Problemy z paliwem lotniczym są dwa – po pierwsze, drastycznie zdrożało, a po drugie, jest go coraz mniej. Baryłka ropy według wskaźnika Brent kosztowała przed atakiem Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran 60–70 dol. Jeszcze wczoraj trzeba było za nią zapłacić 110 dol. Dzisiaj staniała do ok. 95 dol. po ogłoszeniu dwutygodniowego rozejmu, który ma – przynajmniej teoretycznie – odblokować cieśninę Ormuz. Tymczasem wzrost cen paliwa lotniczego okazał się w ostatnich tygodniach jeszcze bardziej dotkliwy. Według danych IATA, światowego zrzeszenia przewoźników, baryłka kerozyny kosztowała w Europie w ubiegłym tygodniu niemal 220 dol. To wzrost aż o 140 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem.
Czytaj także: Koniec raju w Dubaju, koniec bajki. Wojna w Iranie uderzyła w światowy rynek paliw i turystykę
Pierwsze limity paliwa w Europie
Paliwo lotnicze Europa w 30–40 proc. sprowadza z regionu Zatoki Perskiej, przede wszystkim z Kuwejtu. Niektóre kraje, np. Wielka Brytania, są jeszcze bardziej uzależnione od importu tego produktu przez cieśninę Ormuz. Do Europy docierają właśnie ostatnie transporty z tego kierunku, wysłane tuż przed wybuchem wojny. Na razie na większości lotnisk naszego kontynentu nie ma jeszcze problemu z dostępnością paliwa (znacznie gorzej jest już w Azji), chociaż są pierwsze ograniczenia. Dotyczą one kilku włoskich portów (Mediolan Linate, Bolonia, Wenecja i Treviso), które zaczęły wprowadzać limity. W ostatnich dniach maszynom obsługującym połączenia europejskie pozwalały tankować tylko 2 tys. litrów, co w przypadku najpopularniejszych samolotów używanych przez tanie linie (jak Boeing 737 czy Airbus A320) nie wystarcza nawet na godzinę lotu. Mały port w Brindisi ogłosił, że tymczasowo wstrzymuje możliwość tankowania. W takiej sytuacji linia musi zabrać na zapas więcej paliwa, startując z wcześniejszego lotniska, co zwiększa masę maszyny, a zatem także zużycie kerozyny.
Czytaj także: Ceny biletów lecą w górę. Chodzi nie tylko o paliwo
Nieopłacalne połączenia
Szefowie linii lotniczych ostrzegają, że o ile w kwietniu problemy z brakiem paliwa w europejskich portach będą raczej wyjątkiem, o tyle już w maju sytuacja może się pogorszyć, jeśli dostawy z Zatoki Perskiej nie zostaną szybko przywrócone. Niektórzy przewoźnicy, m.in. skandynawski SAS i nasz Lot, już zaczynają anulować niektóre połączenia. W tym przypadku powodem nie jest jednak deficyt paliwa, a jego bardzo wysoka cena. Przewoźnicy mogą oczywiście próbować podnosić ceny biletów (niektórzy już to robią), ale w ten sposób stracą część pasażerów, którzy są gotowi latać tylko w najtańszych taryfach. Linie zaczynają zatem przegląd siatki swoich połączeń – rejsy najmniej opłacalne czy takie, gdzie wyjątkowo dużo biletów sprzedawanych jest w niskich cenach, są teraz najbardziej zagrożone. Taka redukcja pozwala też tymczasowo odstawić najstarsze, czyli zużywające najwięcej paliwa w przeliczeniu na pasażera, maszyny.
Czeka nas letni chaos lotniczy?
Teoretycznie wydawałoby się, że ograniczenie liczby odlotów z powodu mniejszego popytu pozwoli równocześnie rozwiązać problem z mniejszą dostępnością paliwa. Jednak w rzeczywistości ten proces nie będzie tak łatwy. Może bowiem się zdarzyć, że trzeba anulować rejs przynoszący zyski, bo lotniska, które on obsługuje, muszą racjonować paliwo. A inne połączenie zostanie odwołane nie dlatego, że brakuje kerozyny, tylko z powodu jego nieopłacalności. Jeśli wojna w Zatoce Perskiej szybko się skończy, utrudnienia dla pasażerów powinny być ograniczone, zwłaszcza w wakacje. W przeciwnym razie lato może być okresem wielkiego lotniczego chaosu. Polska jest krajem, który produkuje znaczną część paliwa zużywanego na naszych lotniskach. Jednak kłopot pojawia się wtedy, gdy część portów uniemożliwia tankowanie maszyn. Wówczas w tych z dostępnym jeszcze paliwem gwałtownie rośnie popyt (tankowanie na zapas), co powoduje, że i one mogą szybko mieć problemy z dostępnością.
Czytaj także: Wojna z Iranem sparaliżowała ruch lotniczy. Odwołane loty, pasażerowie koczują na lotniskach
Kto zaplanował podróż na najbliższe miesiące, ten musi cierpliwie czekać i liczyć się z koniecznością zmiany planów. Jeśli linia chce odwołać rejs z powodów ekonomicznych - bo przestał się jej opłacać – powinna zrobić to przynajmniej 14 dni wcześniej. W przeciwnym razie klientowi przysługuje odszkodowanie wynoszące od 250 do 600 euro, w zależności od czasu lotu. Jeżeli jednak odwołanie rejsu wynika z braku paliwa, to przewoźnik może powołać się na niezależne od niego okoliczności – wówczas żadne odszkodowanie nie przysługuje. Pozostaje zwrot ceny biletu lub zmiana rezerwacji na inny lot. Pod warunkiem, że akurat na ten kerozyny wystarczy.