Kultura

Patti Yang kończy karierę. Debiutuje Patricia Vernhes

Patti Yang Patti Yang mat. pr.
Współpracowała ze światowej sławy kompozytorami, nagrała muzykę do hollywoodzkich superprodukcji i wydała pięć płyt. Artystka z Wrocławia kończy działalność pod pseudonimem Patti Yang. Czy jeszcze ją usłyszymy?

Na kalifornijskiej pustyni Mojave cisza brzmi wyjątkowo głośno. Czasami przecina ją szum wiatru lub wycie kojotów. W tej bezdźwięczności kilka lat temu zakochała się Patti Yang. Przyjechała tam na spontaniczną wycieczkę, sama, autem z Los Angeles. Był 2012 r. i niedawno wydała czwartą solową płytę – „Wires and Sparks”. W surowym krajobrazie zaczęło do niej docierać, że ścieżka kariery, którą wybrała jako nastolatka, powoli dobiega końca. Wtedy po raz pierwszy przeszło jej przez myśl, że pora zrzucić sceniczny pseudonim. Zrobiła to w listopadzie 2019 r., wydając na pożegnanie album „War on Love”.

Julia Marcell: Tym razem nie bawiłam się słowami

Musiałam walczyć

Od dziecka przesiąkała muzyką. Zrządzeniem losu mogła od kulis poznawać wielkie trasy koncertowe, a w przerwach bawić się w ogródkach tuzów rodzimej sceny. W 1998 r. wydała debiutancką płytę „Jaszczurka”. Krytyka entuzjastycznie przyjęła eksperymentalne, triphopowe brzmienia 18-letniej wrocławianki Patrycji Grzymałkiewicz, która przyjęła wtedy pseudonim Pati Yang (potem Patti Yang). Niebawem wyjechała do Londynu, gdzie jej kariera nabrała tempa.

W 2005 r. ukazał się „Silent Treatment”, a cztery lata później „Faith, Hope & Fury”. W międzyczasie dokonywała rzeczy, o których muzycy w Polsce mogli tylko śnić, m.in. wspólnie ze znakomitym kompozytorem Davidem Holmesem nagrała ścieżki dźwiękowe do kilku filmów („Kodeks 46”, „Wewnętrzna wojna” czy „Cena odwagi”). Z kolei David Arnold – kolejny maestro soundtracków – zaprosił ją do współpracy przy dźwiękach, które można usłyszeć w „Jutro nie umiera nigdy”, jednej z przygód Agenta 007. Wszędzie i wszystkim, z którymi pracowała za granicą, przedstawiała się z dumą: „Pochodzę z Polski i jestem obywatelką świata”, bo postanowiła wyzwolić się z jarzma kompleksów, które stają niekiedy na drodze twórcom znad Wisły.

Moja kariera była połączeniem szczęścia i niesamowitych zbiegów okoliczności z pracowitością, a przede wszystkim z życiową zaradnością. Zawzięłam się, że tworzenie muzyki będzie moją jedyną pracą, z tego chciałam żyć, a to wymagało od Patti Yang, aby przez 24 godziny na dobę poświęcała się walce o przetrwanie w branży. Musiałam walczyć, jeśli chciałam komponować coś innego niż pop, a zawsze poszukiwałam eksperymentów – opowiada.

Czytaj też: Wisisz mi za soundtrack, czyli muzyka w grze

Mam bezkompromisową naturę

Jej debiut przypadł na schyłek pewnej epoki w branży muzycznej w Polsce i na świecie. Kończył się okres beztroskiego tworzenia sztuki, a zaczął czas twardego stąpania po ziemi. Na rynku utrzymywali się ci, którzy potrafili zadbać o swoje interesy, artyści-przedsiębiorcy. Mniej ogarnięci przepadali. Dodatkowo kilka lat później w telefonach pojawiły się aparaty fotograficzne, a wraz z nimi eksplodował jeszcze inny fenomen – kultura selfie. Za jej część Patricia Vernhes – jak obecnie się nazywa – uważa wszelkiej maści programy typu talent show, które diametralnie zmieniły muzyczny krajobraz. Na scenę zuchwale wszedł Simon Cowell, współtwórca brytyjskich i amerykańskich produkcji z serii „Mam talent” oraz „Idol”, który przy okazji łowienia talentów sam siebie wylansował na celebrytę. – Konkursy tego typu kompletnie pomieszały ludziom w głowie. Kult sławy przeważył nad fundamentami pracy artysty. Dla mnie sława jest niewygodnym skutkiem ubocznym sukcesu, a nie jego miarą. Wystawia ludzi na próbę charakteru. Rzemiosło zwyciężyło nad sztuką – ubolewa artystka.

Czytaj też: Muzyczny przemysł talent show

Oczywiście – przyznaje jednocześnie – potrzebujemy obojga: musimy być technicznie doskonali, aby realizować własne artystyczne wizje, ale talent shows zawładnęły świadomością ludzką na absolutnie niespotykaną skalę. I w mojej ocenie destrukcyjną, ponieważ zatarł nam się obraz tego, co jest naprawdę w twórczości ważne. Nagle dla ludzi takich jak ja, którzy chcieli proponować coś nowego, poszerzającego horyzonty, funkcjonowanie w branży stało się właściwie niemożliwe. Koniec końców liczy się przecież liczba sprzedanych nośników, odsłuchań czy odsłon, bo to one decydują, czy możesz nagrywać dalej. Trzeba więc ulegać wielu naciskom, a ja niestety mam bezkompromisową naturę i być może dość niecodzienny system wartości.

Czytaj też: Telebryci. Bohaterowie talent show

Patti Yangmat. pr.Patti Yang

Kompletnie nie o to mi chodziło

Wie, co mówi. Prawo do wyrażania swojej opinii daje jej to, że poznała fenomen tych konkursów od kuchni. Należała do grona kilku artystów w Wielkiej Brytanii, którzy pisali kawałki dla rozchwytywanych zwycięzców kolejnych edycji show. I tak miała szczęście, bo oprócz tego mogła tworzyć na własne konto, podczas gdy inni stali na co dzień za barem, aby związać koniec z końcem. Lub odwrotnie – byli i tacy, którzy przez lata wypracowali sobie doskonałą markę, ale i tak bezimiennie podrzucali kolejne hity wykreowanym przez Cowella gwiazdom.

Absolutnie nie chodzi mi o narzekactwo czy zazdrość – zastrzega. – Jestem zadowolona, że byłam tego częścią, bo dzięki temu mogłam się z tego całkowicie świadomie wypisać. Uznałam, że skoro kompletnie nie o to mi chodziło w karierze, to pora na radykalną zmianę.

Czytaj też: X Factor i nie tylko, czyli jak (nie) zostać idolem

Mogę śmiało spojrzeć w lustro

Płyta „War on Love” dojrzewała niespiesznie w kilku ważnych dla Yang miejscach. Część nagrań na żywo została zrealizowana w Air Studio w Londynie, część w Rare Book Room na nowojorskim Brooklynie, a całość nabrała kształtu w domowym studiu na pustyni Mojave. W sesjach nagraniowych i produkcji uczestniczył zaprzyjaźniony z artystką zespół muzyków (Chris Mackin, Matty Skylab, Jagz Kooner, Martin Craft i Nicolas Vernhes), dlatego zdecydowała się rozszerzyć sygnaturę krążka do Patti Yang Group. Na płycie jest osiem utworów, które wzorem kompozycji z wcześniejszych lat idą pod prąd nurtom. Wraz z ich powstawaniem w Patti Yang kiełkowały radykalne przemiany, m.in. gotowość do zrzucenia pseudonimu.

Czytaj też: Gdzieś na pustyni Namib rozbrzmiewa „Africa” grupy Toto

Okładka płyty „War on Love”mat. pr.Okładka płyty „War on Love”

Nie chciałam odejść płytą „Wires and Sparks”, bo narodziła się w zupełnie innym czasie i okolicznościach. Byłam wtedy kimś innym. Czułam jednocześnie, że jako Patti Yang mam do powiedzenia ostatnie słowo – tłumaczy. – Dzięki przeprowadzce z Londynu na pustynię Mojave zyskałam dystans do codzienności, mediów, polityki, przemian społecznych, komunikacji, miłości i do siebie jako człowieka. Gdy świat zachłystywał się wszechobecnym voyeryzmem, ja upajałam się nowo odkrytą prywatnością. W tych warunkach powstał album, który jest refleksją nad stanem cywilizacji – wykracza poza bariery i granice polityczne, wyznania i systemy władzy. Podsumowuje wszechobecny sabotaż egzystencjalny. Nie jako wyrocznia, ale jako przestroga, alarm na pobudkę ludzkości.

Czytaj też: O czym śpiewają polscy artyści pop

Szukam nowych brzmień

Jedno się nie zmieni – Patricia Vernhes nadal będzie bardzo zajętą osobą. Ale postawi na nowatorski kierunek. Na kalifornijskiej pustyni poznała siostry Karl, które w 2000 r. kupiły osobliwy budynek The Integratron. Dzięki posadowieniu w miejscu krzyżowania się linii geomagnetycznych zyskał on szereg nietypowych właściwości, m.in. znakomitą akustykę. Właścicielki prowadzą w nim sesje „kąpieli dźwiękowych”, racząc gości muzyką graną na misach kwarcowych.

Patricia Vernhes także ma ich zestaw, wykorzystywany do eksperymentów z tzw. akustyką binauralną. Towarzyszy jej Nicolas Vernhes – muzyk, producent i inżynier dźwięku z ponad 200 projektami na koncie – który dla nowego przedsięwzięcia zamknął nowojorskie studio nagraniowe Rare Book Room. – Przed nami dużo eksperymentacji, archiwizacji i odkrywania nieznanego muzycznego terytorium. Wnosimy do niego doświadczenie związane z muzyką konwencjonalną: elektroniczną, rockiem, jazzem czy awangardą. Tworzymy własne instrumenty i szukamy nowych brzmień, czegoś, czego jeszcze w muzyce nie powiedziano – tłumaczy Patricia.

Czytaj też: Fenomen starych instrumentów

Nie mówię: „Żegnajcie”

Równolegle do prac w studiu zaczęła malować wielkoformatowe obrazy, bo – zapowiada – najnowszy projekt będzie łączył różne formy sztuki. Zdjęcie jednej z prac zdobi okładkę ostatniej płyty Patti Yang. Sam album kończy się utworem „Grace Me”, który rozpędza się od balladowego intro po ekspresyjny finał. To zakończenie w stylu Patti Yang. Ostatnie piosenki na jej płytach zawsze spokojnie dogasały, wyciszając i wzbudzając oczekiwanie na kolejny album. Tym razem Patti Yang zamiast wielokropka postawiła na końcu płyty wykrzyknik.

Czytaj też: Gra na zadziwiających instrumentach

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Historia, jakiej nie znacie: Zarazki na wojnie

Przerażające pojęcie „broni biologicznej” kojarzy się z XX w. Ale na pomysł, by wykorzystywać trucizny i choroby, wojskowi wpadli na długo, zanim ktoś po raz pierwszy wypowiedział słowo „wirus”.

Jan M. Długosz
27.03.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną