Recenzja filmu: „X-Men: Mroczna Phoenix”, reż. Simon Kinberg
Prosta opowiastka science fiction, pozbawiona spektakularnych efektów specjalnych i wiarygodnych konfliktów moralnych, kończy po 20 latach serię filmów o X-Menach.
Prosta opowiastka science fiction, pozbawiona spektakularnych efektów specjalnych i wiarygodnych konfliktów moralnych, kończy po 20 latach serię filmów o X-Menach.
Historia ludobójstwa rdzennych mieszkańców Prus Wschodnich pokazana z ich perspektywy bardziej wstrząsnęłaby sumieniami.
Ciąg zdarzeń, od których trudno się oderwać, nawet gdy stają się już absurdalnie nieprzyjemne i niewiarygodne.
To film zupełnie poprawny, bardzo podobny do oryginału i zachowujący jego elementy musicalowe.
Poruszane przez reżysera zagadnienia nie należą do łatwych.
To jednak nie fair, by nie zostawić nic do roboty aktorom, zrzucając pełną odpowiedzialność za powodzenie lub fiasko całej superprodukcji na żółtą wiewiórkę.
Trudno się dziwić, że Julianne Moore zgłosiła się do reżysera Sebastiána Lelio z propozycją nakręcenia amerykańskiej wersji jego chilijskiego filmu z 2013 r.
Choć w tym filmie James Hetfield z Metalliki debiutuje rolą policjanta, naprawdę wyróżnia się Zac Efron jako amerykański seryjny morderca.
Nowe dzieło Oliviera Assayasa („Personal Shopper”, „Sils Maria”) to nieco inny wariant niezbyt u nas docenionego dramatu „Co przynosi przyszłość” Mii Hansen-Løve.
Film Kevina Kolscha i Dennisa Widmyera, który odbiega od pierwotnej opowieści Kinga i oferuje też jej inne zakończenie, jest lepszy niż wersja z 1989 roku.
Relacja głównych bohaterów nie mogłaby się udać w realnym świecie, ale amerykańskie kino to jednak inna rzeczywistość, a efekt jest całkiem rozrywkowy.
Film, który momentami bardzo się dłuży, sprawnie jednak spina wszystkie poprzednie 21 obrazów Marvela. Zamyka pierwszy etap rozwoju imperium, sprawiając, że z podekscytowaniem czeka się na kolejne produkcje.
Natalie Portman w roli straumatyzowanej piosenkarki wypada świetnie.
Wiara od zawsze była mocną stroną bohaterki, która już w dzieciństwie spędzała czas z wyimaginowanym przyjacielem, jednorożcem.
David Harbour (znany ze „Stranger Things”) ledwie poprawnie gra skonfliktowanego wewnętrznie czerwonego demona.
„Shazam!” jest podobny do bardzo udanego „Spider-Man: Homecoming”, bo też dotyczy nastolatka, który nagle dostał supermoce i próbuje nauczyć się odpowiedzialnie z nich korzystać.
Zrealizowany z taktem i dużą kulturą dokument może nie robi piorunującego wrażenia, ale odsłania Maksymiuka, jakiego do tej pory nie znaliśmy.
Palec wymierzony w górę sugeruje, że bliska reżyserowi jest rola opatrznościowego mędrca pragnącego pouczyć wybranych widzów, że ludzkość za mocno zboczyła z kursu i najwyraźniej jakaś kara za to się należy.
Choć Knightley, Skarsgård i Clarke to naprawdę wybitni aktorzy, z tak nierównym, niepogłębionym scenariuszem nie mieli szans sobie poradzić.
Olśniewająco dojrzały debiut Węgra László Nemesa sprzed czterech lat przyniósł mu Oscara, śrubując oczekiwania co do kolejnego projektu.