Społeczeństwo

Psychiatria dziecięca na zakręcie? Już za nim. Właśnie runęła w przepaść

Oddziały psychiatrii wieku rozwojowego są w polskich szpitalach przepełnione, a lekarze – w obliczu braku personelu – nie są w stanie zapewnić pacjentom bezpieczeństwa. Oddziały psychiatrii wieku rozwojowego są w polskich szpitalach przepełnione, a lekarze – w obliczu braku personelu – nie są w stanie zapewnić pacjentom bezpieczeństwa. Eric Ward / Unsplash
Brak sensownego systemu, przepełnione oddziały szpitalne, brak personelu. Psychiatria dzieci i młodzieży od lat nie może wydobyć się z kryzysu. Młodzi pacjenci i ich rodzice są w dramatycznym położeniu.

Stajemy przed dramatycznym pytaniem: czy powiesi się nastolatek z myślami samobójczymi odesłany ze szpitalnej izby przyjęć do domu, czy ten przyjęty na oddział, któremu nie będziemy w stanie zapewnić opieki?

Czytaj także: Samobójstwo. Kto mówi, ten... zrobi?

Gdy prof. Tomasz Wolańczyk, ordynator Oddziału Psychiatrii Wieku Rozwojowego z Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Warszawie, stawiał ten problem na konferencji w biurze Rzecznika Praw Dziecka, część słuchaczy brała go za hipotetyczny.

A jednak stał się realny: po zamknięciu oddziału dziecięcego w Mazowieckim Centrum Neuropsychiatrii w Józefowie oraz złożeniu wypowiedzeń przez lekarzy tej specjalności w szpitalu pediatrycznym przy ul. Żwirki i Wigury (właśnie u prof. Wolańczyka) rodzice i pacjenci znaleźli się w dramatycznym położeniu. Oddziały są przeładowane, brakuje personelu.

Czytaj także: Dramaty rodzin młodych samobójców

Psychiatria dziecięca: żonglerka przy braku bezpieczeństwa

Nie chodzi nam o podwyżki – podkreślają lekarze. – Lecz o elementarne poczucie bezpieczeństwa dla naszych pacjentów, którymi w tej chwili nie ma kto się zajmować. W warszawskim Oddziale Klinicznym Psychiatrii Wieku Rozwojowego przy ul. Żwirki i Wigury na 20 łóżek było przyjętych wczoraj 38 chorych. Blisko 40 nastolatków z różnymi, nierzadko poważnymi zaburzeniami, na cztery dyżurujące pielęgniarki. Śpią na kocach i materacach w świetlicy i jadalni. Pozostawiony we wspomnianym Józefowie oddział dla nastolatków jest podobnie przepełniony. To samo w Instytucie Psychiatrii i Neurologii – 28 łóżek i 45 pacjentów. Stan osobowy zmienia się codziennie, ponieważ lekarze na ostrych dyżurach muszą żonglować nowymi przyjęciami i wypisami tak, by nie pozostawić nikogo bez pilnej opieki – ale przy obecnym braku kadr to niezwykle niebezpieczna żonglerka.

Czytaj więcej: Choroba afektywna dwubiegunowa. Jak żyć z manią i depresją?

Nie tylko na Mazowszu, lecz w całej Polsce zapaść psychiatrii dziecięcej jest tak wielka, że na oddziałach pozostali pojedynczy lekarze, najczęściej – tak jak np. w Grudziądzu – sami ordynatorzy. Jeden z nich mówi anonimowo: „Nikt nie chce przyjść do mnie na etat, bo praca w takich warunkach nie zapewnia podstawowego nawet poczucia bezpieczeństwa. Przecież to my odpowiadamy za życie tych dzieci, ale bez sanitariuszy, pielęgniarek, psychologów to ciągły stres zajmować się w dwie–trzy osoby gromadą 30–40 nastolatków z ciężkimi zaburzeniami psychicznymi”.

Brakuje kadr, brakuje sensownego systemu

Wyobraźmy sobie obecny system ochrony zdrowia, w którym nie byłoby lekarzy rodzinnych ani przychodni rozsianych w różnych częściach miast i wszyscy pacjenci musieliby trafiać na izby przyjęć, czyli szpitalne oddziały ratunkowe. Właśnie taką sytuację mamy obecnie w psychiatrii dziecięcej, która przeżywa zapaść już od kilku lat i jesteśmy świadkami jej krachu.

