Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Katolicy, sataniści, pastafarianie. Równość dla wszystkich?

Wnętrze pustego kościoła. Czy wszystkie religie traktujemy według zasady równości? Wnętrze pustego kościoła. Czy wszystkie religie traktujemy według zasady równości? Jordan VC / Unsplash
Szczerze martwimy się niszczeniem demokracji w Polsce. Ale czy sami bierzemy prawa obywatelskie na poważnie? Czy uznajemy zasadę równości, czy też równość dotyczy tylko tego, co do nas podobne lub ma swoje miejsce w tradycji?

W XVI w. przybyli do nas Olendrzy z Fryzji, osiedlali się wzdłuż Wisły i jej dopływów. Umieli meliorować ziemię, byli mennonitami – uważali, że do zbawienia potrzeba łaski boskiej, która nie wynika z tego, że sobie ktoś na nią zasłuży. Wyobraźmy sobie, że dzieje się to dzisiaj i nie są oni mennonitami, ale radosnymi pastafarianami. Od 2016 r. w Holandii Kościół Latającego Potwora Spaghetti jest oficjalnie uznawany za religię.

Menonici, sataniści i pastafarianie

Według polskiej konstytucji religia Kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej może być przedmiotem nauczania w szkole. Pytanie zatem: czy nowi osadnicy, którzy żyją u nas tak samo jak Polacy, mogą w swojej szkole żądać nauki religii pastafariańskiej? Opłacanej z ich podatków tak jak lekcje religii katolickiej?

Że nie Polacy? To niech to będzie Polonia z Kalifornii, której kilkanaście tysięcy powraca do macierzy na Podhale, gdzie kupują spory teren, by żyć w zgodzie ze swą religią – a wszyscy są członkami zarejestrowanego w Kalifornii kościoła satanistycznego. Czy bazując na art. 53 konstytucji, mogą wybudować porządną świątynię, by zapewnić dzieciom wychowanie, nauczanie moralne i religijne zgodne ze swoimi przekonaniami?

Jaki jest pierwszy odruch Czytelnika i Czytelniczki? Czy dotyczy tylko wyżej wymienionych ruchów, czy w ogóle innych religii/denominacji niż katolicka, np. prawosławia? Chcieliśmy zbadać, czy młodzi Polacy biorą prawa równości na poważnie, czy też odrabiają ideologiczną pańszczyznę Kościoła katolickiego. Polega ona na tym, że nawet ci, którzy od niego się dystansują, wciąż nie są gotowi na równość, uznając jego wynikający z kultury i tradycji prymat. Czy liczą się zasady panujące wśród obywateli, czy raczej obowiązek wobec władzy, nawet tej byłej władzy, na której poletku ciągle uznajemy tradycyjne prawo pana umysłów?

To normalne, bo tak było zawsze

32 lata temu wprowadzono do szkół naukę religii. Przez dwie dekady udział w katechezie deklarowało 93 proc. uczniów, teraz tylko 54 proc. Słychać o kryzysach wiary, przestępstwach, problemach z parafialną władzą, ale postulat świeckiego państwa wciąż wymaga wytężonej wyobraźni. Dlaczego? Bo, jak pisze amerykański filozof prawa i polityki Ronald Dworkin, niektóre prawa są zbyt wrośnięte w strukturę naszej praktyki politycznej, aby można było z nich zrezygnować. Uznajemy rakotwórcze, uzależniające papierosy, a nie marihuanę, uznajemy bardzo uzależniający alkohol, a zakazujemy podobnie działających związków. Pozostawiamy opartą na tradycji nierówność. Jednak nierówności, które dają się zaakceptować w stosunku do towarów, nie dają się zaakceptować w przypadku ludzi, którzy mają być równi w swoich prawach.

Dla Dworkina zasady prawne mają być przestrzegane nie dlatego, że coś na tym aktualnie zyskamy, ale dlatego, że domaga się tego sprawiedliwość, uczciwość lub inny aspekt moralny. Zasady prawa nie obowiązują po prostu dlatego, że osoba wyposażona w pistolet sobie tego życzy, ale pochodzą od innych, już zaakceptowanych i obowiązujących w danej wspólnocie reguł. Kluczowa jest ich powszechność: w systemie demokratycznym obowiązują one wszystkich, a np. w systemie feudalnym – tylko niektórych. Zwłaszcza tych, którzy mogą się poszczycić długą historią przywileju.

