Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Rynek

„Afera wiatrakowa”: pierwszy stress test nowej koalicji. PiS zakrzywia rzeczywistość

Wiatraki Wiatraki BlackBox / Unsplash
PiS dostrzegł szansę na przeprowadzenie pierwszego stress testu nowej sejmowej koalicji: to projekt ustawy o zamrożeniu cen energii elektrycznej, gazu i ciepła w pierwszej połowie 2024 r. O co chodzi?

To poselski projekt Koalicji Obywatelskiej i Trzeciej Drogi. Pisaliśmy już, że koalicja demokratyczna nie zaakceptuje projektu firmowanego jeszcze przez Jacka Sasina dotyczącego zamrożenia cen energii w 2024 r., wokół którego Mateusz Morawiecki chciał nawet budować nową koalicję rządową. Powód jest prosty: ustawa mrożąca ceny energii (ale tylko przez pół roku) miała być wehikułem, którym nowa władza chce dowieźć kilka innych rozwiązań związanych z energetyką, uznawanych przez nią za szczególnie pilne.

Trzeba się spieszyć, bo 2024 tuż-tuż, a sprzedawcy energii muszą wiedzieć, po jakich cenach mają sprzedawać energię elektryczną i ciepło, oraz kto im potem straty wyrówna. Była nadzieja, że zaszycie w ustawie mrożącej ceny innych rozwiązań potrzebnych energetyce ograniczy ryzyko prezydenckiego weta.

Czytaj też: Ceny prądu do odmrożenia? Co zrobić z kukułczym jajem od PiS

Prądu z morza nadal nie ma

PiS jednak się zorientował i tak narodziła się „afera wiatrakowa”. W projekcie ustawy znalazły się bowiem m.in. przepisy liberalizujące budowę farm wiatrowych. A one były zawsze obsesją PiS. Z jakichś sobie znanych względów uznano je za największego wroga i niszczono. Był nawet pomysł, by zamiast budowania nakazać ich sukcesywną likwidację. PiS deklarował się jako entuzjasta energetyki wiatrowej, ale wyłącznie na morzu, bo to kosztowne i gigantyczne inwestycje, a takie lubi najbardziej. Oczywiście do dziś żaden wiatrak na Bałtyku nie powstał i choć PGE i Orlen prowadzą w tym kierunku prace, to na zielony prąd z morza jeszcze poczekamy.

Szybciej moglibyśmy mieć więcej prądu z farm wiatrowych na lądzie, gdyby nie przepisy antywiatrakowe uchwalone przez rząd PiS. Reguła 10H (zakaz stawiania wiatraków, jeśli w promieniu wyznaczonym przez dziesięciokrotność ich wysokości stoją domy) w praktyce zablokowała budowę nowych instalacji. W pewnej chwili nawet PiS zdał sobie sprawę, że z tymi wiatrakami przeholowano, więc pojawił się projekt liberalizacji przepisów. A wówczas w Zjednoczonej Prawicy zaczęło trzeszczeć, bo Suwerenna Polska postanowiła na środowiskach antywiatrakowców (przekonanych, że odnawialna energia to samo zło) politycznie się podbudować.

Ostatecznie stanęło na tym, że reguła 10H została złagodzona. Zamiast tego wprowadzono regułę 700 m od domów, której nie można przekraczać, stawiając instalacje wiatrowe. Branża apelowała o 500 m jako standard dość powszechny w Europie, ale ziobryści powiedzieli „nie”.

Czytaj też: PiS grzmi o „aferze wiatrakowej”

Komisja śledcza wiatrakowa

Dlatego nowa koalicja, chcąc odblokować rozwój energetyki wiatrowej, wprowadziła do projektu ustawy nową regułę związaną nie z odległością, ale z poziomem hałasu powodowanym przez turbinę. W praktyce oznacza to, że wiatrak można byłoby lokować w odległości 300–350 m od domów. Dodatkowo w projekcie znalazły się zapisy liberalizujące zasady lokalizowania wiatraków. Można by to robić uchwałą rady gminy, a nie na podstawie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Projekt dopisał też elektrownie wiatrowe do katalogu celów publicznych, co mogłoby stanowić podstawę do przymusowych wywłaszczeń.

I właśnie te zapisy okazały się dla polityków PiS dobrą okazją do ogłoszenia „afery wiatrakowej”. Według niej nowa sejmowa koalicja idzie na pasku lobbystów, deweloperów, inwestorów farm wiatrowych i producentów instalacji wiatrakowych, i to (uwaga!) niemieckich. Premier rządu tymczasowego Mateusz Morawiecki zażądał stworzenia nowej komisji śledczej, tym razem wiatrakowej, która miałaby zbadać, komu to służy i kto za tym stoi.

Czytaj też: Napięcie rośnie. Co się stanie z cenami prądu?

Nie ma rządu, jest zamieszanie

Wydarzenia dziejące się wokół projektu ustawy okazały się pierwszą próbą poróżnienia przyszłej koalicji rządowej. Nawet eksperci przyznają, że projekt poszedł ciut za daleko. Autorzy chcieli dobrze, ale wszystkiego naraz zrobić się nie da. Zgodnie ze znaną zasadą „nadgorliwość gorsza od faszyzmu” – teraz trzeba tę nadgorliwość powściągnąć. Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej wydało oświadczenie, że nie maczało palców w projekcie i zmiana z 700 na 500 m, o co od dawna zabiega, będzie wystarczająca, by odblokować potencjał energii wiatru na lądzie. „Nie postulujemy i nie będziemy postulować możliwości korzystania z instytucji celu publicznego dla lokalizacji farm wiatrowych. Te uproszczenia są przeznaczone dla infrastruktury energetycznej zapewniającej przesył energii elektrycznej i ciepła w Polsce” – stwierdził prezes PSEW Janusz Gajowiecki.

Koalicja sejmowa przeszła do defensywy, zrobiło się zamieszanie, zaczęło się przekonywanie, że nic nie jest przesądzone i nie wszystko, co jest w projekcie, musi znaleźć się w ostatecznej wersji ustawy. Paulina Hennig-Kloska, przyszła minister klimatu i środowiska, firmująca projekt, ponoć może te wydarzenia przypłacić utratą stanowiska, którego jeszcze nie dostała. Wszystko dzięki „zakrzywieniu rzeczywistości”, czyli tworzeniu wrażenia, że ustawę mrożącą ceny, wraz z dodatkami wiatrowymi, zgłosił rząd Donalda Tuska, a większość sejmowa go przyjęła. A przecież ani rządu nie ma, ani przyjętej ustawy sejmowej. Jest za to pierwsze w tej kadencji potężne zamieszanie. Ale nie pierwsze zamieszanie w historii Sejmu związane z energetyką wiatrową.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Historia

Czarna legenda marszałka Pétaina. We Francji to nadal bolesna i otwarta rana

Proces o zdradę stanu nie zawsze kończy sprawę, czasem na pokolenia zostaje otwarta narodowa rana. Przykładem skazanie marszałka Philippe’a Pétaina za kolaborację z Hitlerem.

Adam Krzemiński
27.02.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną