Recenzja płyty: Leonard Cohen, „Can’t Forget: A Souvenir of the Grand Tour”
Głos Cohena, mimo wieku, nadal brzmi pewnie i sugestywnie.
Głos Cohena, mimo wieku, nadal brzmi pewnie i sugestywnie.
Czasy orkiestrowego popu, w którym celowała polska scena w latach 70., nie całkiem jednak odeszły.
Wszystko świeże, perfekcyjnie wykonane, pełne energii i radości grania.
Kilkuletnia przerwa w nagraniach nie wystarczyła artyście na przygotowanie prawdziwie atrakcyjnego materiału.
To lekka, leniwa, bardzo przyjemna muzyka o kolażowym charakterze, tworzona na światowym poziomie, a jednocześnie tęsknie, choć i nie bez dystansu spoglądająca w stronę Polski.
Dwaj wybitni kompozytorzy, dwa skrajnie różne nastroje.
Po ośmiu latach milczenia udowadnia, że jej kariera to coś trwalszego niż moda na tamte piosenki w tanecznym rytmie.
Muzyka bezproblemowa i zupełnie nieszkodliwa.
Bardzo dobry materiał wspomagający w terapii antystresowej, antykorporacyjnej, antydiscopolowej i anty... (do wyboru).
Blur, choćby i nie odkrywali na nowo prochu, w swojej eleganckiej mieszance tropów z lat 60. i muzyki nowofalowej czy wręcz punka brzmią znów pewnie i przekonująco.
Autor jest mistrzem syntezy dźwięku i perfekcjonistą w tej dziedzinie.
Nie ma powodu, by definiować to wszystko nazwami nurtów i stylów, bo rzecz jest całkowicie samoswoja, autorska.
Teksty bardzo emocjonalne, mówiące o żegnaniu się ze światem, o strachu i pogodzeniu. Równie emocjonalne jest ich opracowanie muzyczne.
Jedna epoka przegląda się w drugiej.
Oldskulowe riffy gitary i matowy, zmęczony głos Tomka.
Wokalistka wydaje się bardziej wyciszona, pogodniejsza, ale też niezmiennie fascynuje swoją sztuką.
Ukłon w stronę klasycznego rock and rolla.
Czasy były ciężkie, co odbija się w tej muzyce, ale jest w niej też ujmująca naiwna pobożność.
W tym powrocie po latach, jakkolwiek dostojnym, przypadku już brak.
Autor pod każdym względem stworzył własny, błyskawicznie rozpoznawalny styl.