Uczestnicy polityki liberalnej zwykle akceptują prawo wszystkich obywateli do odmiennych dróg poszukiwania odpowiedzi na pytania ostateczne, czyli wyznawania innej, konkurencyjnej wiary. Nie można więc wykorzystać państwa do eliminacji czy zmarginalizowania konkurencyjnych doktryn. Jeśli przyznajemy prawo do religii w szkole, nie możemy ograniczać go do tych arbitralnie wybranych. Jeśli ktoś się upiera, że byt transcendentny jest potworem spaghetti, afrykańskim kosmicznym słoniem czy Odynem, to gratulacje, lecz nie może ograniczać innym tych samych praw, które mu z tej okazji przysługują.

Dlatego w 2011 r. pastafarianin z Wiednia walczył o możliwość założenia durszlaka na zdjęciu do oficjalnego dokumentu. Niko Alm powołał się na przepis, który zakazywał pozowania do takich fotografii w nakryciu głowy – z wyjątkiem nakryć głowy związanych z wyznawaną religią. Wiedeńczyk do wniosku o prawo jazdy dołączył zdjęcia w durszlaku w charakterze kapelusika z wyjaśnieniem, że to właśnie religijne nakrycie głowy pastafarian. Po trwającym trzy lata procesie sąd przyznał mu rację, gdyż wniosek opierał się na prawie do takiego nakrycia, natomiast o istnieniu bądź nieistnieniu bytu, dla którego nakrycie to było noszone, prawo nie powinno rozstrzygać.

Odruchowa dyskryminacja innych religii

Postanowiliśmy zbadać, w jakim stopniu młodzi ludzie, wśród których sekularyzacja postępuje najszybciej, zgadzają się z zasadami równości i wolności religii w życiu społecznym. Zbadaliśmy 250 studentów Uniwersytetu Warszawskiego z różnych lat i kierunków. Podzieliliśmy ich na trzy grupy, a każda z nich otrzymała nieco inny zestaw pytań. Pierwszą grupę pytaliśmy o prawa związków wyznaniowych satanistycznych. Drugą – o prawa Kościoła Latającego Potwora Spaghetti, a trzecią – o kościoły protestanckie i prawosławne.

Najpierw wszystkich prosiliśmy o deklarację, czy są „za wolnością dla wyznawców wszystkich religii”. Blisko 80 proc. respondentów zadeklarowało konieczność wolności. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Kolejne pytania dotyczyły konkretnych sytuacji związanych z prawami do praktyki religii w przestrzeni publicznej – i tu pojawiły się schody.

W odpowiedziach na pytanie, czy „dany Kościół/związek wyznaniowy powinien mieć takie same prawa jak inne religie czy Kościoły”, zauważaliśmy znaczne różnice. W grupach z zestawem pytań o kościoły satanistyczne panowało niezdecydowanie – 28 proc. stwierdziło, że powinny, 26 proc. nie miało zdania, 46 proc. było na „nie”. Respondenci godzili się zatem na ograniczenie praw współobywateli. Podobnie w grupach z pytaniem o prawa wyznawców Latającego Potwora Spaghetti – 50 proc. było na „tak”, 22 proc. nie miało zdania, 28 proc. było na „nie”. Jak widać, Potwór Spaghetti wydał się na tyle sympatyczny, żeby jego wyznawcom przyznać prawa, choć przecież to nie powinno mieć znaczenia.

Za to grupa badanych, która odpowiadała na pytania o kościoły prawosławne oraz protestanckie, była bardziej zdecydowana: 86 proc. popierało takie rozwiązanie, tylko 10,5 proc. nie miało zdania, a przeciw było 3,5 proc. Widzimy, że przyznanie praw nie dotyczy wszystkich obywateli, tylko tych z w miarę akceptowanym bytem transcendentnym.

Kościół, szkoła i pieniądze

Kolejne pytania dotyczyły powracającej jak bumerang w debacie publicznej obecności lekcji religii w szkole oraz finansowania Kościołów z budżetu państwa. I tu podobnie ujawniły się różnice istotne statystycznie.

Czytelniku i Czytelniczko, postaw się przed dylematem: W „miejscowościach, w których członkowie Kościołów/związków wyznaniowych satanistycznych stanowią większość, lekcje religii w szkołach powinny być prowadzone przez duchowych przewodników tych Kościołów/związków wyznaniowych”. Z tym stwierdzeniem zgodziło się tylko 11 proc. grupy. Znów większą przychylnością cieszyli się pastafarianie – na religię w szkołach zgodziło blisko 29 proc. Z kolei w grupie z pytaniami o kościoły prawosławne czy protestanckie pomysł prowadzenia religii w szkole poparło 51 proc.

