Moje miasto

Siła Polski lokalnej. Na przekór rządowi i pandemii

Rondo Radosława w Warszawie Rondo Radosława w Warszawie Adam Chełstowski / Forum
Zaufanie to towar deficytowy. Nie ufamy sobie nawzajem i instytucjom władzy publicznej. Z pewnym wyjątkiem: samorządem lokalnym. W ciągu 30 lat od pierwszych wolnych wyborów lokalnych w Polsce dokonała się rewolucja.

Władze lokalne cieszą się zaufaniem 74 proc. badanych – sprawdził CBOS w sondażu przeprowadzonym tuż przed wybuchem epidemii Covid-19. W tym samym czasie rządowi ufało 46 proc. respondentów, a brak zaufania deklarowało 45 proc. Sejm i Senat mogły liczyć na jedynie 33 proc. pozytywnych ocen. Kryzys epidemiczny sytuacji tej nie zmienił.

Prowadzone co tydzień badania polskiego społeczeństwa w czasie zarazy przez zespół prof. Radosława Markowskiego z Uniwersytetu SWPS pokazują, że niezmiennie 60 proc. ankietowanych uważa działania władz lokalnych za adekwatne. Rząd, na początku cieszący się podobnie wysokim uznaniem, z czasem zaczął tracić i musi zadowolić się obecnie ok. 40 proc. dobrych ocen.

Co ciekawe, podobne wyniki uzyskali badacze we Francji, gdzie zaufanie do rządu w czasie epidemii spadło do zaledwie 32 proc., podczas gdy merom kierującym gminami ufa aż 75 proc. obywateli. Francuzi podobnie jak Polacy w większości nie wierzą nawet w rządowe informacje na temat rozwoju kryzysu.

Czytaj też: Pandemia to wielki test dla społeczeństwa

Test pandemii

Pandemia okazała się więc czasem niezwykłej próby. Gdy kolejne rządy zaczęły w marcu wprowadzać stan epidemiczny, przywracać granice i mówić o konieczności reindustrializacji, komentatorzy pospieszyli z wyrokami: tak kończy się beztroska globalizacja, wraca państwo narodowe. Gdy społeczeństwa dawały się potulnie zamykać w domach w ramach reżimu dystansowania społecznego, natychmiast pojawiły się opinie, że wrócił czas dla silnych rządów, a bezprecedensowe zagrożenie wymaga poświęcenia wolności, by zachować bezpieczeństwo.

Wszak „jesteśmy na wojnie” – stwierdził prezydent Francji Emmanuel Macron. A na wojnie, jak to na wojnie, warunkiem sukcesu jest powszechna mobilizacja, silna władza i społeczna dyscyplina. Szybko jednak wyszło na jaw, że walka z koronawirusem to nie wojna z wrogiem zewnętrznym uzbrojonym w czołgi i samoloty, tylko test na sprawność społeczeństwa jako całości.

Czytaj też: Spodziewamy się najgorszego. Źle to wróży gospodarce

Dziwna wojna

Koronawirus z równą łatwością zaatakował załogę lotniskowca Charles de Gaulle, jak atakował mieszkańców domów seniora. Marynarze i żołnierze dopiero odebranej z generalnego remontu i naszpikowanej supernowoczesnym uzbrojeniem jednostki okazali się bezbronni, bo zawiodły struktury dowodzenia niedostosowane do walki z niewidzialnym Covid-19.

Bo prawdziwa walka biegła gdzie indziej, na innym poziomie. W Polsce, gdy w lutym Agencja Rezerw Medycznych sprzedawała beztrosko maseczki, w Białymstoku zbierał się zespół ds. monitorowania sytuacji epidemiologicznej, by przygotować miasto do zagrożenia, zanim zidentyfikowano w kraju pacjenta numer zero.

Czytaj też: Kim jest nowy szef Agencji Rezerw Materiałowych?

Gdy premier Mateusz Morawiecki witał z pompą największy samolot świata pełen bezużytecznych, jak się okazało, materiałów medycznych, wójt Sędziejowic Dariusz Wójcik organizował z mieszkańcami swojej gminy szycie maseczek potrzebnych dla bezpiecznego działania służb medycznych i ratunkowych.

Gdy minister Łukasz Szumowski z bratem kupowali również bezużyteczne maseczki od zaprzyjaźnionego instruktora narciarskiego, Alicja Rymszewicz, sołtyska z podwęgorzewskiego Trygortu, zmobilizowała do szycia maseczek mieszkańców z całego powiatu, a kierowane przez nią Stowarzyszenie Rozwoju Wsi Trygort kupiło pralkę i suszarkę dla tutejszych ratowników medycznych.

Pętla finansowa

Podobne historie mogą opowiedzieć mieszkańcy i włodarze innych polskich gmin mierzących się z epidemią i kryzysem, który dopiero nadchodzi. Stawkę zagrożeń odsłoniła analiza Związku Miast Polskich na podstawie ankiety, na którą odpowiedziało 138 miast. Wynika z niej, że wpływy do miejskich budżetów z podatku PIT w kwietniu były o ok. 40 proc. mniejsze niż rok wcześniej.