Czytaj także: Jak po ludzku leczyć chorych psychicznie

Rzecznik praw dziecka (ten poprzedni) niewiele wskórał, upominając się o poprawę warunków finansowania, a wiadomo, że każdy oddział psychiatrii dziecięcej przynosi straty rzędu nawet 200 tys. zł miesięcznie.

Model środowiskowy psychiatrii, a więc oparty na rozbudowanej sieci placówek ambulatoryjnych, również wymaga dodatkowego sfinansowania i praktycznie nie funkcjonuje, gdyż nie opłaca się otwierać tego typu poradni. W najlepszych placówkach klinicznych psycholodzy mogą liczyć na pensję w wysokości najwyżej 2 tys. zł na rękę miesięcznie, co oznacza, że mało kto zainteresowany jest zdobyciem takiego etatu i podjęcia się bardzo trudnej pracy.

Czytaj więcej: Czy depresja jest dziedziczna i przechodzi z pokolenia na pokolenie?

Warto to podkreślić: pacjentami oddziałów psychiatrycznych dla dzieci i młodzieży są osoby zmagające się z depresją, zaburzeniami zachowania i więzi międzyludzkich. To dzieci, które podjęły próby samobójcze lub utraciły swoje rodziny. Często są nadpobudliwe, potrzebują bezpiecznej przestrzeni – a obecny system im tego nie zapewnia. I to w sytuacji, kiedy notujemy coraz więcej zaburzeń depresyjnych, obniżył się wiek pierwszych epizodów schizofrenii, wzrosła u młodzieży częstość uzależnień od środków psychoaktywnych, nastąpił skokowy wzrost liczby samobójstw.

Psychiatria dzieci i młodzieży w „sytuacji trudnej, w zasadzie kryzysowej”

Ministerstwo Zdrowia ma wprawdzie plan reformy całej psychiatrii i jej dofinansowania poprzez zwiększenie wyceny udzielanych świadczeń. O wizji przeniesienia ciężaru opieki nad pacjentami – również najmłodszymi – do modelu środowiskowego też się mówi od dawna, ale poza słusznymi koncepcjami nie ma woli szybkiego rozwiązania bieżących problemów.

W opinii skierowanej do Rzecznika Praw Dziecka przez dr hab. Barbarę Remberk, konsultant krajową w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży, można przeczytać: „Mimo toczących się prac nie wdrożono na razie żadnych rozwiązań systemowych, które pozwoliłyby spodziewać się poprawy sytuacji. Nie nastąpiło zwiększenie finansowania. Brak kadry, nie tylko lekarzy, ale psychologów i psychoterapeutów sprawia, że sytuacja jest trudna, a w zasadzie kryzysowa”.

Czytaj także: Wizje czy omamy? Czy da się zreformować polską psychiatrię

Trudno oczekiwać, by obiecane podniesienie wycen świadczeń o kilka lub kilkanaście procent szybko naprawiło tę sytuację. Eksperci mówią o potrzebie podniesienia wysokości stawek o – bagatela – 300 proc., by oddziały szpitalne przyjmujące chore dzieci zaczęły ograniczać deficyt. Niestety w świadomości urzędników psychiatria jest dziedziną, w której inaczej niż np. w kardiologii inwazyjnej lub neurochirurgii niepotrzebne są żadne inwestycje, bo przecież leczy się słowem, tanimi medykamentami, więc nie trzeba na to dużych pieniędzy.

Takie traktowanie nowoczesnej psychiatrii w kategoriach specjalności, która utrwala niezdrowe stereotypy i osadzona jest w XIX w., pozostaje niezłym alibi dla decydentów. Dlaczego gdzie indziej oddział psychiatryczny pachnie tak jak kardiologia, a w Polsce najczęściej śmierdzi? Bo tam jest wyższa kultura cywilizacyjna, która pozwala na inwestowanie w zdrowie psychiczne. Natomiast niższa kultura pozwala społeczeństwu na pozbawianie ludzi chorych psychicznie godności, więc mogą mieć na 40-łóżkowym oddziale jedną toaletę, a dzieci kłaść w świetlicy na materacach. Dlaczego nikt nie mówi o naruszeniu etyki w tym wymiarze?

Czytaj także: Dlaczego młodzi ludzie odbierają sobie życie? Rozmowa z prof. Agnieszką Gmitrowicz, suicydologiem

Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Losy władczyń, które nie mogły dać mężom potomka

Kobieta, która nie mogła urodzić następcy tronu, była narażona na niebezpieczeństwa.

Tomasz Targański
23.02.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną