Recenzja płyty: Ewa Lipska, Zbigniew Preisner, „2016 dokąd?”
Może należałoby to po prostu odtwarzać przymusowo politykom, w szczególności z obozu rządzącego. Ale jestem przeciwnikiem tortur.
Może należałoby to po prostu odtwarzać przymusowo politykom, w szczególności z obozu rządzącego. Ale jestem przeciwnikiem tortur.
Moc i wirtuozeria idą tu w parze i są w stanie przekonać nawet nieprzepadających za ciężkim graniem sceptyków.
Muzycy dobrze grają i śpiewają, a ich piosenki mają, o dziwo!, melodie.
Po trzech latach wielki skrzypek wraz z zespołem biorącym nazwę od jego nazwiska nagrał drugą płytę poświęconą twórczości polsko-żydowskiego kompozytora, który przez większość życia mieszkał w Moskwie, a którego dzieła przeżywają ostatnio renesans.
Nagrywając ten rewelacyjny album, autor zrealizował zamierzenie o powrocie do przeszłości we własnej, wcześnie rozpoczętej karierze.
Nie pierwsze to odkrywanie międzywojnia przez nowe pokolenie polskich muzyków, ale naprawdę warte uwagi.
Muzyka Dropkick Murphys kojarzy się z suto zakrapianą męską biesiadą, podczas której, jak to u prawdziwych facetów, szorstka przyjaźń okraszona jest czasem wzruszającą refleksją, pojawia się duch braterstwa, a może i momentami patriotycznego uniesienia.
Swoje robią jazzujące aranżacje i znakomita gra akompaniujących instrumentalistów, zwłaszcza trębacza Jerzego Małka, skądinąd też aranżera i producenta płyty.
Tas Cru to z pewnością odkrycie dla miłośników pełnego zmiennych nastrojów i doskonałych, melodyjnych kompozycji, bluesa.
Trzecia i ostatnia płyta NOSPR pod batutą jej szefa Alexandra Liebreicha z muzyką dwóch wielkich polskich klasyków XX w., nagrana dla niemieckiej firmy Accentus Music.
Muzyczny poziom wynosi album wyżej niż typowo doraźne, filantropijne przedsięwzięcia walczące o dobrą sprawę.
Słysząc klimat tych piosenek i stopień ich dopracowania, trudno sobie wyobrazić lepsze, bardziej obiecujące otwarcie roku w muzyce środka.
Ostatnia ważna płyta roku 2016 albo pierwsza w 2017 – w zależności od przyjętego klucza.
Na płycie znalazły się przede wszystkim własne kompozycje wokalistki, ale obok nich są także jej wersje klasycznych utworów.
Przekraczając bezustannie przeróżne granice, Pink Martini nigdy nie wykraczają poza granice dobrego gustu muzycznego i mistrzowskiego wykonania.
Proszę posłuchać, jak to jest zagrane: uważnie, z feelingiem, bez niepotrzebnego napięcia, czyli z szacunkiem, ale bez kompleksów wobec czarnych braci z Karaibów czy londyńskiego Brixton.
Album, który dowodzi, że na Wyspach nie wszyscy jeszcze zapomnieli o istnieniu krwistego, zadziornego, brudnego rock and rolla.
Dwupłytowy zapis zorganizowanego w 2014 r. koncertu.
Płyta wielce intrygująca i wbrew tytułowi tylko pozornie chaotyczna.
Pełne rozmachu orkiestrowe tematy eklektycznie mieszają się tu z krótkimi etiudami eksperymentalnymi oddającymi bezgraniczną fantazję oryginału Brzechwy.