Większość odpowiedzi na „nie” przy kościołach satanistycznych jest prawdopodobne związana z postrzeganiem ich jako źródła deprawacji dzieci i młodzieży. Wątpliwości przy religii w szkole prowadzonej przez pastafarian być może wynikają z faktu, że Kościół kojarzy się z działaniami „dla beki”. Ale niezależnie od naszych opinii: czyż inni obywatele nie powinni mieć takich samych praw?

Jednym z nich jest np. równość finansowania z budżetu państwa. Ciekawe jest nie tylko, ile osób w tym zakresie popiera dane rozwiązanie, ale też ilu badanych mu się sprzeciwia. W grupie pytanych o związki wyznaniowe satanistyczne ujawnił się największy odsetek protestujących: przeciw było 70 proc., natomiast za finansowaniem na takich samych zasadach jak inne religie było 11 proc. Przeciw finansowaniu pastafarian z budżetu było 53 proc., a poparło 20 proc. Przychylniejszym okiem respondenci spojrzeli na kościoły prawosławne i protestanckie – przeciw było 31 proc., ale aż 40 proc. zgadzało się na finansowanie z budżetu państwa.

Podobnie największa aprobata dla kościołów prawosławnych i protestanckich widoczna była w kwestii umieszczania symboli w przestrzeni publicznej czy karania za zniewagę z art. 196 kodeksu karnego o obrazę uczuć religijnych.

Tak więc im bardziej coś jest już akceptowane społecznie, tym większa akceptacja praw związanych z tym obywateli. Sataniści są akceptowani, ale zapewne tylko z daleka („niech sobie robią co chcą, ale z dala ode mnie”), i ma to być na tyle daleko, żeby nawet nie zbliżać się do równości. Oceniamy więc podobieństwo do już akceptowanej sytuacji, a nie prawa obywateli.

Postrzeganie wolności i równości religii jest na razie górnolotną deklaracją, która nie ma zastosowania w konkretnych sytuacjach. W naszym badaniu najmniejszy sprzeciw widzimy dla prawosławia i protestantyzmu – bo choć przyzwyczajeni jesteśmy do zbitki „Polak katolik”, to są to denominacje chrześcijańskie z długą tradycją i obecnością w Polsce, choć niewielu wie, których znanych Polaków zaliczyć do niekatolików. A np. Mikołaj Rej i Stefan Żeromski byli kalwinami, Emil Wedel, Halina Młynkowa i Adam Małysz to luteranie.

Nasi badani to najmłodsi obywatele posiadający prawa wyborcze i wykształceni w porównaniu do rówieśników – studiują na najlepszym uniwersytecie. Zapewne są w czołówce osób najbardziej progresywnych czy obywatelsko nastawionych. I nie są wolni od schematu, w którym pomimo deklarowanych wartości popieramy to, co zastane. Rządzi przekaz z lekcji historii, a nie wiedzy o społeczeństwie.

Czytaj też: Cukierek albo psikus? W Polsce to wstęp do awantury

Jak te postawy przejawiają się na co dzień?

Kiedy na polskiej granicy pojawili się uchodźcy z Bliskiego Wschodu, okazało się, że nie wystarczy oddzielić się od nich murem modlitwy (żeby wspomnieć słynną akcję „Różaniec do granic” sprzed kilku lat), trzeba pobudować prawdziwy, wysoki mur. Wygłodzeni i chorzy migranci nie są opisywani jako biedni Samarytanie, którzy zaniemogli w drodze. Stają się zagrożeniem, z którym musi poradzić sobie polski żołnierz. Za tych żołnierzy modliły się zakonnice – o godz. 15 Koronką do Miłosierdzia Bożego, nadawaną w Telewizji Trwam z krakowskich Łagiewnik, znanym na cały świat Sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Jak widać, siostry nie zauważyły ironii w tym wydarzeniu.

Oczywiście zdarzyli się i tacy duchowni, którzy górnolotnie deklarowali modlitwy o pokój, ale kiedy przechodzili do szczegółów, w modlitwie swoje miejsce znajdowali nie tylko migranci, ale cała ekipa odpowiedzialna za pushbacki: „(…) za służby mundurowe, za Wojsko Polskie, Straż Graniczną, Policję, strażaków, za ludność przygraniczną po jednej i drugiej stronie granicy oraz za migrantów i uchodźców, którzy stali się ofiarami bezwzględnych działań politycznych oraz chciwości mafii przemytniczych” – to bp ełcki Jerzy Mazur. Z kolei ks. Mirosław Ładniak, proboszcz jednej z lubelskich parafii: „wierni będą się modlić w intencji polskich żołnierzy, funkcjonariuszy Straży Granicznej i Policji (…)”. Proboszcz dodał, że parafianie będą modlić się za migrantów. Ale oni są tu najmniej ważni.

