Rynek

Ceny prądu do odmrożenia? Nowy rząd będzie miał dylemat, co zrobić z kukułczym jajem od PiS

Rząd wydał rozporządzenie taryfowe, zobowiązując wszystkich sprzedawców energii do obniżenia cen, ale zapomniał ustalić kto za to zapłaci. Teraz okazało się, że nie budżet, ale spółki energetyczne. Rząd wydał rozporządzenie taryfowe, zobowiązując wszystkich sprzedawców energii do obniżenia cen, ale zapomniał ustalić kto za to zapłaci. Teraz okazało się, że nie budżet, ale spółki energetyczne. ratmaner / PantherMedia
Państwowe spółki energetyczne zawiązują rezerwy, by uchronić się przed oskarżeniem o wyprowadzanie pieniędzy na wyborcze prezenty od PiS. Zgodnie z zasadą „nie ma darmowych obiadków” koniec końców rachunek zapłacimy my, odbiorcy energii.

Państwowa spółka energetyczna Enea poinformowała, że „w związku z brakiem interpretacji ze strony resortu klimatu i środowiska przepisów dotyczących systemu rekompensat zawiąże rezerwę na ok. 264 mln zł”. Wcześniej podobne decyzje o utworzeniu rezerw podjęły inne firmy energetyczne. Największą – ponad 500 mln zł – zawiązał Tauron, spółka znajdująca się w najgorszej kondycji finansowej. Powodem tych działań jest jeden z wyborczych prezentów rządu PiS polegający na dodatkowej obniżce cen energii elektrycznej dla odbiorców domowych o 125 zł. Rząd wydał w tej sprawie rozporządzenie taryfowe, zobowiązując wszystkich sprzedawców energii do obniżenia cen, ale zapomniał ustalić, kto za to zapłaci. Teraz okazało się, że nie budżet, ale spółki energetyczne. Te zaś nie są zachwycone perspektywą finansowania kampanii wyborczej Jacka Sasina, bo to on jest ojcem tego pomysłu, co chętnie przed wyborcami podkreślał. W sumie koszt wyniesie ponad miliard złotych. Zawiązanie rezerw jest więc kolejną próbą przypomnienia rządowi o kosztach wprowadzanych ad hoc obietnic wyborczych. Jest też rodzajem samoobrony spółek Skarbu Państwa i ich prezesów przed ewentualną odpowiedzialnością prawną. PGE, Enea czy Tauron to kontrolowane przez państwo spółki publiczne, mające też prywatnych akcjonariuszy, którzy muszą wiedzieć, że państwowy współwłaściciel wyprowadza od zaplecza pieniądze.

Ciekawe, że rezerwy nie zawiązał Orlen, który ma w swej grupie znajdującą się w podobnej sytuacji spółkę elektroenergetyczną Energa. Zresztą i sam płocki koncern powinien zawiązać rezerwę z powodu strat, na jakie naraziła go przedwyborcza akcja sprzedaży paliw po obniżonych cenach. Było to działanie na szkodę spółki, a nic nie wiadomo, by ktokolwiek poczuwał się do rekompensat. Zapewne Daniel Obajtek będzie się niebawem tłumaczył z tego przed prokuratorem.

Zapłacimy podatkiem inflacyjnym

Zgodnie z zasadą „nie ma darmowych obiadków” koniec końców rachunek za te prezenty zapłacimy my, odbiorcy energii. Jeśli nie bezpośrednio w fakturach za domową energię, to w wyższych cenach usług i produktów, czyli w podatku inflacyjnym, bo starą tradycją energetyka straty generowane przez taryfy z grupy G (czyli gospodarstw domowych) będzie sobie odbijała na odbiorcach gospodarczych. Szczególnie na małych i średnich firmach.

Czytaj także: Pod prąd: tak PiS manipuluje cenami. Po wyborach mogą wzrosnąć nawet o 80 proc.

Prezenty wyborcze PiS są więc kukułczym jajem podrzuconym następcom, którzy będą musieli jakoś cały ten energetyczny bałagan ogarnąć. A w tym bałaganie straty spółek spowodowane sasinowym dodatkiem energetycznym to kropla w morzu. Najważniejszą sprawą są zamrożone ceny energii. To rozwiązanie z 2022 r. związane z kryzysem energetycznym, jaki w Europie wywołało najpierw pocovidowe ożywienie, a potem wojna w Ukrainie. Wiele krajów mroziło ceny, bo wysokie ceny gazu oddziaływały na ceny energii elektrycznej. Liczono, że kiedy sytuacja z gazem się ustabilizuje, wszystko wróci do wcześniejszego poziomu. Na razie się na to nie zanosi. Nowy rząd będzie musiał jednak w pewnym momencie ceny odmrozić. Rząd PiS nie określił, czy w 2024 r. mają być zamrożone, czy nie. Poseł elekt Andrzej Domański, główny doradca ekonomiczny Donalda Tuska, w wywiadzie w Radiu Zet zadeklarował, że KO będzie w 2024 r. za utrzymaniem cen maksymalnych energii i gazu, ale nie wiadomo, na jakim poziomie i czy nie zostanie wprowadzone kryterium dochodowe.

Czytaj także: Cud przy pompie. Kto i ile zapłaci za kampanijny prezent Daniela Obajtka

Ile wzrosną „zamrożone” ceny?

Niezależnie jakie decyzje zapadną, energia elektryczna będzie coraz droższa. Zresztą już jest, co chyba każdy widzi po rachunkach za prąd. Portal Wysokie Napięcie policzył, jak drożała (teoretycznie zamrożona) energia w pierwszej połowie 2023 r. Rzeczywisty średni koszt energii elektrycznej dla gospodarstwach domowych wzrósł w tym czasie o niemal 30 proc. To największy roczny wzrost po 1989 r.

Spółki dostarczające nam prąd wystąpiły do prezesa URE o zatwierdzenie nowych taryf. Na razie nie wiadomo, jak dużych oczekują zmian. Wysokie Napięcie prognozuje, że w 2024 r. cena energii dla grupy G11 wyniesie 70 gr/kWh, czyli tyle, ile dziś płaci się za prąd zużywany po przekroczeniu limitu zamrożenia. Wzrośnie też opłata dystrybucyjna, czyli to, co płacimy za samo dostarczenie nam energii do domu – z 32 gr do ponad 50 gr/kWh. Średnio więc rachunki wzrosną z 96 gr/kWh do ponad 1,50 zł/kWh brutto.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kultura

Jak Koreańczycy podbijają świat muzyki klasycznej. Słychać ją nawet w słynnych k-dramach

Muzycy z Korei Południowej coraz częściej podbijają świat muzyki klasycznej. To dalszy ciąg koreańskiej fali, efekt olbrzymich ambicji i kultury, która Beethovena i Brahmsa umieszcza w tytułach romansowych seriali.

Dorota Szwarcman
15.07.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną