafne pytania, choć czasem w uproszczony sposób, nieco czytankowy (noirowy „Ogień krzyżowy” Edwarda Dmytryka z tego samego roku idzie krok dalej, pokazując, że droga od wrogiego nastawienia do zbrodni jest banalnie prosta). Wszystko to w czasach, gdy Hollywood – zarządzane głównie przez magnatów żydowskiego pochodzenia – unikało kontrowersji i niechętnie podejmowało tematy drażliwe, zwłaszcza po wojnie, gdy Amerykanie coraz bardziej się dzielili, na co wpływała także obawa przed nuklearnym atakiem Sowietów.

W „Zabić drozda”, plasującym się na drugim miejscu najbardziej inspirujących filmów według AFI – tuż po „Tym wspaniałym życiu” (1946) Capry (ze Stewartem w roli głównej!) – poruszono kwestię równię ważną i delikatną. Grany przez Pecka adwokat Atticus Finch, największy bohater amerykańskiego kina zdaniem Instytutu, bierze w obronę czarnoskórego chłopaka oskarżanego o gwałt na białej kobiecie. Sprawa jest skazana na porażkę, biorąc pod uwagę, że akcja toczy się w południowym stanie Alabama. Rasizm i niesprawiedliwość są tu obserwowane z perspektywy dzieci Fincha. W sumie: nie propagandowy moralitet, ale głęboka opowieść o tym, jak dużo wciąż trzeba naprawić (warto dodać, że ruchy na rzecz praw obywatelskich zaczęły wtedy przybierać na sile).

Peck uznał ten film za najbliższy jego sercu. Nic dziwnego, że w świadomości Amerykanów aktor funkcjonuje jako wzór cnót. Tymi wartościami kierował się w doborze ról, ale i w życiu prywatnym. Wierny mąż Veronique Passani, z którą spędził niemal pół wieku, oraz liberał wspierający demokratów. Z rąk prezydenta Lyndona B. Johnsona otrzymał Medal Honoru, najwyższe cywilne odznaczenie w USA, co nie stanęło na przeszkodzie, by zaraz potem protestować przeciwko polityce tego rządu i wojnie w Wietnamie. Jako humanitarysta uważał, że tak właśnie należy robić. Opowiadać się po stronie słabszych. Ciekawe, kogo dziś mógłby wspierać w swoich filmach Peck, sumienie Ameryki.

Czytaj także: Chiński miliarder rusza na podbój Hollywood

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Na północ od Madrytu – kastylijskim szlakiem zamków i wina

Niecałe trzy godziny lotu do hiszpańskiej stolicy i krótka jazda samochodem przenoszą nas w samo serce Krainy Zamków. Teraz jest najlepszy moment, bo tłumy turystów zniknęły, a winiarze z La Rioja czekają z poczęstunkiem.

Paweł Moskalewicz
25.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną