Recenzja filmu: „Carte blanche”, reż. Jacek Lusiński
Bohater wzorowany jest na postaci lubelskiego nauczyciela Macieja Białka opisanego parę lat temu przez reportera „Gazety Wyborczej”.
Bohater wzorowany jest na postaci lubelskiego nauczyciela Macieja Białka opisanego parę lat temu przez reportera „Gazety Wyborczej”.
Lekkie, ironiczne kino przywracające wiarę w sztukę tam, gdzie liczy się tylko komercja.
Chińskie kryminały nieczęsto docierają na nasze ekrany. Krwawe gangsterskie porachunki z elementami sztuk walki opatrzyły się i spowszedniały.
Film zmusza do spojrzenia na historię nie jak na spontaniczną walkę wrogich żywiołów, tylko gabinetowy teatr, w którym wszystko z góry wiadomo.
Kolejny po „Małej Moskwie” film tego reżysera dziejący się w Legnicy w czasach pobytu wojsk radzieckich.
Kameralna, błyskotliwa satyra na polskie zmagania z tożsamością.
Świetne, uniwersalne, energetyzujące kino!
Widać, na co zostało wydane 140 mln dol.
Finał niczym w „Andrieju Rublowie” oddaje sprawiedliwość geniuszowi, który stworzył nieśmiertelną klasykę.
Bill Murray wyspecjalizował się w graniu wściekłych luzerów o złotym sercu, którym się współczuje i których się lubi mimo długiej listy wad oraz głupich rzeczy, jakie na ogół robią ze swoim życiem.
Bardzo ciekawy, wnikliwy film dający wgląd w skomplikowane, nieznane szerzej machinacje traderów wysokich częstotliwości.
Tak jak trzydzieści parę lat temu w „Barwach ochronnych”, autor stawia zasadnicze pytania o naturę zła w naszej rzeczywistości.
Trudno po latach zdefiniować fenomen grupy.
Zafundowany przez bohaterów emocjonalny horror nawet z dzisiejszej perspektywy porusza i daje do myślenia.
Gdyby nie polski dubbing oraz kapitalna kreacja Zbigniewa Zamachowskiego jako Baymaxa, nie byłoby tak miło.
Obrazoburczy film ukazujący skandal skamieniałej kultury wyparcia, otchłań nieujawnianego cierpienia, społeczeństwo technokratów i twardzieli budujących niebezpiecznie pseudoracjonalny świat oparty na zawiedzionej nadziei.
Nietypowy kryminał poruszający temat szaleństwa mediów.
O filmie wiedzieliśmy już niemal wszystko, zanim trafił na ekrany.
Trudno pojąć, jakim cudem w kraju cenzury i propagandy powstał tak bezlitośnie krytyczny film.
Lapidarność filmu budzi spory niedosyt. Po seansie warto więc wrócić do lektury.