Społeczeństwo

Lekcje o męczeństwie. Pomysł RPD budzi słuszne podejrzenia

Rzecznik Praw Dziecka Mikołaj Pawlak Rzecznik Praw Dziecka Mikołaj Pawlak Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Męczeństwo podczas II wojny światowej uczniowie powinni pilnie i wnikliwie poznawać. Ale nie w taki sposób. Cokolwiek Czarnek wprowadzi do szkół, na pewno będzie to wiedza na jedno pisowskie kopyto. Tego jestem pewien.

Kiedy nauczyciel zaczyna opowiadać o historii – o ile nie jest historykiem – uczniowie mają go za prawicowca. Ale nawet historyk musi się pilnować. Młodzież jest bardzo wyczulona na treści lekcyjne. Już wie, że wiedza może służyć manipulacji. W szkole czasem lepiej niczego się nie dowiedzieć. Przynajmniej nie od nauczyciela. To jest akurat wina Czarnka.

Rodzice wypisują dzieci z lekcji WDŻ (wychowanie do życia w rodzinie), ponieważ obawiają się manipulacji. Nawet jeśli nauczyciel nie jest prawicowcem, takich bowiem w szkołach wciąż niewielu, to przecież nie pozwoli na swobodną wymianę myśli. Nie dopuści do postawienia pewnych pytań, bo nie będzie chciał ryzykować. Po co mu kłopoty? To również jest wina ministra.

Teraz wszyscy patrzą nauczycielom na ręce. To jest wielka wina ministra Czarnka. Nie patrzą, aby zrozumieć, co nauczyciel mówi, ale by przypiąć łatkę. Powiesz coś o historii, uczniowie mają cię za prawicowca, nie powiesz ani słowa – za lewaka. Żaliła się nauczycielka wychowania początkowego, że kiedy pokazywała dzieciom, iż w domu powinny być książki, najlepiej spora biblioteczka, pewien rodzic oburzył się, że to lewackie gadanie. „Niech im pani pokaże, że w domu powinna być pralka, mop i odkurzacz”. Czyja to wina, iż rodzice tak reagują?

Lekcje o zbrodniach na dzieciach

Może się wydawać dziwne, że nauczyciele z niechęcią zareagowali na propozycję Mikołaja Pawlaka, rzecznika praw dziecka, aby wprowadzić do podstawy programowej informacje o zbrodniach popełnianych na dzieciach podczas II wojny światowej. Przecież pamięć o tym jest konieczna, aby do podobnych zbrodni nie doszło w przyszłości. Wszyscy powinniśmy o tym pamiętać. Uczniowie powinni nasiąkać jak najwcześniej wiedzą o męczeństwie rówieśników żyjących podczas wojny, aby w dorosłym życiu nie być twardymi i obojętnymi na cierpienie. Uczmy się o zbrodniach, tych najokrutniejszych, wręcz niemieszczących się w głowie, aby czuwać, żeby ich więcej nie popełniono.

A jednak nauczyciele mają uzasadnione wątpliwości, czemu będą służyły lekcje o zbrodniach na dzieciach. Obawiają się, iż wcale nie szczytnym celom, lecz brudnym, partyjnym. Szkoła zarządzana przez PiS traci czyste ręce. Cokolwiek narzuca władza i jej poplecznicy, jest podejrzane. Nauczycielskie ręce również zostały ubrudzone, choć nie z ich winy, chyba że winą jest brak wystarczająco silnych protestów. Mea culpa, że Czarnek nie zobaczył w szkołach czerwonego światła dla swoich pomysłów, lecz tylko żółte. I to jest nasza wielka wina, pedagodzy i pedagożki.

Pozwoliliśmy pisowskiej władzy na przewartościowanie podstaw programowych i na nasycenie ich duchem niechęci do pewnych ludzi. Takich ludzi, o których głowa państwa powiedziała, że to nie ludzie są, lecz ideologia. Dlatego nauczyciele mają brudne ręce. Z takimi rękoma, gdyby przyszło nam uczyć o męczeństwie dzieci, możemy uczynić więcej szkody niż pożytku. Uczniowie nie będą nam ufali, gdy z nakazu Czarnka będziemy im mówić o martyrologii rówieśników. Nauczyciele nie budzą już zaufania młodzieży. Jeżeli mam być pomawiany o bycie prawicowcem, to wolę takich tematów nie poruszać. Nie z nakazu władzy, tej władzy.

Co powie nauczyciel na takiej lekcji, gdy jakieś dziecko zapyta, gdzie pan czy pani była, gdy dostałem/dostałam pałką od policjanta za udział w pokojowej manifestacji. Gdzie byli nauczyciele, gdy na podobnej manifestacji przedstawiciel władzy złamał nastolatce rękę? Niektórzy nauczyciele byli obecni, więc tacy mogą uczyć o wszystkim, reszta zaś musi najpierw umyć ręce. Polską szkołę czeka wielkie oczyszczanie z brudów, w jakie nas wepchnięto. Musimy oczyścić się z podejrzeń, iż służymy niecnym celom Czarnka. Dopiero potem możemy kształtować pamięć dzieci o tak ważnych sprawach jak męczeństwo ich rówieśników w czasach przeszłych.

Wiedza nie powinna dzielić

Gdyby Mikołaj Pawlak zaproponował, aby w szkole było więcej wierszy Miłosza i Szymborskiej, bo naprawdę jest bardzo mało, nie poparłbym tej propozycji. To nie jest tylko kwestia braku zaufania do upolitycznionego rzecznika praw dziecka. To coś znacznie poważniejszego. To kwestia pewności, że podstawy programowe w obecnej szkole są tak skonstruowane, aby dzielić. Nauczyciel, który przecież – wbrew zarzutom – nie jest ani prawicowcem, ani lewakiem, lecz po prostu pedagogiem, musi bardzo rozważnie wprowadzać każdą treść programową, aby nie wywołać podziałów. Ta rozwaga, gdy się uczy, to dziś najwyższa umiejętność, inaczej chwila nieuwagi, a sala lekcyjna zamieni się w wiec wyborczy, podczas którego jedni będą stawać na prawo, inni na lewo, a mniej zorientowani przecierać oczy ze zdumienia. Czy to jeszcze jest szkoła?

Męczeństwo – dorosłych oraz dzieci – podczas II wojny światowej uczniowie powinni pilnie i wnikliwie poznawać. Powinni, ale nie tak, jak chce uczynić to PiS. To musi być wiedza, która nie posłuży dzieleniu ludzi na tych, którzy mają prawo do człowieczeństwa, i tych, którzy są tylko ideologią. Pamiętam, jak podczas wizyty w hitlerowskim obozie koncentracyjnym uczniowie zauważyli różowy trójkąt (pewne kolory przyciągają szczególną uwagę młodzieży), którym władze obozu oznaczały osoby homoseksualne. Uczniowie prowokacyjnie wywnioskowali, że dzisiaj byłby to raczej kolor tęczy. Zaprotestowałem. Nie, nie możemy posługiwać się językiem, który dopuszcza znakowanie homoseksualistów. Dzisiaj nie ma akceptacji dla znakowania ludzi w celu napiętnowania. Należy odróżniać dumne przyozdobienie siebie tęczą od znakowania innych piętnem nienawiści.

Chcę uczyć o męczeństwie dzieci, podobnie jak o innych ofiarach zbrodni, ale dopiero wtedy, gdy dostanę gwarancję, że będę mógł krzewić wiedzę ponad podziałami. Gdy nie będę się obawiać poświęcać lekcji różowemu trójkątowi. Gdy będę mógł swobodnie wprowadzać problemy, uczniowie przestaną patrzeć na mnie jak na tubę władzy albo jak na jej przeciwnika. Wiedza o martyrologii nie może służyć żadnym celom partyjnym, nie ma bowiem męczeństwa bardziej słusznego i mniej słusznego. Na razie w szkole nie ma warunków, aby taką wiedzę ponad podziałami krzewić, wręcz przeciwnie, jesteśmy na progu wielkiego dzielenia ludzi. Narzędziem dzielenia stała się oświata. I to jest wina Czarnka.