Wpływy z PIT to główne, obok subwencji z budżetu państwa, źródła dochodów samorządów. Tylko że subwencje idą na określone zadania, wpływy z PIT są pieniędzmi własnymi, którymi samorządy mogą rozporządzać zgodnie z potrzebami. Oczywiście bilans całoroczny nie będzie aż tak dramatyczny, wszystko zależy od głębokości recesji, poziomu bezrobocia i dochodów mieszkańców gmin. Problem w tym, że fundamenty pod samorządowymi finansami zostały podkopane już wcześniej i postarał się o to rząd.

Raport o ewolucji sytuacji finansowej samorządów po 2014 r., przygotowany przez prof. Pawła Swianiewicza i dr Julitę Łukomską dla Fundacji im. Stefana Batorego, pokazuje, że w 2019 r. ujawniło się niepokojące zjawisko – zaczęła maleć nadwyżka operacyjna w samorządowych budżetach, czyli różnica między dochodami a wydatkami. To właśnie ta nadwyżka umożliwia prowadzenie polityki rozwojowej w czasach prosperity, a gdy nadchodzi kryzys, umożliwia działania interwencyjne.

Czytaj też: Maseczki szyte na miarę władzy PiS

Samorządy jednak zamiast skorzystać z ostatniego „roku tłustego”, jakim okazał się 2019, musiały już wtedy zmagać się z konsekwencjami decyzji rządowych, takich jak podwyżka wynagrodzeń dla nauczycieli bez adekwatnego zwiększenia subwencji oświatowej. Samorządy weszły więc w kryzys pełne energii, ale już odczuwając pierwsze skutki zaciskania się pętli finansowej. Gdy wybuchła pandemia, a wraz z nią kryzys, rząd zafundował dodatkową atrakcję – wojnę o wybory prezydenckie 10 maja. Za organizację procesu wyborczego na terenie swoich gmin odpowiedzialni są wójtowie, burmistrzowie i prezydenci. I to oni konsekwentnie tłumaczyli, że w warunkach stanu epidemicznego bezpiecznie przeprowadzić się ich nie da.

Czytaj też: Kryzysowa zmowa. Miasta przejmują inicjatywę

Opór

Symbolem tego oporu stał się Mirosław Lech, wójt podlaskiego Korycina, który 30 marca wycofał upoważnienie pracownikowi odpowiedzialnemu za organizację wyborów i poinformował Państwową Komisję Wyborczą, że odmawia zaangażowania w wybory ze względu na troskę o bezpieczeństwo mieszkańców.

Sytuacja powtórzyła się, gdy Jarosław Kaczyński wpadł na pomysł głosowania kopertowego. Jednym z warunków jego realizacji było udostępnienie spisów wyborców Poczcie Polskiej, operatorowi akcji. Samorządowcy gremialnie odmówili, argumentując brakiem podstaw prawnych. Jak wiemy, wybory 10 maja się nie odbyły, więc kolejny etap sporu rząd–samorząd mamy za sobą. Niezależnie jednak od tego, jak i kiedy w końcu odbędą się wybory prezydenckie, nie zmieni to prozy codziennego lokalnego życia i coraz bardziej natarczywych pytań o przyszłość. Przyszłość niosącą mało popularne w ostatnich latach w samorządzie słowo „oszczędności”.

Gdy wpływy do budżetów, zamiast rosnąć, zaczynają maleć, trzeba ciąć wydatki. Ile zabrać ze sportu, ile kulturze? Ile można przyoszczędzić, ograniczając finansowanie zajęć dodatkowych w szkołach i obniżając dodatki motywacyjne? Pod gilotynę dostaną się też na pewno organizacje społeczne – wiele z nich bez finansowania upadnie, im jednak odebrać dotację będzie łatwiej niż samorządowym instytucjom stanowiącym materialny i kadrowy zasób każdej gminy.

Czytaj też: Na zarazę – samorząd. Epidemia to test dla Polski lokalnej

Wyzwania przyszłości

Przyszłość jednak to także wyzwania, których pandemia Covid-19 nie unieważniła: zmiany klimatyczne, których skutki są coraz bardziej odczuwalne. Skierniewice już ćwiczyły w 2019 r. trudności z zapewnieniem wody, inne miasta odkrywają, że istniejące instalacje burzowe nie chronią już przed dzisiejszymi nawałnicami podtapiającymi miasta. Wielodniowe upały czynią z zabetonowanych i zagęszczonych do granic możliwości przez deweloperów osiedli piekielne wyspy ciepła. Wszystkie te wyzwania wymagają przemyślanych odpowiedzi, które prowadzą do jednego słowa: inwestycje.

Samorządy wydały na inwestycje w 2018 r. ponad 50 mld zł, pieniądze te mają istotny udział w dynamice gospodarczej kraju. Zahamowanie inwestycji samorządowych oznacza, że znacznie trudniejsza będzie walka z recesją, nie mówiąc o konsekwencjach zaniechań wobec opisanych wcześniej wyzwań przyszłości. Władze lokalne nie dysponują podobnymi instrumentami polityki finansowej co państwo – nie mogą „drukować” pieniądza, w ograniczonym tylko stopniu mogą posługiwać się lokalnymi podatkami oraz zaciągać dług, którego wysokość sztywno ograniczają przepisy narzucone przez rząd. W efekcie może nawet zabraknąć na wkład własny niezbędny do tego, żeby ubiegać się o środki unijne, które w istotnym stopniu od 2004 r. finansują rozwój polskich gmin, miast i miasteczek.

To niewesoły element bilansu 30-lecia polskiej samorządności. Trzy dekady po pierwszych wolnych wyborach do rad gmin, które odbyły się 27 maja 1990 r., nad polskim samorządem gromadzą się czarne chmury, a przyszłość spowija mgła niepewności. Niepewność tę potęguje polityka rządu PiS. Jarosław Kaczyński nigdy nie ukrywał niechęci do autonomii samorządu i wpisanej w konstytucję zasady decentralizacji władzy państwowej.

Czytaj też: Widmo bezrobocia. Czy koronawirus wywróci rynek pracy?

Pokusa recentralizacji

Przed wyborami lokalnymi w 2018 r. ostrzegał przed samorządami warczącymi na rząd. Tę niechęć na pewno wzmogło fiasko planu przeprowadzenia wyborów prezydenckich 10 maja. Wszak w głównej mierze przyczynił się doń opór wójtów, burmistrzów i prezydentów, którzy stanęli po stronie swoich mieszkańców.

Mimo to prof. Dawid Sześciło z Uniwersytetu Warszawskiego, badacz samorządów i główny autor opracowania „Polska samorządów. Silna demokracja, skuteczne państwo” wydanego w 2018 r. przez Fundację im. Stefana Batorego, twierdzi, że sposób, w jaki Polska radzi sobie z pandemią, jest najlepszym dowodem na sukces zasady decentralizacji i samorządności. Polska lokalna działała sprawnie, dostarczając maseczki tam, gdzie nie potrafiły ich zapewnić służby państwa, nie zapominając przy okazji o tym, że śmieci też musiały być odebrane.

Dr hab. Paweł Kubicki, socjolog miasta z Uniwersytetu Jagiellońskiego, twierdzi wręcz, że obecny kryzys i sposób, w jaki sobie z nim radzą polskie miasta, stworzył szansę wykreowania nowych mitów odnawiających lokalne wspólnoty i integrujących ich tożsamość. Podobnie jak stało się to we Wrocławiu po wielkiej powodzi 1997 r.

Mimo entuzjazmu Sześciło i Kubicki dostrzegają też wady i deficyty polskiej samorządności: nadmierna koncentracja władzy w rękach wójtów, burmistrzów i prezydentów, lokalny klientelizm, brak przejrzystości, niechęć do włączania mieszkańców do procesów współdecydowania – to tylko kilka problemów, które wymagają korekty. Obecny kryzys stwarza szansę, bo ujawnił najważniejszy zasób Polski lokalnej – władze lokalne byłyby równie bezradne co premier przed Antonowem pełnym badziewia, gdyby nie siła lokalnych społeczności i ich zdolności do samoorganizacji, aktów solidarności i współdziałania.

Czytaj też: Ile państw, tyle strategii przetrwania

Nieoczywista rewolucja

W 1990 r. nie było wcale oczywiste, że samorządowa rewolucja się powiedzie. Badacze Polski lokalnej prowadzący od 1985 r. wielki program badawczy mówili o ukrytym potencjale. Jednocześnie nad polskim społeczeństwem wisiało widmo „próżni socjologicznej”. Pojęcie to wprowadził do obiegu w 1979 r. prof. Stefan Nowak. Przekonywał, że Polacy identyfikują się jedynie z rodziną i najbliższym kręgiem przyjaciół oraz z najwyższym wymiarem organizacji społecznej, narodem. Pomiędzy tymi skrajnościami zieje owa próżnia.

Czy mogło być jednak inaczej, skoro w PRL obowiązywała koncepcja „jednolitej władzy państwowej”, a naczelnicy gmin i przewodniczący rad narodowych byli wykonawcami dyspozycji z centrali? Na dodatek w zdecydowanej większości należeli do PZPR, a głównym problemem władzy lokalnej była ich alienacja z lokalnej społeczności – pisał prof. Bohdan Jałowiecki w opublikowanym w 1990 r. opracowaniu „Rozwój lokalny”.

Powrotu do „jednolitej władzy państwowej” nie ma, nawet jeśli marzyłby o tym Jarosław Kaczyński lub dowolny inny polityk przekonany, że źródłem siły państwa jest skoncentrowana w politycznym centrum władza i hierarchiczna struktura zarządzania. W Polsce tak rządzić się nie da, ewentualne próby muszą doprowadzić do cywilizacyjnej katastrofy. To najważniejsza lekcja, jaką już można wyciągnąć z epidemii, kryzysu oraz 30 lat odnowionej polskiej samorządności.

Czytaj też: Upadek świata nowym początkiem?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama