Wirtualne e-auto. Chińczycy tracą cierpliwość, rząd naciska. Na horyzoncie cel KPO
Kiedy wydaje się, że finał tej produkcji tuż-tuż, następuje zaskakujący zwrot akcji, pojawiają się nowe postaci, nowe problemy i tak bez końca. Tym razem z przecieków dochodzących z EMP (to jedyne źródło informacji) wynika, że Łukasz Maliczenko zajmował się negocjacjami z Chińczykami, ale rozmowy z koncernem Gelly, a potem Chery skończyły się fiaskiem, więc kontraktu nie dowiózł i stąd dymisja. Brzmi prawdopodobnie, choć prawdą być nie musi.
Czytaj także: Izera, czyli jak w kiepskiej telenoweli, ale bez happy endu
Izera, czyli Polak jak zwykle „potrafi”
Chińczycy uchodzili za ostatnią deskę ratunku projektu polskiego elektryka. Projektu który narodził się wkrótce po wygranych przez PiS w 2016 r. wyborach, kiedy nowa władza zadeklarowała, że ona rzeczy niemożliwe załatwia od ręki, a cuda w niewiele dłużej. Hasło stworzenia polskiej marki samochodów elektrycznych było społecznie nośne, państwowe spółki sypnęły groszem, więc jaki problem zrobić takie auto, a potem rozpocząć masową produkcję?
Jednym z pomysłodawców był Michał Kurtyka, młody ekonomista i naukowiec, teoretyk i entuzjasta elektromobilności. Został wiceministrem energii u boku Krzysztofa Tchórzewskiego, ważnego polityka PiS, który także nie widział przeszkód, by za kilka lat polskie drogi zaroiły się od e-aut krajowej produkcji. Padło hasło „Polak potrafi”, bo co to za problem skonstruować elektryczne auto? W 2025 r. miało jeździć po polskich drogach milion polskich aut elektrycznych. Jeździ nieco ponad 100 tys. i ani jeden polskiej produkcji.
Okazało się, że takie cuda to są już poza zasięgiem, nawet rządu PiS. Podobnie jak budowa robotów medycznych, morskiego promu, polskiego superekspresu i innych cudów obiecanych w Planie Morawieckiego. Lata mijały, spółka EMP przepalała kolejne miliony złotych, ale przyznać się do porażki było głupio. Więc dalej w to brnięto. Zamówiono we włoskiej firmie designerskiej dwa projekty, na podstawie których zbudowano dwie makiety prezentowane jako modele marki Izera. Miały za chwilę wejść do produkcji. Zapadła nawet decyzja, że fabryka powstanie w Jaworznie, na Śląsku. Jest działka, wycięto kawał lasu, podpisano umowę z wykonawcą. Ale problem polega na tym, że auto nie może składać się z samego nadwozia. Pod spodem musi być coś, co będzie jeździć. Sami tego nie zbudujemy. Ze stu powodów: nie mamy fachowców, nie mamy doświadczenia, nie mamy zaplecza badawczego ani gigantycznych pieniędzy, jakie trzeba wydać, ryzykując, że się je straci.
Zaczęło się więc polowanie na dostawcę platformy, czyli e-auta, na którym osadzić by można dzieło włoskich projektantów (w międzyczasie w innej włoskiej firmie zamówiono kolejny projekt nadwozi, bo tamte się zestarzały). Szybko okazało się, że choć producentów aut elektrycznych jest dziś co niemiara, to mało kto jest gotów na współpracę z politycznym projektem polskiej Izery. Liczono na firmy europejskie, ale Polską zainteresowanie okazali Chińczycy. Zaczęły się więc negocjacje, by to oni dostarczali nam swoje platformy i produkowali w Jaworznie e-auta na potrzeby swoje i nasze.
Piar za każdą cenę
I w tym momencie na scenie pojawiła się Koalicja 15 października. Spodziewano się, że serial się skończy, a wirtualne auto na politycznym paliwie odjedzie do historii. Trzeba się wprawdzie pogodzić ze stratami, wydano przecież setki milionów złotych, ale brnięcie dalej oznaczało już wydatki idące w miliardy, bez szans na ich odzyskanie. Jednak czasy się zmieniły. Dziś bardziej się liczy efekt piarowy od ekonomicznego. Projekt się nie spina, grozi stratami? A kogo to obchodzi? PiS przekonał społeczeństwo, że stać nas na realizację dowolnego, nawet najbardziej księżycowego projektu, bo liczy się wielkość, nawet jeśli to jest obietnica niemożliwa do realizacji. Z tego samego powodu kontynuowana jest budowa megalotniska CPK. Nie rezygnujemy z budowy kilkudziesięciu elektrowni jądrowych, a w Jaworznie trwają przygotowania do budowy fabryki aut elektrycznych, choć nie wiadomo jakich. Projekt nie nazywa się Izera, ale hub elektromobilności, by odróżnić się od poprzedników.
Chińczycy tracą cierpliwość
Problem polega jednak na tym, że Chińczycy tracą cierpliwość. Liczyli, że im wybudujemy fabrykę, w której będą mogli produkować swoje auta, ale polska strona stawia warunki. Chce dostępu do technologii, włączenia polskich zakładów w łańcuch wartości auta. Najpierw od negocjacyjnego stołu wstał koncern Gelly, więc EMP siadło do rozmów Chery, koncernem, który ma tę wadę, że jest mocno obecny na rynku rosyjskim. I znów klapa.
Czytaj także: Izera zmartwychwstaje. Ale wszystkie jej projekty poszły do kosza
Sprawa ma dla obecnego rządu istotne znaczenie, bo w Krajowym Planie Odbudowy, który zatwierdziła Bruksela, zadeklarowaliśmy, że jednym z naszych głównych priorytetów jest elektromobilność, a na to hasło Komisja Europejska reaguje bardzo pozytywnie. Do wydania jest 4,5 mld zł, ale czas goni, bo ostateczny termin na podpisanie umowy mija w czerwcu tego roku. Za jednym zamachem udałoby się załatwić sprawę jednego ważnego punktu z KPO, inaczej pieniądze się zmarnują. Nikt się nie przejmuje, że te pieniądze nie są prezentem i trzeba będzie je zwrócić. Zresztą 4,5 mld zł to o wiele za mało, by nowa fabryka powstała. Business Insider Polska doniósł ostatnio, że Ministerstwo Aktywów Państwowych naciska na EMP, żądając znalezienia partnera technologicznego, i lepiej, żeby to nie była firma chińska. Łatwo powiedzieć, kiedy nie ma chętnych.
Wygląda więc na to, że po wyborach w 2027 r. kolejny rząd przejmie projekt Izera/hub elektromobilności, wymyśli jakąś własną nazwę i nasze narodowe wirtualne e-auto pojedzie dalej. A my za to zapłacimy.