Recenzja płyty: Roger Daltrey, Wilko Johnson, „Going Back Home”
Obaj muzycy nie muszą już niczego udowadniać. Grają tak, jak chcą i jak lubią. Nie każdego stać na taki komfort.
Obaj muzycy nie muszą już niczego udowadniać. Grają tak, jak chcą i jak lubią. Nie każdego stać na taki komfort.
Być może dziwne, ale na pewno ciekawe.
Archiwalne nagrania w postaci odrestaurowanej.
Jak na Legacy przystało, dźwięk jest porządnie poprawiony i wyczyszczony, co w przypadku doskonałych występów zaproszonych gwiazd i samego Dylana jest szczególnie istotne.
Duża i ważna płyta.
Płyta jest wszechstronną wizytówką tej jednej z ciekawszych osobowości muzycznych młodego pokolenia.
I czego więcej chcieć?
Oryginalne partie mocno wybitej na pierwszy plan gitary.
To pierwsza od ośmiu lat studyjna propozycja córki słynnego ojca wypełniona jej oryginalnymi piosenkami.
Publikacja tego smakowitego albumu zbiega się z 70 urodzinami Wintera.
To pierwsza od 16 lat studyjna płyta zespołu, który na początku lat 90. był chyba najbardziej wyrazistą i dosłowną w stylu rodzimą odpowiedzią na amerykański grunge.
Lekko, elegancko i dowcipne.
Pierwsze, jasne wrażenie po przesłuchaniu płyty streszcza się w okrzyku entuzjasty: „Pustki są fajne!”.
To nie jest dobra płyta. I można by na tym skończyć, gdyby nie to, że jest to płyta ciekawa.
Ogromnie dynamiczna mieszanka klasycznego hard rocka ze śladami bluesa.
Ten wspaniały amerykański instrumentalista przez całe krótkie życie pozostawał nieco w cieniu.
Muzyka, szlachetnie prosta w wyrazie, nie pozostaje tylko wehikułem dla słów, raczej jest ich uzupełnieniem, elementem równoprawnym i koniecznym w obrębie spójnej całości, jaką jest ta niezwykła płyta.
Świetna praca zespołowa.
Płyta nagrana w 1974 r., która jednak światło dzienne ujrzała dopiero po 40 latach.
12 soczystych, pełnych świetnego gitarowego grania kawałków.