Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Kultura

Jan P. Matuszyński: Chciałem zrobić serial inny niż wszystkie

Jan P. Matuszyński na planie serialu „Król” Jan P. Matuszyński na planie serialu „Król” mat. pr.
Myśmy sobie postawili za cel, żeby „Król” przy całej swojej mroczności miał poczucie humoru, choć najczęściej to dosyć gorzki, czarny humor – opowiada reżyser Jan P. Matuszyński.

ANETA KYZIOŁ: Akcja powieści Szczepana Twardocha toczy się w Warszawie w 1937 r., na dwa lata przed wojną, która zrównała ją z ziemią. Jak się filmuje miasto, którego już nie ma?
JAN P. MATUSZYŃSKI: Mnie do „Króla” Szczepana Twardocha przyciągnęła właśnie wizja miasta tuż przed apokalipsą i portret świata, którego już nie ma. To oznaczało m.in. duże wyzwania scenograficzne, a symbolem tego, jak duże, jest fakt, że jedynym obiektem, który mógł w serialu zagrać sam siebie, była brama Uniwersytetu Warszawskiego. Cała reszta musiała zostać wymyślona, co oznacza adaptacje i budowy. Choć „Król” miał spory budżet, to nie bezdenny, więc nie mogliśmy zbudować całego centrum Warszawy z lat 30. i trzeba było kombinować.

Wśród inspiracji nie wymienia pan seriali – a można byłoby choćby brytyjskie „Peaky Blinders” – tylko wielkie kino, jak „Ojciec chrzestny”. Co to oznacza dla „Króla”?
„Król” oprócz tego, że porusza rozmaite ważne kwestie społeczne czy polityczne, to jest też historią gangsterską. Seriale nie były moją bezpośrednią inspiracją, ale jeśli już, to bliżej tu do „Zakazanego imperium” niż do „Peaky Blinders”, którego fanem nie jestem. Drażni mnie jego stylistyka, te sceny w zwolnionym tempie, buchające płomienie... Jeśli chodzi o seriale, to miałem ambicję zrobić inny niż wszystkie, które oglądam. I żeby się odkleić, potrzebowałem takich punktów odniesienia jak „Dawno temu w Ameryce” i „Ojciec chrzestny”, szczególnie druga część. Także dlatego, że tam narracja nie jest jednoznaczna i prosta. A my w „Królu” problem z narracją mieliśmy już na początku, trzeba było ją wymyślić na nowo, bo w książce jest pierwszoosobowa, co w naszych założeniach adaptacyjnych po prostu się nie mieściło.

Czytaj też: Serialowa moda

Do przełożenia książki na ekran stworzyliście zespół scenariuszowy, w którym znaleźli się autor powieści, scenarzyści Łukasz M. Maciejewski i Dana Łukasińska, pan jako reżyser całości oraz producent Leszek Bodzak. Prace nad scenariuszem trwały półtora roku. O czym najdłużej dyskutowaliście?
O tym, jak doprowadzić do tego, żeby struktura narracyjna tego serialu, przebiegi wszystkich postaci były konsekwentne, miały sens, żeby logiczne były motywacje – taka bardzo podstawowa praca dramaturgiczna. W pewnym momencie dołączyła do nas ze świeżą głową Ania Bielak, która jest konsultantką scenariuszową, a u nas była bardziej script editorem, czyli m.in. pilnowała, żeby przebiegi postaci się zgadzały. Przy tak dużej liczbie scen i postaci łatwo kogoś zgubić albo o czymś ważnym dla postaci zapomnieć. Jej rolą było np. to, żeby zwrócić uwagę, że np. Tabaczyńska w odcinku szóstym nic nie robi, jej postać stoi i co możemy z tym zrobić. Można coś zrobić albo nie, ale ważne, żeby mieć tego świadomość. Szczepan podszedł do sprawy adaptacji bardzo otwarcie, co dla mnie było warunkiem wstępnym współpracy. Z szacunkiem dla tego, co stworzył, ale też z chęcią wywrócenia pewnych rzeczy, ponieważ z perspektywy czasu wydawały mu się mniej słuszne niż w momencie pisania książki. Albo po prostu na potrzeby serialu zaczął inaczej myśleć o postaciach. To było fajne, bo stymulujące, Leszek Bodzak, Łukasz M. Maciejewski i Dana Łukasińska to też nie są osoby, które się wstydzą swojego zdania, więc spędziliśmy na strychu w Aurum wiele bardzo intensywnych godzin.

Dla mnie ta praca jest porównywalna z próbami z aktorami przy przygotowywaniu „Ostatniej rodziny”. Powstał solidny kręgosłup opowieści, bez tych, za przeproszeniem, dupogodzin serial wyglądałby inaczej. Mnie szczególnie na tym zależało, bo wiem, że wiele seriali u nas z konieczności wynikających z systemu produkcji powstaje na bazie scenariuszy pisanych bezpośrednio przed zdjęciami albo wręcz w ich trakcie, co powoduje, że dramaturgicznie często nie spełniają oczekiwań. Przy „Królu” postawiliśmy sobie za punkt honoru, żeby wyglądało to inaczej.

Czytaj też: Wirtualne plany filmowe

Dyskutowaliście o słynnym kaszalocie – o tym, czy go pokazywać na ekranie, czy wymienić na jakąś inną metaforę zagłady? Po premierze powieści właśnie ten motyw był chyba najmocniej krytykowany.
Dyskutowaliśmy. To był chyba mój jedyny spór czy może lekka niezgoda na początku ze Szczepanem Twardochem. Powiedział, że możemy myśleć, kombinować, ale kaszalot musi być. Ja na to: no dobra, ale po cholerę jest ten kaszalot? Dla mnie to zawsze była taka nieokreślona jednak metafora. Ja metafor generalnie nie lubię, unikam jak ognia, a jeśli już wykorzystuję, to z jakąś dozą kpiny i zawiłości. I tu przeszliśmy ciekawą drogę, ponieważ Szczepan po paru tygodniach pracy stwierdził, że może jednak faktycznie nie, ale wtedy z kolei ja już jakoś się do kaszalota przekonałem. Tego typu dyskusji było zresztą sporo. Ja np. lubię uśmiercać postaci, bo to dramaturgicznie może być ciekawe.

To w „Ostatniej rodzinie” mógł pan sobie poszaleć.
No właśnie! Tam to była podstawa filmu w zasadzie (śmiech). Ale tu w pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że musimy mieć więcej postaci – trzeba odejść od tej struktury gangu Kaplicy, którą mamy w książce. Trzeba dopisać bohaterów, ale nie po to, żeby uśmiercić, tylko rozbudować ten świat. Co też wymagało ogromu pracy, bo „Król” jest gęsto zaludniony, samych pierwszo- i drugoplanowych postaci jest ponad 20. I trzeba je wszystkie precyzyjnie zorkiestrować wobec siebie, żeby żadne postaci się nie powtarzały. Pierwotnie Szczepan dopisał troje nowych członków gangu, ale zostało dwoje, bo ten trzeci był zbyt podobny do Pantaleona Karpińskiego. Choć jako postać był fajny i podejrzewam, że Szczepan jeszcze kiedyś w jakiejś formie do niego powróci. Innym problemem – i to już stricte moim – było, żeby grany przez Michała Żurawskiego Jakub Szapiro, który jest w pewnym sensie centralną postacią serialu, nie został przyćmiony przez żadną z postaci, powiedzmy, drugoplanowych.

Czytaj też: Jan P. Matuszyński o swojej fascynacji rodziną Beksińskich

A one są bardzo mocne, począwszy od Kuma Kaplicy granego przez Arka Jakubika i Doktora Radziwiłka Borysa Szyca. Dużo pracy na etapie scenariusza poświęciliśmy, żeby Jakub Szapiro i Mosze Bernsztajn to były postacie, które pełnią bardzo konkretne funkcje w tej historii, choć jej struktura nie jest jednoznacznie hierarchiczna. Wydaje mi się, że nie da się tak na sto procent powiedzieć, kto jest głównym bohaterem tej opowieści. Ja się czuję jak ryba w wodzie w takich sytuacjach. W moim dokumencie „Deep Love” z początku na pierwszym planie był Janusz, ale w pewnym momencie Asia, jego partnerka, przejmowała tę rolę w jakimś stopniu. A w „Ostatniej rodzinie” na czele są niby Zdzisław i Tomek, ale wiele osób się przykleiło mocno do Zosi. Były to celowe działania na montażu, żeby nieco rozproszyć opowieść.

Zaczynaliście pracę w 2016 r., na plan weszliście w ubiegłym roku, w międzyczasie w Polsce, za sprawą ustawy o IPN z niesławnymi „polskimi obozami śmierci”, na nowo wybuchła retoryka antysemicka. Nie czuliście, jakby rzeczywistość wkroczyła do waszego serialu albo na odwrót? Nie chcieliście tego jakoś skomentować?
Ja mam takie przekonanie, że przynajmniej te rzeczy, które ja robię, nie powinny być jakąś wykładnią publicystyczną czy deklaracją polityczną. Przynajmniej nie wprost, bo to byłoby za łatwe, nie do tego służą filmy. Sztuka jest po to, by inspirować i dawać do myślenia w takim szerszym, wyrwanym trochę z kontekstu i ze struktury rzeczywistości sensie. Wydaje mi się, że Szczepan podobnie o tym myślał. Jest w serialu parę szpil wrzuconych, ale mało jest komentarzy bezpośrednich, wtrętów. Jednym z nich jest tekst Radziwiłka o „dobrej zmianie”, ale to się świetnie wpisuje w jego język, brzmi dla niego naturalnie. Generalnie zależało mi na tym, żeby opowiedzieć ciekawą i bardzo złożoną, niejednoznaczną historię, w którą i tak są wpisane te znów aktualne sensy i wątki, bo to się dzieje w 1937 r. Serial zaczyna się od sceny dobitnie pokazującej walkę światopoglądową, nacjonalistów i faszystów z socjalistami, i ten temat się ciągnie przez całość, jest jednym z wiodących, ale nie jedynym.

Czytaj też: „Pokora”. Świetna powieść Twardocha o Górnym Śląsku

Myśli pan, że odbiór „Króla” będzie, z powodu współczesnego kontekstu, silnie polityczny?
Mam nadzieję, że to nie będzie jedyny kontekst, w jakim ten serial będzie odbierany, ponieważ polityka jest jedną z płaszczyzn akcji. Dla mnie ta historia jest ciekawa m.in. z tego powodu, że daje mi szansę zgłębienia tego, co się działo w latach 30., również politycznie. I co jest jakimś odbiciem, ja widzę tu pewien refren tego, co się dzieje dzisiaj, nie tylko zresztą w Polsce, ale na świecie, jeśli chodzi o tendencje. Ale jestem daleki od szukania bezpośredniego porównania, bo wydaje mi się, że to wszystko nie jest wcale aż takie proste w interpretacji. To zresztą jeden z głównych tematów, które chcę poruszać w filmach i serialach – że rzeczy nie są takie proste, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. I kino jest bardzo wdzięcznym narzędziem, żeby przeprowadzać takie „wywiady pogłębione”: dlaczego ci ludzie robią takie rzeczy?

Czytaj też: Serialowy „Król” robi wrażenie

To bardzo mroczna historia, pełna przemocy. Zastanawialiście się, jak pokazać przemoc: dosłownie, w sposób bardziej zawoalowany, dawkować?
Musiała być, jak wszystko w serialu, uzasadniona dramaturgicznie. To już widać w pierwszym odcinku, gdzie się leje krew, ale raczej nie bez przyczyny.

W jednej z pierwszych scen dostajemy zbliżenie na odcięte ucho.
Myśmy sobie postawili za cel, żeby „Król” przy całej swojej mroczności miał poczucie humoru, choć najczęściej jest to dosyć gorzki, czarny humor. Bo to daje historii kolejny walor. Jest tego humoru w „Królu” zresztą zaskakująco dużo. Ja od początku wiedziałem, że jak mamy robić serial gangsterski, to przemoc musi być wyraźna i dosłowna, bo nie za bardzo lubię koloryzowanie tego świata i udawanie, że oni wszyscy byli grzeczni i sympatyczni, i mieli ciekawą pracę. To jednak wszystko było bardzo brutalne, w latach 30. w Polsce były gangi, które ćwiartowały ludzi za długi. Nie ma co tego ukrywać, zwłaszcza gdy jest to uzasadnione dramaturgicznie. Trochę podobnie jest w serialu ze scenami seksu. W książce jest ich, wydaje mi się, więcej. Mnie bardzo zależało, żeby wynikały z akcji, były uzasadnione, tym bardziej że cała historia jest podszyta takim podskórnym erotyzmem. Trzeba było uważać, żeby nie przeszarżować.

„Król” ma naprawdę zaskakująco dużo warstw i myślę, że dopiero po obejrzeniu całego sezonu można sobie wyrobić opinię na temat tego, co się obejrzało. Wcześniej to trochę tak, jakby się film przerwało w połowie i wyszło z kina. Swoją drogą, to absurdalna zbieżność, że „Król”, który jest serialem możliwie jak najbardziej filmowym i który najchętniej prezentowałbym na dużym ekranie, pojawia się w momencie, kiedy kina są w tak poważnym kryzysie. Mam nadzieję, że nadejdzie dzień, kiedy cała pandemia się skończy i może nawet ktoś zechce pokazać wszystkie osiem odcinków w kinie. Dawno temu mieliśmy takie plany. Fajnie by było do nich wrócić, bo nie na tablecie czy smartfonie, ale właśnie na dużym ekranie można zobaczyć wszystkie szczegóły. Im mniejszy ekran, tym więcej umyka.

Podkast: Czy ten „Król” rządzi? Kulturalna batalia o serial

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną