Recenzja filmu: „Szkoła Babel”, reż. Julie Bertuccelli
Bardzo ciekawy film dokumentalny, pokazujący zjawisko multikulti w modelowym wręcz wydaniu.
Bardzo ciekawy film dokumentalny, pokazujący zjawisko multikulti w modelowym wręcz wydaniu.
Film niepotrzebnie trwa ponad dwie godziny, przeskoki czasowe rozbijają płynność narracji.
Komedia naprawdę śmieszy, także wtedy, gdy lekko narusza normy poprawnościowe, pokazując zabawne sytuacje w świecie niepełnosprawnych.
Akcja osadzona jest daleko na prowincji, w popadającym w ruinę hostelu wybudowanym w czasach rozkwitu planowej gospodarki ZSRR.
To już trzeci film nakręcony chałupniczym – w dosłownym sensie – sposobem. Każdy przemycany jest za granicę, np. zapisany na pendrivie, i trafia na festiwale.
Jak to w bajkach bywa, wszyscy sobie wszystko wybaczają, nie mają o nic żalu, pomagają; niestety, problemem jest niedopasowanie marzeń do realiów życia.
Siłą filmu nie są nowe informacje, tylko napięcie towarzyszące procesowi ujawniania działań władzy.
Jedyne, na czym w filmie warto zawiesić oko, to mocno postarzałe twarze dawnych gwiazd: Ellen Burstyn i Harrisona Forda.
Dystans twórców oraz czerpanie z obfitej mitologii popkultury, baśni, a nawet magii podnoszą niewątpliwie atrakcyjność filmu.
Bardzo przyzwoite widowisko, które budując napięcie, stawia przy okazji nieco głębsze pytania.
Męcząca atmosfera krwawej paranoi, wspomagana irracjonalną obecnością złośliwych demonów piskliwymi głosami komentującymi afrykańskie piekło, wciąga od samego początku.
Bywa dziś nazywany Jamesem Bondem Polskiego Państwa Podziemnego, ale chyba nie byłby zadowolony z tego porównania.
Nic szczególnego, poza ujawnieniem głupoty, desperacji i narastającej paranoi naiwnych rewolucjonistów.
Aktorki grają ofiarnie, także w śmiałej jak na polskie normy scenie erotycznej.
Film jest tak przesłodzony, nasączony dobrymi intencjami, że momentami aż nie do zniesienia.
Ten film rozwija się jak kliniczne studium choroby Alzheimera o wczesnym początku – rzadkiej, genetycznie przekazywanej odmiany tej choroby.
Smutny, nieprzygnębiający, wyrazisty, lecz nieprzerysowany obraz przemian mentalności i obyczajów w Ameryce, który warto poznać.
Długie ujęcia, dramaturgia bardziej oddaje nastrój, niż wciąga w wir wydarzeń, prawie w ogóle nie ma dialogów.
Scenariusz jest rozczulająco schematyczny. Mógłby go napisać niezbyt ambitny student zrzynający bez skrupułów pomysły od Johna le Carré i Roberta Ludluma.
Piękna, delikatna więź matki z córką oraz toksyczna żony z mężem.