Trudno uczyć bez kontekstu

Na propozycję wprowadzenia do szkół wiedzy o męczeństwie dzieci nauczyciele zareagowali uwagami, iż podstawy programowe są przeładowane, więc najpierw trzeba by je odchudzić. To jednak tylko pretekst, taka kulturalna forma sprzeciwu. Przecież nawet gdyby programy były bardzo chude, nie zmieni to powszechnego wśród nauczycieli przekonania, iż ani ten minister, ani ten rzecznik praw dziecka nie mają moralnego prawa proponować nauczycielom, czego powinni uczyć. My sami dobrze wiemy, że należy uczyć pamiętać, ale pamiętać bez dzisiejszego kontekstu politycznego, o co we współczesnej szkole coraz trudniej.

Na ulicy Łąkowej w Łodzi niedaleko od siebie są dwa pomniki męczeństwa. Jeden dotyczy zbrodni katyńskiej, a drugi to tablica upamiętniająca ofiary hitlerowskiego obozu wysiedleńczego (tu, w tym miejscu). Mimo że liceum, gdzie pracuję, było otoczone kilkoma takimi obozami, bo centrum miasta było – jak mawiają historycy – kombinatem przesiedleńczym ludności polskiej, to jednak trzeba nie lada wysiłku, aby przebić się do świadomości uczniów, iż zbrodnie na polskiej ludności to nie tylko Katyń. Także szkoły, taki bowiem mamy klimat, wysyłają uczniów, aby złożyli kwiaty pod pomnikiem katyńskim, a pozostałymi miejscami zbrodni często pies z kulawą nogą się nie zainteresuje.

Gdy przejeżdżałem z grupą uczniów ulicą Łąkową, to wszyscy krzyczeli, że byli tu, pod pomnikiem katyńskim, razem z wychowawczynią z podstawówki. Rzecz chwalebna. Gdy natomiast zahaczyliśmy o ulicę Przemysłową, gdzie był obóz męczeństwa dzieci, to uczniowie zachowywali się, jakbyśmy trafili na ciemną stronę Księżyca. Nikt o niczym nie miał pojęcia. A przecież pamięć o zbrodniach nie może być aż tak wybiórcza. Niestety szkolne nauczane historii robi się coraz bardziej jednorodne i wybiórcze. Cokolwiek Czarnek wprowadzi do szkół, na pewno będzie to wiedza na jedno pisowskie kopyto. Tego jestem pewien.

Gdzie ręka Czarnka nie sięga

A przecież powinno być inaczej. Kurator powinien obdarzyć nauczycieli zaufaniem i nie badać, czy uczą na podstawie „Małego Oświęcimia” Jolanty Sowińskiej-Gogacz i Błażeja Torańskiego, „Wojenki” Magdaleny Grzebałtowskiej, „Ostatnich świadków” Swietłany Aleksijewicz czy „Arki czasu” Marcina Szczygielskiego. Cierpienie dzieci w czasie II wojny światowej jest bardzo bogato udokumentowane, więc nauczyciele mają w czym wybierać. Niestety dobrze wiemy, że wyboru dokona za nas pisowski urzędnik, który zamiast dobrych lektur i obecności w różnych miejscach pamięci poleci nam jedno, np. nawę kościoła i udział we mszy. Skoro tak, to niech o cierpieniu dzieci uczą nie nauczyciele, lecz ci, do których ręka Czarnka nie sięga, choćby ZHP. Zresztą ZHP robi to dobrze od lat – i niech tak zostanie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Polska ma ludzi na sumieniu. A ja? Co z moim sumieniem?

Taktyka stanu wyjątkowego i bezwzględnych pushbacków nie przyniosła spodziewanych rezultatów. Łukaszenka nadal prowadzi swój sabotaż, a nawet go nasila. Polska ma ludzi na sumieniu. A ja? Co z moim sumieniem?

Renata Lis
23.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną