Państwo teoretyczne, czyli o tym, jak wygląda profilaktyka raka szyjki macicy w praktyce
„Codziennie sześć Polek dowiaduje się, że ma raka szyjki macicy, zaś cztery Polki umierają z powodu tej choroby” – czytamy na rządowych stronach. I jeszcze: „Rak szyjki macicy to jeden z najczęściej diagnozowanych nowotworów u kobiet”. Tyle sanepid. Z kolei w broszurze wydanej przez Ministerstwo Zdrowia można doczytać, że: „Polska ma jeden z najwyższych wskaźników zachorowalności i umieralności w Europie”. I że w tejże Europie „ponad 62 proc. rozpoznanych raków szyjki macicy można z powodzeniem wyleczyć. W Polsce odsetek ten wynosi 48,3 proc.”. Bo późna wykrywalność odbiera Polkom szanse na zdrowie i życie. Tymczasem badania profilaktyczne wykonuje raptem kilkanaście procent kobiet w Polsce. Statystyki są zatem więcej niż alarmujące.
Niewiele też dały kampanie społeczne propagujące szczepienia przeciwko HPV. Jak niedawno informował główny inspektor sanitarny dr Paweł Grzesiowski, przeciwko HPV zaszczepionych jest obecnie ledwie 16 proc. osób do 18. roku życia.
Analiza Sienkiewicza
Tyle broszury, komunikaty, badania. Przejdźmy do autopsji. Mamy wszak Miesiąc Świadomości Raka Szyjki Macicy, a 22 stycznia rusza Europejski Tydzień Profilaktyki Raka Szyjki Macicy. Jak w praktyce wygląda ta profilaktyka w Polsce w trzeciej dekadzie XXI w.? I czy te przerażające statystyki zachorowalności i niewielki odsetek badających się to wina samych kobiet?
Nie do końca, bo – jak się okazuje – wciąż aktualne są słowa byłego ministra Bartłomieja Sienkiewicza sprzed ponad dekady: „Polskie państwo istnieje teoretycznie”. Cytat ten przeszedł do publicystycznej klasyki. Mało kto jednak już pamięta dalszą część tej analizy ówczesnego szefa resortu spraw wewnętrznych, w której mowa jest o tym, że polskie państwo „praktycznie nie istnieje, dlatego że działa poszczególnymi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością”. I to jest klucz. Także do zrozumienia tej opowieści.
Czytaj też: Szczepionki przeciw HPV: dlaczego ten program nie wypalił?
Chat kontra lekarz
Wróćmy zatem do meritum i do historii z gatunku tych „z życia wziętych”. Będzie więc trochę prywaty. Mieszkam w dużym mieście, ba, nawet Trójmieście, co – jak mogłoby się wydawać – jest jakąś formą przywileju. Nie muszę się choćby martwić, że jeśli wpadnę na szalony pomysł, aby zajść w tym kraju w ciążę, będę ryzykowała poród na SOR-ze, bo do najbliższego szpitala z oddziałem położniczym jest ponad 25 km. Jestem więc tą „białą uprzywilejowaną kobietą”, która ma też abonament w jednej z największych ogólnopolskich sieci medycznych, przynajmniej w teorii oferujących prywatną opiekę zdrowotną. Zacznijmy zatem od niej.
Aby umówić cytologię i USG piersi, potrzebne jest skierowanie – tu z pomocą przychodzi tzw. teleporada. „Tak zwana”, ponieważ na „poradę” nie ma co liczyć: lekarz, pytany o dodatkowe zalecane w danym wieku badania, rzuca tylko, żeby o profilaktykę pytać bezpośrednio w gabinecie; on tylko wystawia skierowania. Bez pytań, bez zainteresowania stanem zdrowia pacjenta, na akord. Rozmowa trwa... 48 sekund. Zostaje przekonanie, że dobrze spromptowany ChatGPT zrobiłby to lepiej.
Schody zaczynają się później. Na najbliższy miesiąc brak wolnych terminów na wskazane badania w całym Trójmieście; na kolejny miesiąc system harmonogramu nie pokazuje. Miła pani na infolinii tłumaczy, że może sprawdzić, czy są jakieś wolne terminy w Wejherowie, Rumii, Pruszczu Gdańskim...
Czytaj też: Na raka szyjki macicy umierają w Polsce tysiące kobiet. Jak temu zapobiec?
Internetowo to nie u nas
Przez moment nawet rozważam wycieczkę krajoznawczą te co najmniej 20 km od mojego miejsca zamieszkania po to tylko, aby wykonać cytologię (badanie USG to osobna historia), ale przypominam sobie o szumnie ogłaszanym przez poprzednią ministrę zdrowia Izabelę Leszczynę programie profilaktyki raka szyjki macicy w ramach NFZ. To już niemal rok od podpisania przez wspomnianą ministrę rozporządzenia gwarantującego dostęp do nowoczesnych badań: testu molekularnego HPV HR i cytologii na podłożu płynnym w ramach rządowego programu skierowanego do kobiet w wieku od 25 do 64 lat.
Światowe standardy, skuteczniejsza diagnostyka – chwali się ministerstwo. I znów: tylko w teorii. Początki są jednak obiecujące. Na badanie można umówić się przez internet – wystarczy wejść na Internetowe Konto Pacjenta, zarejestrować się w programie, wybrać dogodny termin i pobliską placówkę. SMS z potwierdzeniem informuje, kiedy i gdzie się stawić. „Francja elegancja”, nawet czekać nie trzeba długo, raptem sześć dni.
I w tym miejscu kończy się nowoczesność, kończą się „światowe standardy”. Zaczyna się polska proza życia. W wyznaczonym terminie stawiam się do wskazanego szpitala. Na izbie przyjęć panie patrzą na mnie jak na raroga – wszak takie badania należy umawiać telefonicznie, nie internetowo!, a w ogóle to tego dnia cytologii tu się nie wykonuje... Dzwonić, umawiać się na jakiś piątkowy termin.
No ale nie odpuszczam, więc ostatecznie ląduję w gabinecie ordynatora. I tu ta sama śpiewka plus informacja, że to musi być jakiś „błąd systemu”, bo tego dnia nawet nie ma kto zweryfikować, czy to badanie w ogóle mi się należy, bo przysługuje tylko raz na trzy lata.
Czytaj też: Wstydzimy się ginekologa. Zwłaszcza zetki badają się rzadko. „To jest nasza wielka klęska”
Trzecia składka
Odbijam się więc od tego sytemu. W domu próbuję raz jeszcze umówić wizytę w ramach prywatnego abonamentu – terminów dalej brak. Magicznie się jednak odnajdują, kiedy dzwonię ponownie, tyle że już na linię dla klientów bez abonamentu. Cena USG piersi 320 zł, cytologii – 161 zł, najbliższe wolne terminy na początku lutego. Tak oto mamy potrójny system opłacania opieki zdrowotnej w Polsce: składki NFZ, prywatny abonament, a jak potrzeba czegoś na szybko – dodatkowa odpłatność.
Sprawdzam jednak, czy rzeczywiście uda mi się telefonicznie umówić na badanie w ramach rządowego programu profilaktyki raka szyjki macicy w przyszpitalnej poradni. Spoiler alert: nie uda. Przy okazji przypominam sobie kultowe filmy Stanisława Barei. Bo taki mamy klimat. – To jest jakiś problem systemowy, to wszystko jest jeszcze takie niedopracowane... Nie widzimy tych terminów, dlatego na ten program najlepiej umawiać się przez Internetowe Konto Pacjenta, tylko trzeba szukać piątkowego terminu, bo my te badania robimy w piątki – słyszę.
I można byłoby się śmiać, rozkładać ręce, tłumaczyć, że przecież nie od dziś wiadomo, że tak ta służba zdrowia działa. Bo Polacy najwyraźniej z tym się pogodzili. Przyjęli, że tak jest, było i że niewiele da się zmienić. Lekarze zagwarantowali sobie sowite wynagrodzenia, więc już nie protestują, tymczasem pacjenci przyzwyczaili się do wielomiesięcznego wyczekiwania na zabieg i anegdotycznych „opowieści grozy” z SOR-ów. 12 godzin oczekiwania na pomoc na nikim już nie robi wrażenia. Bo „tak się czeka”.
Czytaj też: 3 mln Polek nie chodzi do ginekologa. Wstyd jest silniejszy
Bezpieczeństwo czy lekceważenie
Domaganie się badań profilaktycznych może więc wyglądać na jakąś fanaberię. Podobnie jak żądanie, aby władza na poważnie zajęła się jakością powietrza w Polsce. Rządy się bowiem zmieniają, a my dalej zimą wdychamy całą tablicę Mendelejewa. Co również ma poważny wpływ na nasze zdrowie. Więc poprawa stanu powietrza to także profilaktyka przeciwnowotworowa!
Wróćmy jednak do polityki, bo na końcu wszystko się do niej sprowadza. Za niespełna dwa lata planowo wypadają kolejne wybory parlamentarne. To w gruncie rzeczy niewiele czasu, aby zacząć realnie reformować państwo – tak aby przeciętny wyborca bez zastanowienia potrafił wskazać, czy żyje mu się lepiej niż za PiS. I tu nie chodzi o rozliczenia, odsuwanie neosędziów czy ściganie Ziobry. Bo to nie żelazne elektoraty (dla których to kwestie priorytetowe) decydują o wyniku wyborów, ale ci labilni w swoich decyzjach Polacy, którzy mogą na ostatniej prostej zmienić preferencje partyjne albo w dniu wyborów zostać w domu. A rozczarowanie jest silnym nośnikiem takich postaw.
W przypadku samych Polek, pamiętających, jak traktował je rząd PiS, jest jeszcze dodatkowe pytanie: czy teraz czują się bezpieczniej? Jeśli nie, to i obecna władza może mieć problem.