Inaczej było w wypadku imigrantów z Ukrainy – ponieważ w naszym bagażu historycznym bywaliśmy ofiarą Rosji, łatwiej było nam i modlić się, i pomóc. Na konferencji prasowej episkopat, Caritas Polska i Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego określili wartość pomocy finansowej na kilkaset milionów złotych. Do Ukraińców płynie więc nie tylko modlitwa, ale konkretne pieniądze, którymi warto się pochwalić. Bo przecież Kościół katolicki pomaga potrzebującym jak żadna świecka fundacja – słyszymy tę narrację od lat. Czy zatem w Polsce zawsze będzie prymat Kościoła katolickiego i niewiele się zmieni?

Czytaj też: Jaki los zgotowaliśmy 32 uchodźcom z Afganistanu?

Protesty w parafiach?

Komentatorzy zwracali już uwagę na masowość protestów związanych z niszczeniem sądownictwa lub prawem do aborcji, podkreślając, jak ważne było pojawienie się nawet małych grup protestacyjnych w miastach powiatowych, a nie tylko w metropoliach i stolicach województw. „To jest właśnie społeczeństwo obywatelskie” – podkreślano. Z naszej perspektywy kluczowe wydają się inne protesty.

Protesty, a właściwie pojedyncze bunty w różnych miejscowościach. Zazwyczaj nie poświęca się im w mediach miejsca, a pokazują bardzo ważną jakościową zmianę. Chodzi o doniesienia związane z buntami parafian wobec proboszczów. I tak przykładowo nowy proboszcz parafii św. Trójcy w Fałkowie (woj. świętokrzyskie) podniósł ceny i obrażał organistkę, więc parafianie zebrali się przed kościołem i krzyczeli, żeby oddał im klucze do niego. W parafii Św. Trójcy w Piątku (łódzkie) proboszcz obrażał ludzi, w tym dzieci, i podniósł opłaty – wierni poszli do mediów i kurii biskupiej.

W Nowielinie (zachodniopomorskie) parafianie nie krzyczeli jak ci z Falkowa – po prostu zabrali proboszczowi klucze i zażądali nowego zarządcy parafii. Mieszkańcy Jeleńca (lubelskie) zbuntowali się, bo mieli dosyć dodatkowych podatków zbieranych po domach przez proboszcza z kościoła św. Anny. W Sanktuarium Matki Bożej w Kotlinie Kłodzkiej (dolnośląskie) proboszcz zaatakował wiernych paralizatorem; w Pacanowie (świętokrzyskie) zastraszał wiernych, rzucił się na nich z pięściami.

Ten zbiór pojedynczych buntów ostatnich lat w rozrzuconych po mapie parafiach przypomina w mikroskali rabację galicyjską wobec zarządców, ale pokazuje ważną zmianę – zwykli ludzie przypominają sobie, że to oni jako wspólnota podejmują decyzje i że jesteśmy wszyscy równi wobec prawa. Ale na razie – przy pewnej praktyce umysłowej pańszczyzny – obrona sądów jako podstaw zasad prawa nie musi się wydawać konieczna, dopóki sami nie znajdziemy się w grupie dyskryminowanych „pastafarian” demokracji.

W związku z tym pod pozłotkiem nowoczesnych deklaracji ciągle jesteśmy obywatelami, którzy działają według pochodzenia, a nie zasad prawa. Nie cofnęliśmy się o 30 lat z powodu PiS, ale wydaje się, że również wcześniej nie było powszechnego zrozumienia postaw obywatelskich. Wydarzenia z lat 1980–81 odczytujemy w kontekście walki, a nie budowania zasad. Godzimy się, że musi być jakiś superior, którego działania z powodu tradycji w większym stopniu akceptujemy niż innych. Usprawiedliwiamy przywileje, eliminując z pola konkurentów. Na tym polega nasza pańszczyzna. Czyli na Wschodzie bez zmian.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Orgazm, pianole i supertorpedy. Czyli jak powstała superbroń

Ona nazywała się Hedy Lamarr i zanim została twarzą Hollywood, zasłynęła jako autorka pierwszego ekranowego orgazmu. On, George Antheil, zanim zaczął komponować muzykę, był autorem artystycznych skandali. Połączyła ich superbroń.

Andrzej Fedorowicz
06.10.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną