Recenzja wystawy: „Tango na 16 metrach kwadratowych”
Młodych może i zachwyci opowieść o meblościance, ale starsi wiedzą, że było jeszcze ciekawiej.
Młodych może i zachwyci opowieść o meblościance, ale starsi wiedzą, że było jeszcze ciekawiej.
Całość ogląda się z wielką przyjemnością.
Wiek XIX szczególnie obfitował w estetyczne mody i trendy, a wszystkie one znajdowały odzwierciedlenie także w meblach.
Na wystawie portret miasta tworzy sama sztuka, głównie symbolizmu i impresjonizmu, reprezentowana pracami takich gwiazd jak Boznańska, Fałat, Malczewski, Wyczółkowski, Tetmajer i wielu innych.
W galopadzie myśli, obrazów i pomysłów dzisiejszego świata Kamoji jest niewzruszony, zaprasza do medytacji. Warto spróbować.
Niczym meteoryt (tylko 10 dni ekspozycji) przemknie przez stolicę wystawa finalistów kolejnej edycji jednego z najważniejszych konkursów sztuki adresowanych do studentów IV i V rocznika wyższych szkół artystycznych.
Obie wystawy to prawdziwa uczta dla oczu.
Kilkadziesiąt figur, które stanowią wyrzut sumienia, przestrogę, apel o człowieczeństwo.
Dużo tu wątków przemiany i duchowego oczyszczenia, z ogniem w roli głównej.
Wystawa pozostawia uczucie niedosytu, co nie jest zarzutem wobec kuratora, ale wyrazem uznania: chciałoby się więcej.
Wystawa ma charakter retrospektywny i budzi podziw rozmachem.
Subiektywny i ostry jak brzytwa obraz społeczeństwa polskiego. Śmieszny, smutny, prawdziwy.
Lejman nie boi się zadawać pytań o podstawowe wartości, ludzką naturę, sens egzystencji i inne ważne sprawy. Ale czyni to z dyskretną zadumą, bez patosu i efekciarstwa.
Mamy tu blisko trzy wieki osobliwie rozwijającej się pod hiszpańską kontrolą sztuki, która raz ośmiela chrześcijańską symboliką, by za chwilę onieśmielać lokalną, nieskrępowaną fantazją.
O Bolesławie Biegasie, artyście dzisiaj trochę zapomnianym, po raz pierwszy głośno zrobiło się podczas Salonu Niezależnych w Paryżu w 1907 r.
Rysunek Tomasza Niewiadomskiego z gmachem podpisanym jako „Muzeum Komiksu” jest puentą, ale zarazem kluczem do krakowskiej wystawy.
W intrygującym malarstwie Hili nie ma ironii, szyderstwa czy kpiny, ale też krytyki, walki, sprzeciwu.
W salach Zachęty unosi się duch ruchu, gwaru, optymizmu, nawet radości, co w widzu budzić może tylko jedno uczucie: nostalgii.
Zwiedzający dostaje w potężnej dawce to, czego najbardziej brakuje sztuce współczesnej: maestrię warsztatową.
Na dobre rozkręcają nam się muzealne obchody 100-lecia odzyskania niepodległości.